15 maj 2013

Powoli zbliżam się do końca przeglądu pozycji książkowych podejmujących temat ciemnej strony internetu. Ten wpis opowie o dwóch dziełach: The Daily You Josepha Turowa oraz The Filter Bubble Eli Parisera. Obydwaj autorzy zwrócili uwagę na podobne zjawisko, jakim jest personalizacja internetowych treści docierających do użytkowników. Obydwaj niemiłosiernie owo zindywidualizowanie skrytykowali. Badacze podeszli do sprawy w nieco odmienny sposób, choć w ich koncepcjach znaleźć można wiele punktów stycznych.

Przede wszystkim wyśmiany jest potoczny pogląd, w myśl którego ludzie są w sieci kapitanami swoich własnych nowomedialnych statków, to znaczy swobodnie żeglują po niezmierzonym oceanie internetowych przekazów. Każdy, kto tak uważa, cechuje się krótkowzrocznością, bowiem nie uwzględnia potworności czających się w trzewiach internetu, to znaczy niewidocznych na pierwszy rzut oka mechanizmów algorytmizacji oraz segregowania i profilowania użytkowników. Mechanizmy te służą dostarczaniu internautom treści mających najlepiej odpowiadać ich zainteresowaniom oraz być zgodnymi z historią sieciowego surfowania. Cel „podglądania” jest najczęściej komercyjny; chodzi po prostu o dostarczanie takich reklam, które wzbudzą w każdym chęć posiadania nowych rzeczy. Pieczołowicie gromadzone dane są sprzedawane marketingowcom oraz sprzedawcom. Personalizacja ma jednak wpływ nie tylko na to, jakie ogłoszenia widzimy; decyduje również o typach oferowanych nam usług, rodzaju docierających do nas wiadomości czy proponowanej rozrywce. Skrupulatne „szpiegowanie” wszelkich ludzkich poczynań w internecie zmienia sposób postrzegania siebie oraz otaczającego nas świata. Niestety nie są to zmiany na dobre, personalizacja niesie ze sobą wiele negatywnych konsekwencji.


Dla Turowa wiążą się one przede wszystkim z dyskryminatorskim potencjałem nowego sposobu zbierania i dostarczania wiedzy na temat konsumentów. Dzielenie ich na konkretne typy, w zależności od tego, co robią w sieci – na przykład pod względem wydawanych w e-sklepach pieniędzy – powoduje swoistą nierówność. Tylko niektórym – to znaczy tym, przydzielonym do segmentu ulokowanego wyżej nad innymi – oferuje się sprzedaż luksusowych towarów, obniżki cenowe czy wyższe kredyty. Sytuacja taka skutkuje obniżeniem samooceny tych, którym takie okazje się nie trafiają, ale to nie wszystko, bowiem w przyszłości będzie można wręcz mówić o wytworzeniu się specyficznej podklasy internetowych przegranych. Ich horyzonty oraz okazje życiowe mogą być znacząco ograniczane. Powstają nowi sieciowi decydenci decydujący o życiu wielu milionów ludzi na podstawie niejasnych często kryteriów, wśród których internetowa historia, dochody, miejsce zamieszkania czy wiek to te, o których możemy jedynie zgadywać, że są istotne.

Nadchodzą czasy, kiedy reklamodawcy będą opierali się na tak zwanych miękkich reklamach (soft advertising), czyli wplecionych w przekazy informacyjne czy rozrywkowe. Użytkownicy nie będą w stanie rozpoznać, co jest, a co nie jest reklamą tym bardziej, że profilowanie uczyni ją nie tylko atrakcyjniejszą, ale obniży czujność odbiorców. Ci przestają być kreatywnymi, partycypującymi i wolnymi jednostkami. Nie mogą takimi być, gdyż wskutek profilowania zatracają cechy potrzebne do nieskrępowanej i płodnej działalności. Sieć przestaje być – jeśli kiedykolwiek była – przestrzenią, gdzie władza należy do zwykłych ludzi i gdzie to oni mają ostateczny głos na temat tego, jak wygląda cyfrowe środowisko. Rzekome poszanowanie internautów jest jedynie mitem, mamy do czynienia z beznamiętnym wykorzystywaniem ludzi i hipokryzją polegającą na ukrywaniu swoich prawdziwych zamiarów pod płaszczykiem sloganów partycypacji i konsumenckiego upodmiotowienia. Siecioprzedsiębiorcy zbywają wszelkie negatywne opinie na temat zbierania danych, twierdząc, że, kiedy ludzie dowiadują się o tych procesach, niby zaczynają się ich bać, ale tak naprawdę z chęcią zrzekają się swojej prywatności w zamian za darmowe produkty (nie jest to zdaniem Turowa prawdą).

Personalizacja może być według Turowa przyczyną totalnej fragmentaryzacji społecznej posuniętej do tego punktu, że podmiotem wszelkich działań – w tym dyskryminacyjnych – będą nie grupy, lecz jednostki. Czeka nas zanik zaufania i więzi międzyludzkich oraz wspólnych wszystkim ram społecznych wyznaczanych przez tradycyjne media (telewizja, radio, tradycyjna prasa, książki). Wywód badacza ma wyraz ewidentnie antykomercyjny i jest skierowany przeciwko biznesowi, jako źródłu wszelkiego nieszczęścia. Autor psioczy na firmy internetowe, udowadniając, że ich wykręty, jakoby dbały one o anonimowość przetwarzanych danych, nie mają żadnego znaczenia. Nie ważne jest, czy informacje o konkretnym użytkowniku będą zbierane w sposób, który ujawniać będzie jego imię i nazwisko lub, czy przyporządkuje mu się jedynie jakiś numer porządkowy; w obu przypadkach konsekwencje samego gromadzenia danych będą dla owego netizena identyczne. O tym, że intencje sieciowych gigantów bynajmniej nie są szczytne, świadczy niejasna polityka prywatności, a także brak rzetelnej informacji o regułach rządzących danym narzędziem.

Amerykański badacz postuluje większą kontrolę nowomedialnych przedsiębiorstw, gdyż bez niej, szybko staczamy się po równi pochyłej. Potrzebne są regulacje rządowe, które ograniczyć miałyby opisywane tutaj negatywne działania. Konieczna jest również mniej formalna kontrola, to znaczy akademicy oraz aktywiści muszą pisać coraz więcej o skutkach personalizacji i w ten sposób uświadamiać niczego nie przeczuwających internautów.

Pariser opisał to samo zjawisko co Turow, choć niewątpliwie położył większy nacisk na „miękkie” jego oblicze. Autor zdecydował się na ukazanie nie tyle ekonomicznej twarzy personalizacji, ale tej związanej z naszymi intelektualnymi horyzontami. Ulegają one zawężeniu na skutek zamknięcia się w tak zwanej bańce filtrującej (tytułowy filter bubble). Na Facebooku ciągle widzimy wpisy tych samych osób, w spersonalizowanych serwisach informacyjnych non-stop wyświetlają się wiadomości na podobne tematy, wyszukiwarki podsuwają nam w kółko te same podpowiedzi, na portalach randkowych poleca nam się tylko i wyłącznie specjalnie do nas dopasowanych partnerów (na podstawie serii testów serwis określa, na ile zgodne są nasze charaktery). Przykłady można powielać, ale nie ma potrzeby, gdyż sprowadzają się one do jednego – docierają do nas coraz bardziej sprofilowane treści, przy czym nie mamy specjalnie możliwości wyrwać się z bańki, a co więcej, często nie zdajemy sobie w ogóle sprawy, że ona jest wokół nas konstruowana i że nas więzi.

Konsekwencje personalizacji są – zdaniem Parisera – zarówno indywidualne jak i kulturowe. Po pierwsze bańka degraduje nas intelektualnie w związku z tym, że docierające do nas identyczne treści, nie przyczyniają się do naszego rozwoju. Dzieje się wręcz odwrotnie, ponieważ nie możemy natknąć się na coś odbiegającego od z góry zaprogramowanej dziennej dawki przekazów, nie uczymy się nowych rzeczy, nie wpadamy na innowacyjne, odkrywcze pomysły, jednym słowem duchowo ubożejemy. W świecie ciągle powtarzających się treści nie ma nic, co mogłoby nas zaskoczyć. Cierpi nasze własne ja, nasza tożsamość, która staje się „statyczna” przez zamknięcie w swoistej informacyjnej pętli. Nie jesteśmy w stanie wyrwać się poza wąskie grono internetowych znajomych; zdecydowanie nie sprawdziły się – zdaniem badacza – przewidywania jakoby sieć rozbudowywała nasz kapitał społeczny.

Nie dość, że pochłaniane przez nas informacje są identyczne, to jeszcze są idiotyczne. Nic bowiem łatwiej nie przedostaje się do naszych baniek, jak treści epatujące seksem, przemocą, związane z plotką, rozrywkowe. Łatwiej nam po prostu lajknąć nowy teledysk pop-gwiazdora, wzorcowo strzeloną bramkę w meczu piłki nożnej czy wiadomość, że nasz znajomy właśnie pobił swój rekord życiowy, biegnąc w maratonie, niż treści poważniejsze. Przez te Pariser rozumie przekazy „ciężkostrawne”, to jest emocjonalnie niepokojące, na przykład o głodujących w Afryce dzieciach, a także dotyczące złożonych problemów społecznych, chociażby bezdomności. Jeśli nie jesteśmy aktywistami walczącymi o pomoc dla Czarnego Lądu lub pracownikami socjalnymi zaangażowanymi w sprawy osób niemających gdzie mieszkać, w sieci możemy być odcięci od wiadomości związanych ze wspomnianymi tematami. Czytanie o nich od czasu do czasu jest natomiast istotne z perspektywy bycia wzorowym, to jest świadomym, partycypującym i mającym własne zdanie obywatelem.

Nie wszystko jest zdaniem Parisera stracone, w pewnym momencie stwierdza on bowiem, że „the Internet isn’t doomed, for a simple reason: This new medium is nothing if not plastic. Its great strength, in fact, is its capacity for change. Through a combination of individual action, corporate responsibility, and governmental regulation, it’s still possible to shift course” (201). Jako jednostki możemy starać się wybierać sieciowe narzędzia dające wgląd w to, jak działają filtry baniek oraz ujawniające, w jaki sposób wykorzystywane są gromadzone o nas informacje (powinniśmy natomiast unikać pozostałych). Na odpowiedzialność korporacji raczej nie ma co liczyć, nadzieja zatem w tym, że odpowiednie ustawy nałożą na przedsiębiorców obowiązek dbania o prywatność użytkowników, a także ograniczą personalizację oraz uczynią ją transparentną dla poszczególnych internautów. 


{ 2 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. Pisałem o filter bubble, choć z nieco innej perspektywy, także na swoim blogu. http://czlowiekitechnologie.com/filter-bubble-kilka-slow-o-tym-ze-dzieki-personalizacji-internetu-wiemy-coraz-mniej/

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za link. Nie omieszkam przeczytać.

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -