7 paź 2014

Książką Media, wersja beta Mirosław Filiciak udowodnił, że jest czołowym polskim badaczem popkultury i sieciowości. Autor zaproponował przystępną rekapitulację najbardziej aktualnych poglądów na temat mediów, przy czym każdy rozdział książki porusza się wokół odrębnych wątków, choć podskórnie ze sobą splecionych. Dla mnie najciekawsze okazały się fragmenty dzieła traktujące o coraz mocniejszych związkach filmów i gier, zanikaniu różnicy między tymi formami rozrywki, ale też świetny opis przemian współczesnej telewizji, przeobrażającej się w tak zwaną post-telewizję. Czytając Media…, rzeczywiście czuje się, że intuicje naukowe Filiciaka bezbłędnie odzwierciedlają kształt naszej medialnej rzeczywistości społecznej. Zrozumie to każdy zgłębiający omawianą pozycję fan najnowszych amerykańskich seriali – tak zwanych post-seriali.

Na szczególną uwagę zasługuje moim zdaniem propozycja metodologiczna polskiego medioznawcy wskazująca, w jaki sposób należy dzisiaj badać media. To właśnie owa koncepcja – wyznaczająca tory myślowe samego Filiciaka – jest jeszcze jednym powodem, dla którego jest on w swoich rozważaniach bardzo aktualny. Metodologiczna propozycja odzwierciedla dzisiejszy „klimat” budujący się wokół internetu czy mediów w ogóle. Już nie jest to huraoptymizm panujący niepodzielnie kilka lat temu. Jak wskazywałem w innym wpisie, wcześniej pozytywnie nastawieni badacze zaczynają poddawać w wątpliwość cudowną moc sieci mającej przeobrażać nasze życie na lepsze, a przynajmniej wskazują, że należy być ze swoimi analizami bardziej stonowanymi.

Filiciak taki właśnie jest, bowiem pokazał, że wielu akademików fetyszyzuje konstrukty teoretyczne. Autor uznał, że przedstawiciele filmoznawstwa czy kulturoznawstwa w dociekaniach na temat przemian mediów nieustannie poruszają się w kręgu tak zwanych „pojęć zombi” – nic nieznaczących terminów funkcjonujących jedynie na kartach książek czy czasopism. Chociaż w dziele nie wymienia się zbyt wielu takich pojęć, Filiciak zapewne uznałby za takowe termin Web 2.0, oznaczający serwisy mające opierać się na dobrowolnej i oddolnej pracy amatorów. Dla pojęć zombie coraz trudniej znaleźć jest referencje w rzeczywistości społecznej, przy czym posługiwanie się nimi wynika ze specyficznej pozycji badaczy mediów i ich motywacji. Naukowcy niejako stwarzają obszar swoich badań; konstruują owe martwe w codziennym życiu, lecz funkcjonujące w ich pracy, terminy, bo jest im to na rękę. Mocno sprawę uproszczając i uogólniając, zawyrokować można, że robią to, aby mieć co badać i aby ich teorie brzmiały interesująco i zdawały się mieć dużą wartość poznawczą.

Zdaniem Autora istotne jest kontekstowe uwrażliwianie rozważań. Nie chodzi o to, żeby całkowicie wyeliminować wszelkie terminy, ale o to, żeby skupić się na analizie codziennego życia ludzi. Być może warto „wyjść zza biurka” i za pomocą metod etnograficznych zarysować różne użycia mediów. Filiciak twierdzi, że jest to szczególnie istotne w czasach, kiedy użycia internetu czy komputera stają się coraz bardziej elastyczne i spersonalizowane. Odkrywając owe użycia, warto być może sięgać także do historii mediów, co sam Autor czyni, odwołując się do dziejów kina. Taki zabieg w bardzo interesujący sposób pozwala pokazać, że to co zwykliśmy dzisiaj uważać za rewolucyjne w sferze medialnej – ot choćby produktywność amatorów „promowana” przez sieć – wcale nie musi być aż tak nowe. Analiza historyczna dostarcza kulturoznawcy kolejnych argumentów na poparcie tezy o konieczności wyeliminowania z naukowych dociekań myślenia w kategoriach wspomnianych pojęć zombie.

Podsumowując: bardzo ciekawa i inspirująca metodologicznie – choć nie tylko – lektura.

Napisz coś

Subskrybuj wpisy | Subskrybuj komentarze

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -