13 lut 2013

W jednym z wpisów z sierpnia 2012 roku zapowiadałem, że po kolei omawiał będę różne książki krytycznie podchodzące do internetu jako medium społecznościowego. Takich dzieł ostatnimi czasy znacznie przybyło, co jest odmianą, gdyż do tej pory przeważało pozytywne nastawienie do tematu; w modzie było wychwalanie potencjału tkwiącego w sieci, chociażby więziotwórczej mocy społeczności wirtualnych czy portali typu social networking.

Przedstawiając dzieła podchodzące do e-pajęczyny inaczej, warto wspomnieć o I Know Who You Are and I Saw What You Did autorstwa Lori Andrews, która zwraca uwagę na niezwykle newralgiczną kwestię internetowej prywatności. Amerykańska prawniczka wypowiada się w stylu podobnym do Evgenya Morozova, to znaczy twierdzi, że sieci potrzebna jest większa regulacja i że nie może to być przestrzeń niepoddana jakiejkolwiek kontroli, czyli taka, gdzie wszyscy mogą robić to, co im się tylko podoba. Andrews dowodzi, że ludzie, korzystając z internetu, nie dbają o prywatność swoją i innych, co negatywnie odbija się na ich życiu.

Aby to zobrazować, badaczka konstruuje konstytucję sieci społecznej (The Social Network Constitution) będącą specyficznym eksperymentem myślowym, mającym ukazać nam deficyty aktualnej komunikacji internetowej związane z naruszaniem prywatności. W dziesięciu paragrafach aktu Andrews wylicza prawa, które powinny być gwarantowane każdemu użytkownikowi e-pajęczyny. Warto zwrócić uwagę na część z nich.

Przede wszystkim liczyć się powinna prywatność naszych profili i kont zakładanych na różnych serwisach. Chronione muszą być wszelkie dane, które można z nich wyciągnąć. Obecnie sytuacja nie wygląda pod tym względem różowo, czego prawniczka daje wyraz za pomocą barwnych przykładów z życia internautów. Głównie mierżą ją praktyki mieszczące się w ramach czegoś, co po angielsku nazywa się online behavioral advertising, czyli te praktyki odnoszące się do reklam, które pojawiają się na ekranie monitora danego użytkownika w oparciu o historię jego internetowej aktywności. Aby uzmysłowić sobie, o czym mowa, Czytelnik popbloga może poodwiedzać pewnego dnia jakiś  wybrany rodzaj serwisów internetowych, na przykład powchodzić na strony e-aptek. Może być pewien, że system zbierania informacji o jego sieciowych poczynaniach zadziała i przy pomocy plików cookies oraz innych narzędzi (na przykład flash cookies, web beacons, deep packet inspection, data scraping) firmy gromadzące takie dane zarobią ogromne pieniądze. Zebrane informacje zostaną sprzedane reklamodawcom chętnym polecać leki, co znajdzie odzwierciedlenie w reklamach pojawiających się podczas surfowania uskutecznianego przez Czytelnika.

Tworzenie baz danych zawierających informacje o historii internetowych działań ludzi nie byłoby może moralnie naganne, gdyby nie wiązało się z potencjalnym obniżeniem jakości życia internautów. Andrews pokazuje, jak zniekształcony i uproszczony – bowiem stworzony na podstawie historii sieciowych poczynań – obraz człowieka, może zdecydować o ważnych życiowo sprawach. Na przykład wiele banków amerykańskich właśnie takimi środkami ocenia zdolność kredytową swoich klientów, co dobitnie pokazuje, że zamiast odzwierciedlać rzeczywistość, analizy behawioralne online mogą ją tworzyć. Innym, dość makabrycznym przykładem, jest sytuacja osoby cierpiącej na depresję, która na forum pomocowym zwierza się, że zamierza popełnić samobójstwo przez łyknięcie tabletek o nazwie X. Co otrzymuje w zamian? Reklamę kontekstową tabletek o nazwie X.

Badaczka chce zmienić dotychczasową sytuację. Nie podoba jej się, że, aby zagwarantować sobie prywatność, musimy sami o nią zadbać, ot chociażby wyłączając cookies w przeglądarce. Nawet jeśli jesteśmy świadomi problemu, często wcale nam to nie pomoże, gdyż z takimi ustawieniami wiele w internecie nie zobaczymy, skoro wiele serwisów często obwarowuje dostęp do swojej strony koniecznością akceptacji ciasteczek. Wszystko to powoduje, że Andrews nie jest zwolenniczką odcinania się (opt-out) od praktyk behawioralnych, ale uważa za konieczne pełne o nich poinformowanie i uzyskiwanie zgody internautów na ich użycie (opt-in). Jednym słowem, po wejściu na daną stronę powinniśmy być poinformowani o naruszeniu naszej prywatność i wyrazić na owo naruszenie zgodę.

Ze zrozumiałych względów przeciwnikami takich rozwiązań są giganci typu Facebook i dlatego badaczka niemiłosiernie się nad nimi znęca. Na przykład przytacza dochodzenie przeprowadzone przez The Wall Street Journal, w wyniku którego wyszło na jaw, że aplikacje FB takie jak FarmVille czy Mafia Wars ujawniają ID danego użytkownika, a także informacje o jego wieku, miejscu zamieszkania i pracy oraz zdjęcia (aplikacje łamią zatem zasady prywatności gwarantowane przez serwis).

Facebook jest przez Andrews krytykowany także ze względu na niejasną politykę prywatności zmieniającą się w coraz szybszym tempie na niekorzyść użytkowników, więc pozwalającą na większe nadużycia. Każdorazowa zmiana opisywanej polityki zwykle skutkuje zresetowaniem dotychczasowych ustawień użytkownika, co oznacza, że to, co było dotychczas prywatne, nagle stało się publiczne.

Nie należy jednak odnieść mylnego wrażenia: badaczka nie wini użytkowników za to, że nie dbają o swoją prywatność sami, na przykład za to, że publikują na Facebooku kompromitujące ich zdjęcia (chociażby takie, gdzie zostali uwiecznieni w stanie wskazującym na spożycie). Nawet takich lekkoduchów należy chronić i trzeba to uczynić przy pomocy wspomnianej już wcześniej internetowej konstytucji, która ma być gwarantem tego, że nikt nie ucierpi z powodu widniejącego w sieci zniekształconego i uproszczonego wizerunku swojej osoby. Andrews podaje wiele przykładów wykorzystywania takowego wizerunku – nauczycielka zwolniona z pracy z powodu zdjęcia na FB wskazującego na to, że na wakacjach napiła się piwa na plaży; ofiara gwałtu, która z powodu frywolnych fotek została uznana za kusicielkę i „ukarana” uniewinnieniem przez sąd sprawcy; pracodawca przeglądający profile potencjalnych pracowników i na podstawie opublikowanych zdjęć decydujący o przebiegu procesu rekrutacyjnego.

W książce podanych jest naprawdę sporo przykładów i dotyczą one wielu sfer życia. Nie sposób wspomnieć o wszystkich, niemożliwością jest również ogarnięcie – w tak krótkim wpisie – ogromu zagadnień podejmowanych przez autorkę. Przekaz książki jest jednak jasny: konieczna jest większa regulacja prawna internetu w taki sposób, aby zacząć chronić prawa jednostek do prywatności. Niezbędna jest wspomniana internetowa konstytucja, zwłaszcza że dotychczasowe rozwiązania prawne nie wystarczają, gdyż albo są niejasne, to znaczy bardziej dotyczą sfery offline niż online, albo chronią złą stronę, czyli tych, którzy naruszają prywatność. Spokojnie spać mogą wielkie koncerny i firmy zbierające dane i ludzie bawiący się w internetowych detektywów. Jeśli chodzi o ochronę prywatności, w żadnym wypadku nie powinno się liczyć rozróżnienie na internetową sferę publiczną (wszystko, co jest widoczne dla wszystkich) i prywatną (to, co jest widoczne dla mnie i moich znajomych). Pierwsza musi być chroniona tak samo jak druga, a nawet bardziej, gdyż przeraża nieświadomość ludzi związana z tym, co udostępniają w internecie kompletnie obcym osobom. Niepokojem napawa również mentalność ludzi, sądzących, że to, co w internecie znaleźć można o innych, kompletnie i w sposób niezawodny odzwierciedla owych innych osobowość czy styl życia.

Być może warto się zastanowić, czy amerykańska prawniczka nie przesadza. Mało zastrzeżeń mam do potencjalnej szkodliwości reklam behawioralnych, jeśli jednak utożsamia się facebookowy profil z miejscem prywatnym, dajmy na to domem pewnej osoby, to czy nie jest to punkt widzenia skłaniający do sztucznego zacierania granic? Internet nie jest domem i nigdy nim nie będzie, nie można go traktować w takich kategoriach. Publikowane w nim treści z założenia docierać mają do wielu osób, a jeśli docierają one często do tych, do których nie chcielibyśmy, aby docierały, to czy naprawienie tego stanu rzeczy powinno być kwestią tylko i wyłącznie zmiany prawa? Być może postawić powinniśmy na edukację i nauczenie ludzi, aby w swoich internetowych działaniach kierowali się rozsądkiem i ostrożnością? Do końca nie wiem i dlatego przyznaję, że w wywodzie Andrews jest sporo racji. Mimo to rodzi on wiele pytań, czego przykładem są te postawione przeze mnie wyżej.

Napisz coś

Subskrybuj wpisy | Subskrybuj komentarze

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -