8 paź 2012



Czego Oni ode mnie chcą? Kilku rzeczy – przede wszystkim mam w internecie podziwiać to, co jest dla mnie dobre pod względem informacyjnym. Jeden z Nich, Clay A. Johnson, radzi, abym swoją konsumpcję sieciowych wiadomości upodobnił do korzystnych zwyczajów żywieniowych, czyli do jedzenia zieleniny oraz owoców, zamiast obfitujących w zbędne kalorie oraz przyprawiających o najróżniejsze choroby słodyczy oraz tłustych mięs. Moje komunikacyjno-informacyjne postępowanie ma być ukierunkowane na pielęgnowanie zdrowia intelektualnego tak, jak spożywanie naturalnego i zdrowego jedzenia, ma polepszyć mój dobrostan fizyczny.

Johnsonowi chodzi o to, aby wyrobić we mnie zdolność rozpoznawania przekazów, które pielęgnują mentalne zdrowie, jak również, aby wpoić mi zasady tak zwanego crap detection, czyli niedopuszczania do siebie szkodliwych wiadomości. Dla jednych będą to teksty związane z celebrytami, a także te mieszczące się w zakresie reklamy, w tym reklamy politycznej; dla innych „crapem” będzie to wszystko, co odciąga ich od pracy i powoduje, że nie można się na niej skupić na dłużej niż kilka sekund. Tylko ode mnie ma zależeć, co skonsumuję i jaki się w związku z tym stanę.

Mam zatem wyrobić w sobie kompetencję polegającą na odfiltrowywaniu informacji niewartych uwagi, a tak naprawdę to najlepiej byłoby, gdybym w ogóle nie zapuszczał się na sieciowe tereny, gdzie straszy dezinformacja, nieistotność i zbędność przekazów (zbędność z – podkreślę raz jeszcze – punktu widzenia mojego rozwoju intelektualnego oraz efektywności pracy). Powinienem wyeliminować wszystkie internetowe dystraktory, na przykład pozbyć się powiadomień o przychodzącej poczcie czy wiadomościach na Facebooku. Koniecznie muszę zainstalować oprogramowanie ułatwiające gospodarowanie skrzynką mailową (wyrzucające informacje zbędne i mało dla mnie ważne [decyduje program] od razu do kosza). Dobrze by się stało, gdybym wydłużył czas, kiedy pracuję niepodłączony do sieci (i w ten sposób wolny od pokusy, aby choć na chwilę oderwać się od roboty i kliknąć ikonkę przeglądarki). W książce Johnsona zatytułowanej The Information Diet znajdziemy wiele podobnych porad oraz cudownych recept mających skutkować poprawą sposobu korzystania z sieci.

Inny z Nich (tym razem ten o bardzo głośnym [przynajmniej w pewnych kręgach] nazwisku) – Howard Rheingold – w swoim najnowszym dziele radzi mi jak mam być sieciowo mądry, przy czym do opisywanej wyżej informacyjnej selektywności dorzuca kilka innych rzeczy. Po pierwsze uważa, że należy ćwiczyć swoją zdolność utrzymania uwagi na jednej rzeczy przez dłuższy czas. Przeciętny internauta jest bowiem niezwykle energiczny i chaotyczny, w związku z czym cierpią jego zdolności – między innymi umiejętność rozumienia przekazów dłuższych niż typowy sieciowy news na jakimś portalu. Aby ćwiczyć uwagę, można na przykład codziennie medytować, w tym stosować praktykę związaną z koncentrowaniem się przez odpowiedni sposób oddychania – zainteresowanych opisywaną techniką odsyłam bezpośrednio do książki byłego hipisowskiego kontestatora zafascynowanego internetem.

Kolejna rada wspomnianego autora związana jest z partycypowaniem i współpracowaniem z innymi przy pomocy różnych społecznych sieci zawiązywanych przez social media. Każdy nawiązany przeze mnie w sieci kontakt musi być korzystny z punktu widzenia mojego kapitału społecznego – osoby z mojego e-otoczenia powinny być dostarczycielami informacji, ofiarowywać wsparcie, a także pomoc każdego innego rodzaju. Z internetowymi znajomymi należy intensywnie pracować nad jakimś rozwijającym, ambitnym, opierającym się na kolektywnej inteligencji zadaniu – oczywiście omijającym szerokim łukiem zagadnienia, wobec których konieczne staje się użycie wspomnianego crap detection.

Niewątpliwie dużo tych rad, a zastosowanie się do nich wszystkich na pewno dobrze odbiłoby się na mojej wydajności zawodowej (większa praca wykonana w krótszym czasie i – być może – mniejszym nakładem sił). Mimo wszystko nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wspomnianym autorom chodzi tylko o to, aby mnie (przeciętnego internautę) zdołować i udowodnić, że jestem typem wyjątkowo niezdolnym i nieumiejętnie korzystającym z elektronicznej pajęczyny. Być może moje wrażenie wynika z wyrzutów sumienia rodzących się ze świadomości, że nigdy nie będę w stanie w pełni wyeliminować wszystkich szkodliwych nawyków komunikacyjno-informacyjnych, o których napisali Johnnson i Rheingold.

Nie jestem w stanie wyćwiczyć w sobie koncentracji oraz narzucić reżim odłączania się od sieci. Kiedy pracuję, lubię co jakiś czas zerknąć w skrzynkę e-mail, podejrzeć Facebooka, sprawdzić wyniki meczów piłkarskich, bezmyślnie odświeżać jakąś transmisję sportową, co sekundę klikając w odpowiedni przycisk czy – przyznaję się bez bicia – okazjonalnie skusić się, aby kliknąć w jakiś link prowadzący do artykułu o celebrycie (kliknięcie w ów link kończy się zazwyczaj bardzo szybkim powrotem do miejsca, z którego się kliknęło). Nie potrafię zatem przyswoić sobie dobrych nawyków i kierować się nimi w internetowej działalności – internetowa głupota cały czas wygrywa z internetowym byciem smart. Zdaję sobie z tego sprawę nawet wtedy, kiedy bez namysłu na portalu social networking przyjmuję zaproszenie od osoby, o której wiem, że nigdy się do niej nie odezwę. Zdaję sobie z tego sprawę także wtedy, gdy uciekam jak od ognia od wspólnych sieciowych projektów podejmowanych w imię wykorzystania kolektywnej inteligencji.

Wiem, że książki takie jak The Information Diet oraz Net Smart  nie powstały po to, by zakpić z podobnych mi osób, niechcących czy niepotrafiących wpoić sobie zdrowych sposobów korzystania z elektronicznej pajęczyny. Mimo to rodzi się we mnie bunt wynikający z przekonania, że wszyscy akademicy piszący o tym, co i jak mam robić w necie, mylą się, ponieważ to ja najlepiej wiem, co mi służy, a co nie. Mam swoje zdanie między innymi na temat bezmyślnego surfowania po portalach plotkarskich, a także notorycznego odświeżania transmisji sportowych – czynności tych bynajmniej nie kojarzę z czymś zupełnie niepotrzebnym.

{ 10 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. Przeczytałem tekst z przyjemnością, także ze względu na kompozycję (o ileż ciekawsza od suchej recenzji). Zakończenie jednak aż prosi się o pytanie: do czego nam się przydaje bezmyślne surfowanie i notoryczne odświeżanie?

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz rację, ale nie będę już niczego dopisywał... Dodałem link.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,

    Podobna idea odsiewu dobrych i złych informacji pojawiła się w książce Petera Lunenfelda, The Secret War Between Downloading and Uploading: Tales of the Computer as Culture Machine. Autor porównuje nadmiar informacji do szkodliwego dla organizmu nadmiaru cukru i określa go mianem kulturowej cukrzycy. Lekarstwem jest odsiew czyli infotriaż.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się jednak z twierdzeniem, ze kwestia doboru informacji ma charakter wyscoce indywidualny

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki za informację o książce Lunenfelda.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wydaje się, że kluczowym problemem dla "propagatorów" optymalnego korzystania z internetu jest zakładanie niewiedzy, jak faktycznie z niego korzystać, twierdząc że człowiek sam z siebie nie jest w stanie poradzić sobie z tym zadaniem. Tymczasem ja także przychylam się do opinii, że problem ten nie istnieje. Umiejętność ta rodzi się u nas w miarę używania i stanowi niemal zestaw czynności "w tle", podobnie jak przy prowadzeniu samochodu nie skupiamy się na wszystkich detalach mechaniki albo tze przy przeglądaniu gazety, "instynktownie" omijamy boxy reklamowe, czy nieinteresujące nas artykuły. Im więcej się z tym przebywa, tym łatwiej wyrobić sobie pewne wzorce (np. rozpoznawanie jakości treści chociażby po adresie url). Żadna książka, w której próbuje się scalić "ogół" mądrości na temat "bycia" w internecie wiele nie wnosi. Internet to ogromnie duża przestrzeń, duplikująca wielkością cały nasz świat, a nawet większa. "Obycie" z nim wymaga czasu, trochę jak "zadomowienie" się w nowym mieście - niby znamy plan, ale dopiero po roku/dwóch znamy je nieźle i poruszamy się efektywnie. A i tak czymś nas zaskoczy.

    Efektywność pracy nie jest funkcją zależną od dostępności "pokus" w internecie. Co więcej, dla niektórych, ich efektywność właśnie od twittera, poczty czy facebooka często sprawdzanego będzie zależeć. Ostatecznie do nas należy decyzja, jak z niego korzystamy. Być może osobną, dopiero rozwijaną w nas zdolnością, jest umiejętność nie rozpraszania się notyfikacjami (mail, facebook), reagowanie na nie adhoc i bardzo szybkie przełączanie kontekstów, mając w pamięci wszystkie dane potrzebne do kontynuacji.

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja zajmę przeciwne stanowisko. :-} Nie sądzę, żeby nasze mózgi były w stanie aż tak mocno się przekształcić, aby nie rozpraszały się notyfikacjami. Co prawda tutaj trzeba by sięgnąć do neuropsychologii, ale przynajmniej mój mózg jest już na tyle stabilny (co nie znaczy: "całkiem niezmienny"), że nie spodziewam się wielkich postępów w tej dziedzinie. Nie wydaje mi się, aby dziesięć lat korzystania z internetu (prawda, że pierwsze kilka z modemem, bez stałego łącza) dało mi wiedzę, która pozwoliłaby mi teraz efektywnie pracować przy notyfikacjach. Widzę bardzo dużą różnicę we własnej wydajności między stanami "internet włączony" i "internet wyłączony". A w związku z tym jestem jak najbardziej zainteresowany sugestiami dotyczącymi zwiększenia komputerowej produktywności – mojej własnej oraz moich obecnych i przyszłych współpracowników.

    Oczywiście produktywność łatwo może się stać kieratem, a sama jej idea jest mocno zakorzeniona w rozmaitych dyskursach nowoczesności. Ale nie twierdziłbym, że problem prokrastynacji (o, w końcu przyszło mi na myśl ładne słowo) nie istnieje, niechby i społecznie skonstruowany – nie likwiduje to przecież jego realności.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie lekceważyłbym zdolności mózgu do zmiany. Kiedyś czytałem o jakiejś anglojęzycznej książce, której autor wskazywał (metodami skanowania i mierzenia przepływu prądu), że w mózgu dorosłego człowieka zachodzą ogromne zmiany pod wpływem korzystania z komputera i internetu (zmiany zachodziły w bardzo szybkim czasie) - postaram się znaleźć tytuł tej książki (było o niej dosyć głośno).

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie lekceważę jej, natomiast staram się jej też nie przeceniać. ;-)

    Być może w znalezieniu książki pomogą słowa kluczowe: neuroplastyczność, fMRI, EEG.

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -