29 mar 2016

Ostatnio na popblogu wpisy są rzadkością ;) Właśnie dlatego tym razem proponuję coś znacznie dłuższego. Quasi-naukowa refleksja na temat kultury repetycji – zapraszam.

Na początku 2015 roku przedstawicieli amerykańskiego show-biznesu, ale także fanów seriali telewizyjnych na całym świecie, zelektryzowała wiadomość, że stacja telewizyjna Fox przymierza się do nakręcenia reboot’u The X-Files, czyli kultowego serialu z lat 90. XX w. Dzisiaj już wiadomo, że Gillian Anderson oraz David Duchovny nie porwali widzów, ale branża rozrywkowa pozytywnie oceniła pomysł przywrócenia z martwych omawianej medialnej marki. Taki zabieg z pewnością jest z korzyścią dla producentów (da im porządnie zarobić), a ponadto świetnie wstrzeliwuje się w powszechny dzisiaj trend polegający na opieraniu się na tym, co już kiedyś było popularne. Dużo mamy różnego typu powtórek. Wiele seriali to tak zwany remake, czyli nakręcone od nowa dzieło oparte na jakimś starym tytule i w jakimś stopniu go zmieniające – chodzi po prostu o ponowną adaptację materiału źródłowego, niekoniecznie zresztą telewizyjnego, bowiem remake’ować można książki, komiksy, filmy czy gry komputerowe. Każdy serial, który odniósł sukces, musi mieć swój sequel/spin-off, czyli nową serię kontynuującą jakiś wątek ukazany poprzednio. Powodzeniem cieszą się kanały telewizyjne typu vintage, czyli pokazujące dawne seriale, filmy bądź innego typu programy; każda seria wydawana jest naturalnie na DVD. Podobne do opisanych wyżej zabiegów widać także w przemyśle filmowym skłonnym zarzucać widzów kolejnymi filmami w danym cyklu czy też reboot’ami lub remake’ami. Tak samo z grami video; często wiele tytułów pomyślana jest od momentu swojego powstania jako cała seria.

Simon Reynolds w książce Retromania pokazał, że dzisiejsze czasy są także „powtórkowe” pod względem produkcji muzyki, jeśli porównać je chociażby do poprzednich dekad: psychodelicznych lat 60., punkowych 70., hip-hopowych 80. czy elektronicznych (głównie gatunek muzyki nazwany rave) 90. Amerykański dziennikarz muzyczny opisał dziwną powolność rozwoju współczesnej sceny muzycznej. Przyczyn owego zastoju upatruje w natłoku przeszłych wpływów muzycznych i stwierdza, że w XXI w. nie chodzi o wyraźne rysowanie granic między teraźniejszością a przeszłością (o to właśnie chodziło kiedyś) – dzisiaj trudno o jakieś wyraźne nowe tożsamości muzyczne, mamy do czynienia z re-dekadami (są takimi pierwsza i druga dekada obecnego wieku), gdzie mieszają się wpływy wszelkich poprzednich okresów muzycznych. Można powiedzieć, że zdaniem Reynoldsa doszliśmy do kresu muzycznej historii ludzkości. Społecznym dowodem takiego stanu rzeczy jest dla Reynoldsa to, że praktycznie w ogóle nie powstają nowe muzyczne subkultury młodzieżowe. Oprócz starych (punkowcy, hipisi, metalowcy) ostatnimi czasy pojawiła się praktycznie tylko jedna subkultura: hipsterzy. Paradoksalnie jednak, cechuje ich uwielbienie wszystkiego, co jest retro i vintage; wykazują oni postawę, którą określić można jako bycie kuratorami starych dzieł kultury.

Amerykanin stara się tego dowieść, pokazując różne muzyczne zjawiska, takie jak wydawanie setek albumów typu „the best of”, organizowanie „odtwarzanych” koncertów (niczym znane bitwy w wykonaniu grupy rekonstrukcyjnych), wypuszczanie biografii czy filmów dokumentalnych traktujących o „starych” muzykach, reaktywowanie znanych zespołów muzycznych. „Powracają” zresztą nie tylko muzycy, ale i całe gatunki odkurzane przez kolekcjonerów wszelkiej maści staroci muzycznych. Dodatkowo przemysł opanował szał na miksowanie starych wpływów – dzisiaj innowacyjność muzyczną określa się w kategoriach wypracowania nowego stylu rozumianego jako lepsze/niespotykane pomieszanie tych przeszłych. Zdaniem Reynoldsa innowacyjne jest dzisiaj nie to, co autentycznie nowe, ale to, co inaczej „miksuje” przeszłe style.

Oczywiście wszelkie teksty kultury – nawet te niebędące remake’ami czy reboot’ami – zawsze nawiązują do innych tekstów; kultura pełna jest zapożyczeń, a relacje między jej poszczególnymi częściami są bardzo skomplikowane. O pewnej powtarzalności tekstów kultury pisał przedstawiciel szkoły frankfurckiej Theodor Adorno, chociaż czynił to w kontekście krytyki kultury masowej, obarczonej jego zdaniem grzechem nieoryginalności i schematyczności. Zgodnie z poglądami Adorno kulturę pop uznać trzeba za niskiej jakości, bo np. każdy film kryminalny zasadza się na podobnym motywie, który określić można hasłem: „zbrodnia – dochodzenie – happy end”. Poglądy frankfurtczyków zostały już skrytykowane za zbyt duże uproszczenia i elitaryzm, niemniej jednak należy być świadomym, że kultura (w tym kultura masowa) jest referencyjna. Jej części składowe trzeba traktować jako wzajemnie powiązane, a poszczególne teksty jako będące wynikiem niebezpośredniego odwoływania się do innych, istniejących wcześniej tekstów.

Niemniej jednak opisane przeze mnie wyżej przykłady – telewizyjne, filmowe czy muzyczne – pokazują, że dzisiaj coraz częściej mamy do czynienia z jawnym odwoływaniem się do wcześniejszych dóbr kulturowych. Można zawyrokować, że coraz więcej wokół nas zjawisk będących ucieleśnieniem czegoś, co określę mianem kultury repetycji. Rozumiem ją bardzo konkretnie, jako nie tyle wspomniany w poprzednim akapicie referencyjny charakter kultury w ogóle, ale bezpośrednie i „niezatajone” „naśladowanie” wcześniejszych tekstów czy form kulturowych. Oprócz owej bezpośredniości, powtórkowość omawianej kultury dotyczy zwykle (choć nie jest to regułą) form popkulturowych (należy jednak zaznaczyć, że pod popkulturę można by tutaj „podciągnąć” zjawiska na pierwszy rzut oka z nią niekojarzone takie jak moda [coraz popularniejsze ostatnio ubrania vintage[, retro zabawki dla dzieci, retro meble, retro jedzenie, retro architektura, retro wystrój wnętrz itd.) – opisywana kultura przyjmuje za dosłowny wzorzec to, co było kiedyś. W repetycji chodzi tak naprawdę o teraźniejszość, a nie o przeszłość – ta jest po prostu używana jako archiwum, z którego czerpie się materiał i odpowiednio go przetwarza.

Kultura repetycji ma się dzisiaj bardzo dobrze . Wyjaśniając tego powody, odwołuję się do koncepcji Tomasza Szlendaka, który zawyrokował, że oto dzisiaj żyjemy w czasach tak zwanej kultury nadmiaru. Szlendak w swoim tekście nie dał tak naprawdę jasno do zrozumienia czym ona jest. Można się jednak domyślać, że chodzi po prostu o przesyt wszelkich komunikatów kulturowych płynących do ludzi. Każdy z nas żyje w „epoce dyktatury nadmiaru i hegemonii nadprodukcji kulturowej”, co oznacza, że za dużo wokół nas praktycznie wszystkiego. Rzec można, że odczuwamy permanentne przeładowanie informacyjne , przy czym polski socjolog przyczyn tego stanu rzeczy upatruje w charakterystycznym dla internetu „zaniku procedur recenzyjnych”. Skoro w sieci nawet „maluczcy” dochodzą do głosu, to oferta kulturalna się mnoży – nie ma już po prostu „możnych”/autorytetów będących w stanie poinformować „lud”, na czym należy skupić uwagę.

Do tych poglądów Szlendaka można zgłosić spore pretensje, bowiem w czasach komercjalizacji i monopolizacji internetu istnieją podmioty wchodzące w rolę takich „autorytetów” (często nie są to podmioty ludzkie). Chociażby Google przesiewa codziennie treści kulturowe dla setek milionów osób na całym globie. Szlendak ma natomiast rację, kiedy wiąże internet z ciągłym rozszerzaniem się oferty kulturowej – faktycznie, jak zwykło się mówić: „w internecie znaleźć można dzisiaj wszystko”. Socjolog uważa, że pociąga to za sobą homogenizację oferty kulturowej: „[w]szystkiego pełno, ale to wszystko jest tym samym. (…) pozorne zmiany formy, krzyczące nowością, kryją te same banały. Mnożą się nowe platformy, nowe formaty, nowe interfejsy, na których bardzo często wyłożone jest to samo”. Szlendak sytuuje siebie niczym typowy krytyk kultury (masowej), z elitarnych pozycji utyskujący – przez pryzmat nadmiaru – na kulturową miałkość. Ja sam – odcinając się od takich krytycznych poglądów – kieruję moje rozważania w nieco innym kierunku. Chodzi nie tyle o homogenizację treści, ale o to, że internetowa kultura nadmiaru prowadzi do umacniania się kultury repetycji tak, jak została ona zdefiniowana wyżej.

Jednym z powodów tego umacniania jest fakt, że internet pomaga utrwalać wszelkie przeszłe teksty kultury; uznać go można za tworzoną kolektywnie skarbnicę kulturowych wspomnień. W momencie, kiedy dobra kulturowe dematerializują się oraz stają się cyfrowe, miejsce oraz koszt ich przechowywania tracą na znaczeniu. Sieć czyni łatwym dzielenie się różnymi kulturowymi „rzeczami”: filmami, popkulturowymi piosenkami (teledyskami), książkami, różnymi czasopismami, programami telewizyjnymi – wymieniać można dalej. Dodatkowo, jak już coś się w cyberprzestrzeni znajdzie, to ma tendencję, aby tam zostać – zwykle na zawsze, a jeśli nawet nie, to na bardzo długo.

Internet stał się dzisiaj symbolem niesamowitej ekspansji ludzkości w gromadzeniu jej własnych wytworów kulturowych. Jako jednostki, ale też jako ludzkość mamy zdecydowanie więcej miejsca, aby wypełniać go pamiątkami po minionych epokach, wszelkimi dokumentami oraz archiwalnymi śladami tego, jak wyglądała nasza egzystencja wczoraj – w tym nasze bytowanie związane z wytwarzanymi codziennie w ogromnych ilościach tekstami popkulturowymi.

Liczy się przy tym natychmiastowość dostępu do cyfrowych danych. Wystarczy np. uruchomić serwis YouTube, aby uzyskać momentalny akces do setek tysięcy teledysków muzycznych ze wszystkich dekad od momentu powstania telewizji. W czasach przedsieciowych informacji było oczywiście niesamowicie dużo, ale zwykle dotarcie do nich było zdecydowanie trudniejsze niż dzisiaj – trzeba np. było udać się do biblioteki, przewertować setki tomów czy gazet, aby znaleźć zaledwie strzępki poszukiwanych danych. Obecnie na wyciągnięcie ręki mamy materiały uważane kiedyś za niezwykle trudne do znalezienia. Zarówno różnego rodzaju instytucje, jak i amatorzy-maniacy umieszczają w elektronicznym środowisku chociażby dawne awangardowe filmy, zeskanowane numery starych czasopism, zamierzchłe programy informacyjne dokumentujące różne światowe wydarzenia. Nie brnąc w kolejne przykłady, można stwierdzić, że w sieci wyraźnie da się odczuć „gorączkę archiwizowania”, o której pisał Jacques Derrida. W świecie internetu żaden miniony element kultury nie jest niewart tego, żeby nie zostać do niego (świata) wprowadzonym i odpowiednio zarchiwizowanym. (Celowo nie podejmuję tutaj rozważań na temat władzy, jaką daje możliwość porządkowania ogromnego archiwum sieciowego zarówno różnym podmiotom biznesowym [np. wspomniane wcześniej Google] czy też poszczególnym użytkownikom [np. wpływowi blogerzy tagujacy/oznaczający różne treści).

Obecność kulturowych wytworów z przeszłości drastycznie się w naszym życiu zwiększyła. Można powiedzieć, że czas od momentu pojawienia się pragnienia zdobycia jakiegoś starego przekazu do momentu zaspokojenia tego pragnienia, został zredukowany niemal do zera (a przynajmniej do czasu, kiedy coś zostanie pobrane – czas ten jest więc bardzo krótki i uzależniony od tego, ile ważą dane oraz jakiej szybkości łącze internetowe się posiada). Meloman ma dostęp do praktycznie każdego gatunku, każdego wykonawcy i każdego utworu, jaki chciałby w danej chwili wysłuchać. Miłośnik filmów może w dowolnym momencie ściągnąć ten tytuł, który go interesuje, nieważne czy obraz ten powstał 10, 20 czy 50 lat temu.

Zwykle teksty pobrać można za darmo (mniej lub bardziej legalnie), a dodatkowo każdy może zapoznać się z ich historią, kontekstem powstania, interpretacjami – są one na wyciągnięcie ręki na Wikipedii, tysiącach różnych specjalistycznych stron czy serwisach fanowskich. Otóż to – stajemy się fanami starych treści, czyli mamy wręcz permanentny z nimi kontakt; możemy też być mniej zaangażowani w ich konsumowanie, co nie oznacza, że się z nimi nie stykamy w naszych codziennych sieciowych podróżach – co rusz wyskakują one w różnych miejscach online. Jesteśmy do takiej sytuacji przyzwyczajeni i aż trudno wyobrazić sobie, że nie zawsze tak było. Akces do starych wytworów kultury był kiedyś ograniczony do specyficznych stref; dobra te były uwięzione w konkretnych przedmiotach (np. taśma video, płyta CD, płyta DVD) czy lokacjach (np. biblioteka, galeria, muzeum).

Opisany wyżej niesamowity dostęp do starych tekstów kultury stymuluje rozwój kultury repetycji. Internet i powszechne jego wykorzystanie tworzy „klimat” sprzyjający bezpośredniej i popkulturowej powtórkowości. Ujmując to inaczej – dokonująca się wskutek internetu transformacja konsumowania (chętniej pochłaniamy starocie) oraz dystrybucji (mamy miejsce, gdzie owe starocie wrzucamy) eskaluje kulturę repetycji.

Przemysł kulturowy tworzy naturalnie po to, aby czerpać ze swoich produktów zyski. Skoro w sieci doskonale „sprzedaje się” to, co minione, to dlaczego nie przenieść tego trendu na sferę profesjonalnej produkcji; dlaczego nie iść w stronę remake’ów, reboot’ów, mieszania stylów muzycznych. Można to uczynić tym bardziej, że działalność internautów pokazuje, które treści są akurat niezwykle popularne. Być może fragmenty jakiegoś serialu sprzed kilku dekad mają więcej wyświetleń niż fragmenty innej serii; a może nieprofesjonalni internetowi muzycy bawią się online w mieszanie różnych starych gatunków w taki sposób, w jaki nie czynił tego jeszcze nikt inny. Dlaczego tego nie skapitalizować?

Warto sobie przy tym uświadomić, że dawne treści znajdujące się w sieci są w przeważającej mierze treściami mainstream’owymi, to znaczy jest to niegdysiejsza rozrywka masowa produkowana przez korporacyjny przemysł kreatywny. Oczywiście w internecie znajduje się także sporo przekazów nowych i amatorskich, takich do których przypiąć można łatkę DIY (Do It Yourself): niezależna muzyka/filmy/animacje, nieprofesjonalne nagrania swoich zwierząt (najczęściej kotów) czy dzieci (zwykle robią one – koty i dzieci – coś śmiesznego, czym warto jest, zdaniem nagrywających, podzielić się ze światem). Naturalnie bardzo trudno jest oszacować, ile rzeczy w sieci jest korporacyjnego pochodzenia, a ile amatorskiego, ale pewną wskazówką mogą być dane na temat kreatywnego wykorzystania internetu przez ludzi. Okazuje się, że odsetek twórczych internautów jest niski, a większość jedynie biernie odbiera przekazy online. Statystyki te każą podejrzewać, że treści korporacyjnych/mainstream’owych jest więcej niż amatorskich. Jest to oczywiście dodatkowy argument świadczący za tym, że opisany wyżej nadmiar sprzyja stymulowaniu kultury repetycji – przecież to właśnie przekazy głównego nurtu posiadają coś, co nazwać można wartością reprodukcyjną (trudno wyobrazić sobie remake’i czy reboot’y produkcji amatorskich).

Nieco na marginesie zaznaczyć trzeba, że od repetycji nie ucieka również wspomniana nieprofesjonalna działalność internautów. Przeważająca część (trudno tutaj pisać o jakichś konkretnych danych) amatorskich produkcji wiąże się nie tyle z umieszczaniem w sieci czegoś oryginalnego (np. zrobionych przez siebie zdjęć czy napisanego przez siebie oryginalnego opowiadania) ale z reprodukowaniem tego, co znalazło się online i co jest przekazem pochodzącym z mainstreamu. Jeśli zatem mowa jest o tak zwanej prosumpcji, to jest to zwykle kultura remiksu, przekształcania oryginalnego przekazu, łączenia kilku oficjalnych dzieł kulturowych itd. Amatorskie filmy, gdzie wielbiciele muzyki pokazują samych siebie śpiewających jakiś utwór; nieprofesjonalne opowiadania fanów osadzone w świecie Harrey’ego Pottera; kanały YouTube, gdzie użytkownicy wrzucają fragmenty hollywoodzkich filmów czy seriali okraszone własną muzyką; nagrania koncertów muzycznych, w których się uczestniczyło; filmiki pokazujące, jak przechodzić etapy kolejnych gier video – to wszystko przykłady licznych działań reprodukcyjnych podejmowanych przez internautów. Taka powtórkowość produkcji amatorskich jest oczywiście następnym dowodem na to, że internetowa kultura nadmiaru stymuluje kulturę repetycji tym bardziej, że nieprofesjonaliści przerabiają treści mainstreamowe.

Na zakończenie podkreślę, że w stwierdzeniu o tym, jakoby wszechobecność starych tekstów kulturowych gwarantowana przez internet sprzyjała rozwojowi kultury repetycji, nie ma chęci wartościowania. Bardzo łatwo jest odczytać zawarte w tym tekście poglądy jako mające zabarwienie pejoratywne. Ktoś krytycznie nastawiony wobec sieci pokusić mógłby się o konkluzję, że oto nadmiar oferty kulturowej doprowadzi do katastrofalnej sytuacji polegającej na jakimś totalnym kulturowym zastoju. Taki krytyk zapewne zawyrokowałby, że opisywane tutaj procesy powstrzymają kulturowy ruch do przodu – zamiast tworzyć teksty innowacyjne coraz częściej będziemy spoglądać do tyłu; staniemy się kulturowo mniej dynamiczni. Dodatkowo przeszłość (z której możemy czerpać) kiedyś zapewne się „wyczerpie”, co zaowocuje kulturową katastrofą. Wydaje się, że posuwanie się do tak skrajnych opinii nie jest dobrym pomysłem. Przy niezwykle dynamicznym rozwoju współczesnej technologii snucie czarnych wizji nie ma sensu, tym bardziej że opisywany tutaj internetowy nadmiar ma wiele zalet – wskazuje się chociażby na związane z nim edukacyjne możliwości sieci czy demokratyzację wiedzy. Zamiast czarnowidztwa zdecydowanie bardziej w cenie jest po prostu opis kondycji współczesnej kultury.

{ 2 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. Ciekawe, ale mam jedno zastrzeżenie. A może nawet nie zastrzeżenie, a taką uwagę rozszerzającą. To, co jest nazywane kulturą repetycji było właściwie zawsze po prostu kulturą. Było normalne i naturalne, ba zalecane, żeby korzystać z wzorów starych mistrzów. Renesans "naśladował" starożytność, barok także wykorzystywał te same toposy, tylko pomieszane ze średniowiecznymi i nieco zmienił "oprawę" itd. Oczywiście poprzednie zdanie jest bardzo, bardzo grubym uproszczeniem :) Nie zmienia to jednak faktu, że opieranie się na poprzednikach było normą, istniały np. podręczniki poezji mówiące nie tylko jak pisać, ale co - które wątki i motywy są stosowne w elegii, a które wykorzystać pisząc dla panny. Zresztą, bez tego nie byłaby możliwe żadne odwołanie do wspólnego etosu (dowolnego), ewokowanie symboli, napisanie alegorii czy przenośni. To dopiero XXw był "dziwny" z obsesją oryginalności, ciągłym buntem (ok, bunt zaczął się jakiś wiek wcześniej, od romantyków), to dopiero w XXw plagiat stał się jednoznacznie negatywnym zjawiskiem, a jednocześnie z pietyzmem zaczęto podchodzić do słów autora - wcześniej bardzo daleko idące przeróbki znanych dzieł były na porządku dziennym, a to ad usum delphini, a to na potrzeby panienek z pensji, a to zmieniające realia na lokalne itp.

    Więc to, co się dzieje, to raczej taki powrót.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście - chociaż nawiązania do poprzednich tekstów nigdy chyba nie były tak widoczne, jak w wypadku współczesnych rebootow, remakeów :)

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -