5 cze 2013

To już chyba ostatni wpis o książkach zaliczanych do nurtu, który określiłem jako cyberpesymistyczny. Chyba, bo na półce (przez półkę mam na myśli zarówno drewniany mebel, jak i jeden z folderów na twardym dysku nazwany właśnie „półka”) jest jeszcze kilka ciekawych pozycji. Stwierdzam jednak, że już mi się przejadło i nie na moje siły dalsze poznawanie poglądów sieciowych sceptyków, co związane jest z powtarzalnością przedstawianych koncepcji. W tym poście na tapetę biorę absolutną nowość wydawniczą, to znaczy To Save Everything, Click Here Evgenya Morozova. Książka jest niezłym podsumowaniem tego, co przewijało się na popblogu w kontekście cyberpesymizmu. Co ciekawe Białorusin krytykuje nawet krytyków internetu (sic!).

Ale po kolei, bo trudno ów paradoks wytłumaczyć bez odpowiedniego wprowadzenia. Przede wszystkim Morozov nie daje się zwieść piewcom dobrej nowiny, głoszącym, że dzięki nowym technologiom komunikacyjnym ludzkość wkracza w złoty wiek dostatku i szczęśliwości. Proroctwa takie serwuje naturalnie Krzemowa Dolina, bowiem jej funkcjonariusze przekonują, że dostarczane narzędzia wyeliminują takie problemy jak na przykład otyłość, globalne ocieplenie, zanieczyszczenie środowiska, korupcja polityków, przestępczość, a nawet pozwolą uwolnić się od intelektualnych ułomności, chociażby wzmocnią naszą pamięć. Transparentność oferowana przez technologie mobilne spowoduje, że już nikt nie będzie mógł nic ukryć przed oczami czujnie obserwującej internetowej społeczności, gamifikacyjne zachęty sprawią, że dbanie o środowisko będzie niczym dobra rozrywka, a nieskończona wręcz powierzchnia przechowywania danych uwolni od konieczności pamiętania wszystkiego

Autor podaje wiele przykładów działań już teraz mających stanowić przedsmak wspaniałych nadchodzących czasów. Wyobraźmy sobie, że wieko naszego kosza na śmieci ma zamontowany mały aparat cyfrowy, który robi zdjęcia za każdym razem, gdy decydujemy się przykryć to, co już niedługo znajdzie się w trzewiach śmieciarki. Obrazy przesyłane są na nasze konto facebookowe, a wspólnota wirtualna biorąca udział w zabawie decyduje, czy aby w danym dniu nie za dużo było w naszym śmietniku rzeczy nadających się do ponownego przetworzenia. Jeśli tak zawyrokowano, nie otrzymamy odznaki śmieciowego skauta; musimy się bardziej starać w dniu kolejnym.


Internetowe geeki nie widzą w takim gamifikacyjnym zabiegu nic złego, a proponowana przez nich wizja nowego świata opiera się na algorytmizacji i standaryzacji poprawiających przewidywalność ludzkich działań. Złożone problemy społeczne traktuje się jako te, dla których istnieją proste rozwiązania. Wystarczy tylko jakąś trudną kwestię sprowadzić do odpowiedniego algorytmu, a znajdzie się dla niej rozstrzygnięcie. Taka filozofia napędza obserwowalną dzisiaj i przybierającą na sile optymalizację wszelkich aspektów codzienności. Niestety perfekcyjnie kontrolowane środowisko społeczne nie służy, zdaniem Białorusina, ludzkiej wolności, bowiem istotnymi jej elementami są niedwuznaczność, brak porządku, ale też możliwość czynienia złych rzeczy.

Abstrahując od filozoficznych podstaw tego spojrzenia i nie wikłając się zbytnio w rozważania, na ile poglądy Morozova są słuszne, warto skupić się na tym, co w jego książce chyba najciekawsze, to znaczy na opisie dwóch zjawisk, czyli solucjonizmie (solutionism) oraz internetocentryzmie (Internet-centrism). Obydwa służą guru nowych technologii sieciowych do legitymizacji wielkiego optymalizacyjnego eksperymentu społecznego.

Solucjonizm oznacza specyficzne nastawienie wobec napotykanych problemów; jest to sięganie po remedium, jeszcze zanim dokładnie się zdefiniowało, na czym polega dana drażliwa sprawa. Rozwiązanie jest według reprezentantów Krzemowej Doliny tylko jedno; internet ma być lekiem na wszelkie bolączki. Poddanie się pokusie, aby na niebezpieczeństwa współczesności patrzeć przez pryzmat zbawiennego wpływu sieci, jest tak naprawdę pójściem na łatwiznę, niezauważaniem, że być może problemy da się rozwiązać inaczej. Choć niektóre sposoby mogą być droższe, to jednak stymulują zmianę trwałą i niepowodującą negatywnych skutków ubocznych (patrz wspomniany wyżej case study z koszem na śmieci, gdzie widać ogromne problemy natury etycznej, nieuwzględnienie złożoności kwestii ochrony środowiska oraz niestabilność dobrych nawyków).

Solucjonizm znajduje oparcie w internetocentryzmie, czyli patrzeniu na sieć w sposób zmitologizowany tak, że należy już raczej mówić o „internecie” (w cudzysłowie), rozumiejąc przezeń nie tyle infrastrukturę, co jakiś oderwany od niej twór żyjący własnym życiem i stający się centrum wszechrzeczy. Morozov zwraca uwagę, że omawiane medium obrosło ogromną liczbą pozytywnych i negatywnych znaczeń (porównaj wpis znajdujący się tutaj) i dlatego internet należy traktować w kategorii postmodernistycznie rozumianej metanarracji. Sieć jest niczym religia, co powoduje, że zamiast debatować nad faktycznym jej wpływem na życie społeczne oraz kształtować odpowiednią politykę jej regulacji, dobrowolnie poddajemy się owej mitologicznej internetowej idei wykluczającej jakąkolwiek poważną debatę. Internet jest dla nas albo świętością, albo złem wcielonym, przy tym traktuje się go przez pryzmat nastania nowej ery w historii ludzkości, epoki wyrwanej z kontekstu historycznego. Sieć wzięła się znikąd, stanowi o absolutnej rewolucji powodującej, że to, co było do tej pory, już nie obowiązuje. Wszystko przechodzi pod wpływem internetu znaczącą przemianę, a samo medium rządzi się danymi raz na zawsze, niezmiennymi prawami.

Białorusin wypomina internetocentryzm zarówno cyberoptymistom, jak i cyberpesymistom. Aby zobrazować, że ci drudzy też błądzą, wskazuje chociażby na poglądy Nicholasa Carra, o których wypowiedziałem się w tym miejscu. Morozov pokazuje, że Amerykanin piszący o degradacji naszego intelektu powodowanej użytkowaniem sieci traktuje ową sieć tak, jakby nie można jej było w żaden sposób zmienić. Zamiast rozpatrywać skomplikowane związki różnych pozasieciowych czynników wpływających na to, że wszystko, co znajduje się w internecie, wygląda tak, a nie inaczej, Carr promuje pogląd, że medium ma swoją wewnętrzną logikę. Postępuje zatem niemal identycznie, jak zwolennicy sieci podkreślający niekompatybilność starego przedinternetowego świata, który musi ewoluować, aby dopasować się do nowego medium o niezmiennej i doskonałej naturze.

Morozov daje kilka rad, w jaki sposób uwolnić się od solucjonizmu i internetocentryzmu. Przede wszystkim, badając sieć, powinno się podchodzić do niej tak, jakby ona niczego nie zmieniała. Chodzi o specyficzny zabieg intelektualny ukierunkowujący nasze myślenie na odpowiednie tory. W myśl tego nastawienia nie jest nadużyciem stwierdzenie, że choć internet jest jednocześnie pocztą, gazetą, domem towarowym, biblioteką czy studiem nagraniowym, to z siecią jest jak ze zmywarką do naczyń; pozwala ona robić pewne rzeczy łatwiej niż kiedyś, ale cały czas są to rzeczy, które były przez nas wykonywane od zawsze. Morozov podaje wiele przykładów omawianego podejścia, chociażby opisuje gamifikacyjne zabiegi władz Związku Radzieckiego zachęcających do zwiększonego wysiłku przy uprawie roli za pomocą nagród w postaci odznak i punktów.

Internetu nie należy ujmować z perspektywy innych mediów. Akademicy często odwołują się do historii telegrafu, radia czy telewizji, dowodząc, że w ich przypadku uświadczyć można było podobnych reakcji, jakie obserwujemy, jeśli chodzi o sieć. Takie rozumowanie zaciemnia obraz i zniekształca historię, bowiem każde medium jest inne, a oddźwięk na wszystkie był odmienny. Upraszczając wywody we wskazany sposób, ryzykujemy, że nie będziemy potrafili określić, w jakim kierunku rozwija się internet oraz redukcjonistycznie zawyrokujemy, że inne media były tylko przygrywką dla sieci.

Białorusin stwierdza, że musimy wypracować lepsze sposoby ewaluacji skutków zabiegów wynikających z uznania, że internet jest lekiem na całe zło. Zamiast powtarzać w nieskończoność, że technologiczne narzędzia są zawsze skuteczne, należy skupić się na dokładnej analizie rezultatów sieciowych rozwiązań. Internet nie jest niezmienny, można, a nawet trzeba, go kontrolować, regulować i odpowiednio kształtować, jeśli ma on rzeczywiście rozwiązywać społeczne bolączki. Do uporania się z niektórymi po prostu się nie nadaje, a zatem regulacja sieci powinna ograniczać rozbuchane ambicje technooptymistów.

Autor omawianej książki w pewnym momencie zauważa, że samo pojęcie „internet” w ogóle nie mówi nic istotnego o mechanizmach funkcjonowania świata społecznego. Sieć jest raczej konstruktem intelektualnym (pomimo jej niezaprzeczalnej fizyczności), który sam w sobie nie wyjaśnia życia społecznego, ani nie wskazuje, jak powinno się je kształtować. Im szybciej uwolnimy się od różnych powszechnych poglądów, tym lepiej, bo przecież obecna zakulisowość polityki nie musi być zła, a mądrość tłumu nie zawsze jest lepsza od jednostkowej subiektywności.

Problem w tym, że wyżej scharakteryzowane poglądy Morozova pokazują, że nie jest on takim bezstronnym obserwatorem idei „internetu”, jakim chciałby siebie widzieć. Chociaż w dziele pojawia się krytyka cyberpesymistów, to jednak wyraźniejsze jest psioczenie na zwolenników e-pajęczyny. Białorusin wcale nie postępuje jak ktoś, kto świadomy jest mitów narosłych wokół sieci i jak badacz owych mitów. Jego opis internetowych znaczeń też jest – paradoksalnie – wytwarzaniem tych znaczeń, tym bardziej, że w książce wyczuwalne jest normatywne nastawienie autora. Wskazuje on po prostu konkretną ścieżkę wykorzystania konceptu internetu, choć droga ta polega na zaniechaniu różnych społecznych eksperymentów Krzemowej Doliny. Morozov wcale nie sekularyzuje i nie demitologizuje internetu, sam wikła się w znaczenia i zdaje się nie dostrzegać, że jego sądy również są arbitralne. Nic nie daje autorowi prawa decydować, że jakieś technologiczne rozwiązania nie są dobre, na przykład, że istnienie politycznej szarej strefy albo wybitnych jednostek opierających się społecznościom wiedzy jest z korzyścią dla wszystkich. Nic nie daje mu takiego prawa i dlatego wyrażane przez niego poglądy same nabierają posmaku solucjonizmu i internetocentryzmu.

Napisz coś

Subskrybuj wpisy | Subskrybuj komentarze

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -