20 sty 2013

Pod koniec 2012 roku jeden z mieszkańców Bydgoszczy założył niebanalny fejsbukowy fanpejdż poświęcony szkalowaniu uczniów pewnego bydgoskiego liceum. Jak się okazało, autorem strony był gimnazjalista, czujący do obrażanej młodzieży niechęć z powodów, które określić można mianem ideologicznych. Nygus nie darzy uczniów liceum sympatią, ponieważ ci, z racji wysokiego kieszonkowego otrzymywanego od swoich rodziców, mogą sobie pozwolić na fajne rzeczy. Na przykład gadżety (ajfony) oraz jakiś, ewidentnie wysoko ceniony wśród młodzieży, rodzaj obuwia. O sprawie donosiły bydgoskie media, a co więcej, ma ona trafić do sądu, który zadecyduje, czy i jak ukarać twórcę strony.

Bydgoski przykład dobitnie pokazał, że korzystanie z tego, co nam się należy, czyli z podstawowych sieciowych wolności, często nie idzie w parze ze zwykłą przyzwoitością. Mało tego – zamieszczając obraźliwe treści w internecie, możemy skrzywdzić innych ludzi i stać się powodem ich udręk psychicznych. Przykładów znaleźć można zdecydowanie więcej niż ten kujawski, ponieważ podobne sytuacje zdarzają się na całym świecie i często są znacznie skrajniejsze w swoim przebiegu.
Pracownicy filii restauracji Domino’s Pizza w Conover beztrosko wrzucili na YouTube filmik, gdzie widać to, jak – uwaga – podcierają się gąbką używaną potem do rozsmarowania sosu pomidorowego po cieście przeznaczonym na pizzę czy wtykają sobie do nosa kawałki sera umieszczane później w firmowych kanapkach rozwożonych na zamówienie. W tym wypadku pokrzywdzeni mogą czuć się nie tylko klienci restauracji, ale przede wszystkim pracodawca, czyli właściciel filii zrujnowany przez wspomniany wybryk niesfornych pracowników.



Inna egzemplifikacja dotyczy trzynastoletniego ucznia jednej z amerykańskich szkół w Pensylwanii. Stworzył on stronę Teacher Sux, gdzie wyliczał powody, dlaczego jego nauczycielka algebry – Pani Fulmer – musi zginąć. Na stronie znajdował się nawet apel do odwiedzających o to, aby pomóc uczniowi zbierać pieniądze na wynajęcie płatnego zabójcy. No cóż – bydgoski wybryk zestawiony z tym z Pensylwanii wydaje się dziecinną zabawą choćby dlatego, że Pani Fulmer, odkrywszy, co zmajstrował jej podopieczny, bała się wyjść z domu, a także cierpiała z powodu stanów lękowych.

Doniesień medialnych pokazujących, że w sieci ludzie potrafią umieszczać treści krzywdzące innych, znaleźć można wiele i to zarówno tych wskazujących na szkody wyrządzone przez pracowników danych firm, jak i uczniów. Na pierwszy rzut oka rzecz wydaje się jasna – opisywane praktyki należy bezwzględnie potępić, pracowników zwolnić, a uczniów dyscyplinarnie przenieść do innej szkoły.

Czy jednak należy karać w ten sposób za każdą potencjalnie krzywdzącą kogoś treść? Wydaje się, że nie. Zdarza mi się obserwować fejsbukowe wpisy moich kolegów wykładowców, bezlitośnie wyszydzających głupotę i lekkomyślność swoich studentów i przytaczających e-listy, z których wynika, że młodzi ludzie właśnie taką głupotą i lekkomyślnością się wykazują. Warto dodać, że maile przytaczane są dosłownie, bez parafrazowania. Łatwo wyobrazić sobie, jak poczułby się student „wystawiany” na taki publiczny „widok”. Dla usprawiedliwienia swoich znajomych akademików zaznaczę, że robią to zupełnie tak, jakby rozmawiali ze mną „na żywo”, żartując na temat swoich studentów.

Wyobraźmy sobie ucznia krytykującego na swojej stronie (dostępnej dla każdego internauty) radę pedagogiczną szkoły za niedopełnianie swoich obowiązków. Wyobraźmy sobie, że dyrekcja tejże szkoły zawiesza ucznia oraz kieruje sprawę do sądu, a podstawowy zarzut dotyczy zakłócania codziennej aktywności wzmiankowanej instytucji. Czyż opisywana strona nie może być traktowana właśnie w kategoriach owej codzienności, takiej samej, jak rozmowy uczniów na korytarzu, kiedy krytykują oni nauczycieli za ich nierzetelność? Oczywiście że tak i chyba trzeba potraktować ją w kategorii prawa do wolności wypowiedzi nawet wówczas, gdy uczeń internauta nie jest wobec nauczycieli łaskawy i nadużywa słów mogących być obraźliwymi.

Podobnie usprawiedliwiony może czuć się pracownik administracyjny klubu sportowego krytykujący online politykę transferową władz. Czy takiego pracownika można zwolnić pod zarzutem niesubordynacji? Zdroworozsądkowo stwierdzimy, że nie, chociaż, podobnie jak w przypadku restauracji Domino’s Pizza, wypowiedź postawiła instytucję w złym świetle. Czyż jednak pracownik nie miał prawa wypowiedzieć się jako osoba prywatna w publicznej sprawie? Czyż jego sieciowe działanie nie nosi znamion ujawniania szkodliwych działań i zaniedbań pracodawców?

Nie wspominam o tym, aby usprawiedliwić bydgoszczanina za jego fanpejdż. Chodzi mi o to, że bardzo trudno jest nieraz rozstrzygnąć, czy dany materiał powinien czy nie powinien się w sieci znaleźć, bo nawet wulgarne treści mogą być społecznie istotne. Czy gimnazjalista z Bydgoszczy nie wskazał na ważny z punktu widzenia całego miasta problem młodzieżowych konfliktów rodzących się na tle uczęszczania do konkretnej szkoły? Czyż nie jest to zjawisko, którym powinni się zająć pedagodzy? Czy wcześniej świadomi oni byli frustracji młodych spowodowanej postawą uczniów pierwszego liceum w Bydgoszczy?

Te pytania pokazują, jak trudno jest jednoznacznie rozstrzygnąć, co jest materiałem dopuszczalnym, a co narusza prawa innych oraz w różny sposób ich krzywdzi. Na nieszczęście niezbyt pomocne jest w tym wypadku prawo. Na przykład w Polsce można ukarać kogoś za wzbudzanie poczucia zagrożenia, czyli tak zwany cyberstalking, polegający między innymi na uporczywym nękaniu kogoś, wykorzystywaniu czyjegoś wizerunku i danych osobowych w celu wyrządzenia szkody. Dla sprawcy tym gorzej, im poważniejsze skutki mają jego działania, na przykład gdy osoba nękana targnie się na własne życie. Niestety prawo prawem, a sieciowa praktyka pokazuje, że wiele rzeczy dziejących się w internecie trudno jest prawnie zaklasyfikować, co widać na ukazanych wyżej przykładach. Gimnazjalista z Bydgoszczy nie obrażał przecież konkretnej osoby, w związku z tym trudno mówić o tym, że kogoś nękał, jeśli kierować się ustawą. Jego wpisy miały charakter bezosobowy, ogólny, czy można je zatem podpiąć pod wspomniane cybernękanie? Raczej nie, bowiem nie wyrządziły realnej krzywdy, a jedynie przypięły pewnej grupie ludzi określony społeczny stygmat.

Przedstawię jeszcze inny przykład: co zrobić, gdy osoba popełniła samobójstwo pod wpływem internetowej rozmowy z kimś, kto udzielił technicznych instrukcji mówiących jak dokonać tego czynu? Zgodnie z prawem osoba udzielająca porad nie popełniła cyberstalkingu, nie nakłaniała również do samobójstwa. Przyjmijmy, że rozmowa o najlepszych metodach uśmiercenia siebie miała miejsce na forum. Kogo należy wówczas obarczyć odpowiedzialnością? Nikogo, bo był to własny wybór jednostki, osobę z którą ona rozmawiała, a może twórców serwisu, ponieważ stworzyli stronę, gdzie można przeczytać o metodach samobójstwa. Dlaczego za opisywanego bydgoskiego fanpejdża nie miałby odpowiadać sam Facebook, ponieważ stworzył platformę, gdzie można krzywdzić innych? Jeśli uznać to za zasadne, to czy nie należy wówczas ukarać członków wszystkich zespołów metalowych układających teksty traktujące o pożytkach płynących z samobójstwa?

Pytań jest bardzo wiele i na razie pozostają one bez odpowiedzi. Jedno jest pewne, prawo powinno się zmienić tak, aby brać pod uwagę niuanse związane z korzystaniem z internetu oraz odpowiednio odnosić się do sieciowej sfery ludzkiego bytowania. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się być spojrzenie na to, jak sprawy przedstawiają się w realu i odpowiednie zbilansowanie dwóch racji, czyli prawa do wolności wypowiedzi oraz zakazu krzywdzenia innych. Z jednej strony nie możemy dopuścić do sytuacji, kiedy na przykład narzekanie na lekarzy, na stronach poświęconych ocenie ich pracy, będzie traktowane jako krzywdzące, a z drugiej, kiedy raniące słowa padają w sieci bezmyślnie, bezcelowo i bez dbałości o dobrostan innych osób.

{ 2 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. Czy nie wypadałoby zachować nieco większego dystansu do działań owego "mieszkańca Bydgoszczy"? Być może nie wychwytuję ironii, ale nie do końca podoba mi się przyjmowanie za dobrą monetę forsowanych przez (bardzo banalny, nawiasem mówiąc) fanpage niby-prawd, takich jak np. "każdy uczeń I LO dostaje wysokie kieszonkowe", albo "fajne rzeczy uczniowie I LO kupują za pieniądze rodziców", albo "każdy uczeń I LO ma te tzw. fajne rzeczy". To są generalizacje w najtańszym stylu i chyba wypadałoby zachować w stosunku do nich wspomniany dystans.

    Co gorsza, niżej pisze Pan o "frustracji młodych spowodowanej postawą uczniów pierwszego liceum w Bydgoszczy". No jasne. Wszyscy uczniowie / każdy uczeń I LO (oraz Gimnazjum Klasycznego)prezentuje jednakową, typową, aaa i na dodatek społecznie szkodliwą postawę, która (oczywiście!) ma prawo frustrować młodych... Oczywiście, ta postawa nie zostaje nigdzie zdefiniowana, bo sama wzmianka o noszeniu ciuchów pewnych marek czy korzystania z telefonów pewnej firmy to jeszcze nie jest definicja "postawy". Że powiem tak: GAB.

    Fanpage niebanalnym nie był, był słaby. Co do naruszania dóbr osobistych, owszem stygmatyzował grupę, ale także nawoływał do zastosowania wobec tej grupy przemocy (polecam wnikliwsza analizę zawartości fanpage'u, takie tam zestawienie z kontekstem jak np. rozpatrzenie obecnych tam zapożyczeń), poza tym atakował konkretne, pojedyncze osoby (czarne paseczki zasłaniające oczy? jasne, nikt tych "pedałów" /to cytat z fanpage'a/ nie rozpozna przecież...).

    Znami mi uczniowie I LO, o ile mi wiadomo, poczuli się tym fanpage'm nie tyle obrażeni, ile rozbawieni. Po prostu nie identyfikują się z ową mityczną, nieokreśloną bliżej "postawą" (bo albo nie noszą w ogóle Vansów i nie używają iPhoneów, albo noszą Vansy i posiadają iPhony, i doskonale wiedzą, że so what? serio, co z tego ma wynikać?), a fanpage znajdują, jak wyżej, słabym - gdzież tam lansowanemu (bo czyż owe wywiady dla gazety nie były kwintesencją lansu?) w mediach Wampirowi do szczerze kreatywnych autorów z 4chana, na przykład. Nie takie hejty i trollingi te dzieciaki widywały, żeby się byle fanpage'em przejąć. A, było im żal znanych z widzenia osób, po których Wampir "pojechał". Cała afera w sumie doprowadziła (przynajmniej wśród znanych mi uczniów) do umocnienia poczucia przynależności. I tyle.

    Po co więc ja tu piszę? ano po to, żeby nieśmiało zwrócić uwagę, iż nie wypada po prostu łykać generalizacji i brać byle czego (choćby nie wiadomo ile razy było mielone, więc wchodzi łatwo) za dobrą monetę. Nie neguję, że coś do przemyśleń badawczych jest (z jakiegoś pudełka ten autor fanpage'a wyskoczył), ale ostrożniej proszę z tą metkownicą.

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -