19 kwi 2013


Popblog zapoczątkował niedawno serię wpisów (patrz tutaj, tutaj czy tutaj) o książkach ukazujących negatywne strony korzystania z sieci, głównie po to, aby zobrazować, że oprócz pozytywnego spoglądania na internet, istnieją także ujęcia zupełnie odmienne. To, że dana technologia rodzi skrajne postawy, nie powinno nikogo dziwić; było tak w wypadku książek (Gutenberg miał przechlapane), radia, nie wspominając o telewizji. Ta w pierwszych latach swojego istnienia widziana była jako narzędzie tworzenia ogólnoświatowej globalnej wioski, a po kilku latach przeistoczyła się w przyrząd szatana, którego zamiary odszyfrował Jean Baudrillard, odkrywając, że belzebub chce nas uwikłać w pozorowaną rzeczywistość symulakrów.

Sieć może zatem rodzić skrajne postawy, choć wyraźna jest moim zdaniem tendencja do zmiany znaczeń narosłych wokół internetu. Podobnie jak to było, jeśli chodzi o inne media, tak i w przypadku e-pajęczyny obserwujemy obecnie odchodzenie od czegoś, co nazwać można paradygmatem utopizmu i kierowanie się w kierunku paradygmatu zniewolenia. W wielkim skrócie: internet już nie tylko zbawiennie wpływa na ludzkość, bo na przykład uwalnia od ograniczeń terytorialnych, wzmacnia kreatywność i – generalnie – przyczynia się do wszelkiego dobra. Teraz sieć zaczyna być przede wszystkim zagrożeniem dla prywatności, jest ciut za bardzo komercyjna i uprzedmiotawiająca oraz ogranicza nasze indywidualne zdolności kognitywne, ponieważ wtłacza nas w mechanizm personalizacji niepozwalający poszerzać horyzontów.

Drogę kierującą od jednego paradygmatu do drugiego obierają dziennikarze, aktywiści, politycy, edukatorzy, ludzie kultury, naukowcy. Najbardziej znamiennym dowodem na zmianę klimatu związanego z siecią są pojawiające się opinie osób, które powszechnie uważane są za „zwolenników” internetu, to znaczy tych, którzy jeszcze do niedawna postrzegali go w kategoriach swobody i rozwoju, a nie przez pryzmat niebezpieczeństw. Na przykład Jarosław Lipszyc boleje nad zagrożeniami prywatności czy negatywnymi skutkami personalizacji, podczas gdy Sławomir Czarnecki skupia się na tym drugim zagadnieniu.

Nie chcę być źle zrozumianym, nie twierdzę, że Lipszyc czy Czarnecki stali się nagle „wrogami” sieci, bo tak oczywiście nie jest. Podobnie jak takim „przeciwnikiem” nie stałem się ja sam, pisząc posty o dziełach autorów typu Evgeny Morozov, Lori Andrews czy Nicholas Carr. Chodzi o to, że na zjawisko (internet), na które jeszcze nie tak dawno patrzyliśmy zupełnie bezkrytycznie, zaczynamy nagle spoglądać nieco inaczej. Facebook, Google czy Amazon, do tej pory niedoścignione wzorce czegoś, co Amerykanie nazwaliby zapewne networking integrity, zaczynają być postrzegane jako „kombinujący manipulatorzy”. 

Nie uważam, że opisana zmiana postaw jest czymś złym lub dobrym. Nie należy tego tak rozpatrywać, a raczej zauważyć, że sieć tak naprawdę się nie zmieniła, mamy cały czas do czynienia z tym samym medium. Przekształceniu ulegają tylko społeczne – a więc i nasze – znaczenia z nim związane. Sami jesteśmy powodem owej zmiany znaczeń, gdyż głosimy „negatywne” poglądy i przekazujemy je dalej, ale też w owym głoszeniu poddajemy się już ukształtowanym znaczeniom deprecjonującym internet. 

Na marginesie: planuję właśnie projekt mający ukazać internet przez pryzmat znaczeń społecznych i ich zmiany z pozytywnych na negatywne. Ten wpis jest krótką zapowiedzią owego projektu.

Napisz coś

Subskrybuj wpisy | Subskrybuj komentarze

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -