10 mar 2014

Kiedy włączałem film Ari Folmana Kongres (The Congress; 2013), myślałem, że na pewno mam do czynienia z wybitnym dziełem. W mojej głowie zaświtała myśl: „posiłkując się Lemem, nie można stworzyć niczego słabego”. Spodziewałem się doznać wstrząsu porównywalnego z tym, którego doświadczyłem, po raz pierwszy oglądając The Matrix.

Niestety, zawiodłem się. Tłumacząc powody owego zawodu, nie chcę skupiać się na podjętym przez reżysera tematem ułomności ludzkiego postrzegania i poznania. Nie będę również roztrząsał wątku związanego z uniwersalnym pytaniem dotyczącym tego, czy należy dążyć do odkrycia prawdy za wszelką cenę – nawet wiedząc, że jest ona straszna i nam się nie spodoba – czy lepiej żyć w błogiej nieświadomości. Nie; tego nie chcę krytykować. Chcę natomiast zbesztać Izraelczyka za przewodni – moim zdaniem – motyw omawianego obrazu. Chodzi o krytykę współczesnej kultury popularnej, ukazanie jej niczym zaciemniającej rzeczywistość i wtłaczającej nas w świat słodkiej ułudy.

Folman pokazał społeczeństwo, gdzie każdy stać się może – dzięki halucynogenom – kim tylko zapragnie, na przykład bohaterem popkultury. Ludzie wolą zostać „zamienieni” w fantasmagoryczne manifestacje swoich idoli, niż żyć swoim – prawdziwym – życiem. Za pomocą filmu z gatunku science fiction reżyser bije na alarm, a jego przesłanie jest jasne; w dzisiejszym świecie umierają prawdziwa kultura, teatr czy poważne, czyli niefantastyczne (czytaj głupawe) kino. Szczególnie w pierwszej połowie obrazu widać, że Izraelczyk pogardza grami komputerowymi jako rozrywką, w wypadku której wcielić się możemy w dowolną postać. Folmanowi nie podoba się to, że coraz większą część naszego życia spędzamy w cyberprzestrzeni, że spełnia ona dla nas eskapistyczną funkcję i że do jej obsługi potrzeba coraz mniej specjalistów-inżynierów (cała rzesza bezrobotnych może się zatem do woli oddawać fantazjowaniu).

Aż trudno uwierzyć, że filmy takie jak Kongres cały czas powstają. Wydawać by się mogło, że w czasach, kiedy jakość kultury popularnej znacząco się podniosła, a jej oferta jest coraz bogatsza (a nie uboższa, jak widzi to reżyser), omawiana kultura wreszcie się wyleczy ze swojego własnego kompleksu. Chciałbym, żeby dzieła powstające w jej obrębie w końcu przestały kalać swoje własne gniazdo. Niestety tak się nie dzieje, co pokazuje obraz Izraelczyka. Czekam na czasy, kiedy twórcy pokroju omawianego reżysera pójdą za akademikami i dostrzegą wartość popkultury. Kto wie, może płonne moje nadzieje, bo przecież – jak powszechnie wiadomo – narzekać jest łatwiej, niż patrzeć przez różowe okulary.

Prawdopodobnie Kongres zasługuje na gruntowniejsze omówienie niż to popblogowe. Ja jednak nie będę się nad nim dłużej pochylał; plik zawierający omawiany obraz zniknął już z dysku twardego mojego komputera. Nie mogłem nie wyrzucić do kosza filmu reżysera, który udowadniając widzom, że są idiotami fascynującymi się „nieprawdziwymi” przekazami pop, nie spostrzegł, że sam fantazjuje na temat swojego dzieła. Fantazjuje, bowiem twierdzi, że przedstawił adaptację książkowego Kongresu futurystycznego. Paradoksalnie wizja Folmana ziszcza się w przypadku jego własnej kreacji; oto faktycznie mamy do czynienia ze słabą popkulturą, dla celów marketingowych wmawiającą ludziom rzeczy nieprawdziwe.

{ 2 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. Jeśli bazuje się na Lemie, to wypada ZNAĆ dokładny tytuł Jego dzieła, a nie przekręcać go bezmyślnie jak głupi ucznia ("Kongres FUTUROLOGICZNY", a nie "futurystyczny"!!!)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście z pośpiechu :-) Dziękuję za czujność

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -