29 maj 2013

Wpis o fanpejdżach, na których studenci cytują swoich wykładowców chyba wymaga krótkiego sprostowania. Wczoraj kolega powiedział mi, że post ów sprawia wrażenie, jakobym „krytykował cywilizację technologiczną” (cytuję niezbyt dosłownie – wybacz kolego). Na „donosicielskich” stronach fanowskich zaroiło się natomiast od komentarzy typu „a to bęcwał jeden”, od huncwota wrednego mnie wyzwano, co to śmie zabawę psuć i bambaryłą wstrętną mianowano. (Zaznaczę, że „donosicielstwo” pojawiło się w poście w cudzysłowie, a jak wiadomo, tej pary znaków używa się wówczas, kiedy się chce zaznaczyć, iż danego słowa nie należy rozumieć dosłownie).

Warto więc sprostować i wyjaśnić, że: widzę potencjał transparentności tkwiący w internecie; uważam, iż może być on wykorzystywany do prześwietlania skorumpowanych polityków (na przykład przez blogerów politycznych tropiących przekręty); jestem zachwycony mocą społeczności wirtualnych będących platformami odkrywania ludzkiej kreatywności i wyzwalających w nas nasze najlepsze strony, na przykład chęć niesienia pomocy bliźnim; fascynują mnie nowe sieciowe trendy konsumenckie polegające na tym, że pochłaniacze mediów mogą owe media kreować w niespotykanym dotychczas stopniu. Swoim poglądom wielokrotnie dawałem wyraz, o czym można się przekonać, zapoznając z moimi publikacjami naukowymi.

Generalnie: lubię internet i podobnie jak moi „dyskutanci” dostrzegam, że strony pod tytułem „cytaty wykładowców” służą zabawie oraz są elementem specyficznej sieciowej kultury. Poprzedni wpis miał zwrócić uwagę, że być może w naszym namyśle nad ową kulturą już czas posunąć się o jeden szczebel wyżej, to znaczy przestać rozumować w kategoriach dychotomii internet jako świętość wcielona lub zło wszechogarniające. Jeśli uwolnimy się od tego podziału – przyjmowanego często nieświadomie – wyeliminowane zostaną różne paradoksy intelektualne. Na przykład taki, kiedy z jednej uwielbia się potencjał sieci związany z ujawnianiem różnych nieodpowiednich wypowiedzi wykładowców, a z drugiej strony uważa, że wskazane jest korzystanie z internetu odbywające się z poszanowaniem prywatności innych osób.

Prześwietlanie przez blogerów przekrętów politycznych nie jest tym samym, co wydobywanie na światło dziennie wypowiedzi kadry naukowej. Trzeba wreszcie odejść od ideologicznego badania sieci (internet to albo dobro, albo zło) i zastosować się do czegoś, co nazwę internetowym empiryzmem badawczym. Nie powstała jeszcze dobra teoria działań w internecie i dlatego na razie musimy rozpatrywać każdy przypadek z osobna. Czy doniesienie o nieuczciwym polityku zweryfikować mogą media mainstreamowe? Naturalnie, że tak. Czy fałszywy, szkodliwy, obraźliwy, krzywdzący, powodujący czyjeś zażenowanie cytat na studenckiej stronie jest do zweryfikowania? Nie jest (patrz grafika w tym wpisie). Wszystko to skłania mnie do stwierdzenia, że jeśli tylko dane sieciowe aktywności rodzą jakąkolwiek możliwość naruszenia czyjegoś dobrego samopoczucia, choćby tylko obrażenia osoby niemającej poczucia humoru, to powinniśmy do takich miejsc podejść z dystansem, namysłem i zastanowić się, jakie zagrożenia mogą się z nimi wiązać.

Jeszcze raz podkreślę, że daleko mi do bycia przeciwnikiem internetu. Jak mógłbym nim być, skoro sam prowadzę bloga, mam konto na fejsbuku, dużo piszę o mocy elektronicznej pajęczyny. Jeśli ktoś śledzi wpisy popblogowe, to zauważył, że ostatnio dużo miejsca poświęciłem na omówienie książek krytykujących sieć (na przykład tutaj, tutaj czy tutaj). Niech to jednak nie zmyli, bowiem ja internet lubię, a czytam sceptyków jedynie dlatego, że nie chcę popaść w nadmierny i nieuzasadniony huraoptymizm, pragnę do sprawy podejść zdroworozsądkowo, zastanowić się nad patologiami, a przede wszystkim stosować się do wspomnianego empiryzmu badawczego.

{ 3 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. czyżby winny się tłumaczył ??

    OdpowiedzUsuń
  2. ja bym nieco inaczej spojrzał na całą tą kwestię. Dla mnie komentarze wykładowców są związane przede wszystkim z dość specyficznie funkcjonującą kulturą wydziałową na poszczególnych uniwersytetach. W wielu przypadkach niezbędne jest rozumienie przede wszystkim kontekstu przedmiotowego. Dla mnie to taki trochę niepotrzebny ekshibicjonizm -śmiechu-, który spłyca atmosferę wspólnoty wydziałowej. Nie można bowiem zapominać o celu takich historyjek, anegdotek krążących po wydziałach, które często mają na celu uczłowieczenie -ciała pedagogicznego-, które razi piorunami w trakcie sesji. Ale żeby to zrozumieć, trzeba przyjść na aule i to zwyczajnie poczuć. A tak? to trochę, jak czytanie samych napisów do filmu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dla mnie owe fanpejdże z cytatami wykładowców mówią coś jeszcze. To w gruncie rzeczy festiwal prostactwa, dyskryminacji w formie werbalnego żartu, parada seksizmów, rasizmów z odrobiną jedynie autoironii i absurdu. Lubię żarty na wykładach, lubię, gdy osoba prowadząca (chciałabym kiedyś taką być), umie wciągnąć, zaczarować i rozbawić. Jednak owe fanpejdże przede wszystkim pokazują, jak prostackim żartem posługują się prowadzący zajęcia, a także, z czego śmieją się studenci.
    Żarty o ubogich "cyganach", inteligencji studentEK (celowo podkreślam, bo studentowi głupotę z reguły się wybacza zrzucając na karb młodości), niezliczone aluzje do szukania bogatych mężów itd. są tylko jednymi z wielu żenujących przykładów takiego zachowania naszych intelektualnych i naukowych mentorów/mentorek.
    Na początku z łezką w oku wspominałam teksty niektórych wykładowców, potem zaś uświadomiłam sobie, że tych naprawdę zabawnych sytuacji było niewiele, najczęściej owe żarty bardziej mnie żenowały niż bawiły.

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -