20 sie 2012

W tym wpisie oraz w następnym proponuję „przedruk” recenzji zamieszczonej oryginalnie w serwisie The Daily Interactive oraz na stronie natemat.pl.

Ostatnio pojawiło się sporo anglojęzycznych publikacji książkowych, których autorzy są krytycznie nastawieni do internetu. Mnogość takich dzieł jest niewątpliwie niecodzienną sytuacją – nie pamiętam już, kiedy ostatni raz, przeglądając katalog nowości wydawniczych na Amazonie, naliczyłem więcej pozycji krytykujących sieć, niż ją wychwalających. Od pamiętnego Kultu amatora minęło już trochę czasu, ale ewidentnie Keen, pionier negatywnego myślenia o elektronicznej pajęczynie, w osamotnieniu wydający antyinternetowy zeszycik, zainspirował innych. (Choć przed Keenem nieprzychylnie wyrażał się o sieci Cliford Stoll w swoim Krzemowym remedium, to jednak dzieło Keena wywarło o wiele większy wpływ). Na mojej półce znajdują się już świeżutkie: The Net Delusion Evgenya Morozova, I Know Who You Are and I Saw What You Did Lori Andrews, Networks Without a Cause Geerta Lovinka, The Filter Bubble Eli Parisier oraz The Daily You Josepha Turowa.

Na razie zajmę się The Net Delusion Evgenya Morozova. Muszę przyznać, że choć jestem nastawiony technooptymistycznie, dzieło Białorusina (od kilku lat mieszkającego w Stanach Zjednoczonych), przemówiło do mnie rzeczowością i zdroworozsądkowym podejściem. Morozov – znany z internetowego sceptycyzmu wyrażanego na łamach amerykańskiej prasy – przyjął styl odmienny od Keena, który za radykalny elitaryzm i arbitralność został mocno skrytykowany (choćby przez polskich badaczy – tutaj czy tutaj). Białorusin przedstawił niezwykle racjonalny punkt widzenia, dystansując się od dogmatycznych w swych sądach cyberutopistów.

Rozważania zawarte w The Net Delusion koncentrują się na zaprzeczaniu domniemanemu niszczycielskiemu wpływowi internetu na autorytarne reżimy na całym świecie. Morozov chce przekonać czytelników, że mylą się akademicy, przedstawiciele internetowego biznesu, dziennikarze i, co ważniejsze, politycy upatrujący w sieci skutecznego narzędzia walki z autorytaryzmem. Przekonanie, że komunikacja internetowa podmywa fundamenty, na jakich opierają się niedemokratyczne państwa – to znaczy pozwala obejść blokadę informacyjną, niweluje skutki propagandy, ułatwia mobilizację polityczną (w tym organizację manifestacji), skutecznie ogranicza nadzór nad obywatelami – jest, mówiąc delikatnie, przejawem myślenia życzeniowego. Obrazek lansowany przez media i technobiznesmenów, jakoby Facebook czy Twitter (jak również inne narzędzia sieciowe) były użyteczne dla opozycji politycznej, jest uproszczeniem skomplikowanej sytuacji. W związku z tym polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych, coraz bardziej opierająca się na działaniach spod znaku tak zwanego „Internet freedom”, może okazać się katastrofalna w skutkach.

Według Morozova osoby odpowiedzialne za ową politykę zdają się tego nie dostrzegać, co po części spowodowane jest odwoływaniem się do nie tak dalekiej historii walki z komunizmem. Możnowładcy amerykańscy wyobrażają sobie, że w przypadku Białorusi, Iranu czy Rosji będzie tak samo jak za dawnych czasów, to znaczy, iż wystarczy wyposażyć opozycję w odpowiednik niegdysiejszych fotokopiarek (służących do powielania wywrotowych publikacji), czyli internetowe narzędzia. Dzięki nim zamknięte do tej pory społeczeństwa otworzą się, nastanie w nich demokracja, a prawa człowieka będą poszanowane. Przesłanie autora jest gorzkie – nie dość, że wyśmiał on pogląd, jakoby do upadku komunizmu przyczyniły się technologie dostarczane przez Zachód (Morozov stwierdził, że znacznie ważniejsze były strukturalne warunki panujące w bloku sowieckim), to jeszcze zauważył, że administracja USA w ogóle nie ma rozeznania w rzeczywistej sytuacji krajów niedemokratycznych.

Dzisiejsza polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych zasadza się na popularnym w pierwszej połowie lat 90. XX wieku cyberutopizmie. Obok wiary w więziotwórczą moc sieci dobrze wpływającą na społeczeństwo obywatelskie, poglądy cyberutopistów zakładają, że usunięcie przeszkód stojących na drodze swobodnego przepływu informacji zdemokratyzuje dane społeczeństwo – pomysły takie nazywa się dzisiaj zbiorczo mianem doktryny Google (The Google Doctrine). Dziwnym trafem cyberutopiści, w tym politycy, nie widzą, że e-pajęczyna może stać się także doskonałym narzędziem w rękach każdego reżimu, który posłużyć się może siecią do celów propagandowych czy tych związanych z nadzorowaniem nieposłusznych obywateli i cenzurowaniem niepożądanych treści.

Ludzie odpowiedzialni za politykę zagraniczną USA wrzucają wszystkie państwa autorytarne do jednego worka. Facebook i Twitter mają być źródłem rewolucji w każdym niedemokratycznym kraju globu. Białorusin często posługuje się (nie tylko na łamach książki) przykładem wydarzeń w Iranie w 2009 roku, kiedy to zachodnie media okrzyknęły, że we wspomnianym państwie rozpoczęła się rewolucja Twittera (Twitter Revolution). Po rzekomo sfałszowanych wyborach, przy pomocy wspomnianego portalu wielu Irańczyków zdawało relację z manifestacji, zwoływało pozostałych użytkowników do uczestnictwa w nich (choć – jak zaznaczył autor – rola Twittera w owym mobilizowaniu nie do końca jest pewna), informowało o okropnościach, jakich dopuszczały się władze itd. Niestety, rewolucyjny zapał wygasł bardzo szybko między innym dlatego, że – jak pokazał Morozov – internauci w Iranie to zdecydowana mniejszość społeczeństwa, a dodatkowo twitterowy szał nakręcało wielu emigrantów, a także mieszkańców Zachodu, w tym dziennikarzy. Białorusin stwierdził, że twitterowa rewolucja powiedziała więcej o zachodnich fantazjach niż o rzeczywistej sytuacji w Iranie. I chociaż zdrowy rozsądek Morozova jest godzien pochwały, to jednak, podobnie jak entuzjaści Twittera, autor nie podał żadnych konkretnych dowodów na poparcie swojego stanowiska. Tezy, iż serwis miał mały wpływ na omawiane wydarzenia i że pełnił marginalną rolę pod względem organizacyjnym, poparte są tylko serią wypowiedzi dziennikarskich.

Abstrahując od Iranu, niezwracanie uwagi na kontekst społeczno-kulturowo-polityczny danego autorytarnego państwa nazwał Morozov mianem internetocentryzmu, skupiającego się najpierw na technologii i jej wykorzystaniu, a dopiero potem na całej reszcie, w tym również na negatywnych skutkach, jakie może przynieść zastosowanie sieci. Zakłada się, że to internet kształtuje środowisko zewnętrzne, w żadnym zaś wypadku nie dzieje się odwrotnie; poza tym, e-pajęczyna się nie zmienia, jest stałą – ewoluuje jedynie wszystko to, co znajduje się wobec niej na zewnątrz. Takie podejście nie sprzyja gruntownej i rzetelnej analizie sytuacji – w każdym zakątku świata (w tym w każdym kraju autorytarnym) internet oddziałuje inaczej. Nieuznanie tego faktu spowoduje, że ludzie promujący demokrację nie nauczą się z korzyścią wykorzystywać sieci, a z całą pewnością nie będą potrafili rozpoznać jej różnych antydemokratycznych zastosowań.

Tych – jak się okazuje – da się wskazać całkiem sporo, co bardzo dobrze pokazał Morozov, którego książka obfituje w ciekawe przykłady. Można zatem w dziele przeczytać chociażby o irańskich oddziałach do zwalczania przestępstw w cyberprzestrzeni, mających spore sukcesy w walce z rewolucyjnym elementem – niedługo po wspomnianym twitterowym zamieszaniu doszło do zamknięcia w więzieniach kilku prominentnych blogerów oraz wyłączenia wielu stron. Zdaniem Białorusina cyberdziałania autokratycznych państw są wynikiem wrzenia w zachodnich mediach, przedstawiających sieć jako narzędzie buntu i wyzwolenia – nierozważne wypowiedzi na ten temat mogą przyczyniać się do pogorszenia położenia internautów opozycjonistów, coraz skrajniejszej cenzury sieci oraz zacieśniania się węzła kontroli. Sytuacja i tak jest już nieciekawa z perspektywy niepokornych, ponieważ portale social networking to dla tajnych policji całego świata doskonałe źródło informacji – wystarczy wyśledzić jednego zbuntowanego oraz przejrzeć jego listę znajomych na Facebooku, aby dotrzeć do kolejnych niezadowolonych. Morozov przekonująco ukazał, że internet stał się użytecznym narzędziem w rękach cenzorów i ekspertów od propagandy.

W omawianej pozycji opisane są chociażby zjawiska prorządowych ataków DDoS, blogerów na usługach reżimów czy crowdsourcingu oraz kolektywnej inteligencji wykorzystywanych do odnajdywania opozycji (np. tysiące ochotników przeszukujących sieć w poszukiwaniu twarzy osób uwiecznionych na fotografiach z protestów w Iranie) oraz wyłapywania treści, które powinny być ocenzurowane. Białorusin chce uświadomić, że przestał dzisiaj obowiązywać tak zwany dylemat dyktatora (Dictator Dilemma), polegający na tym, iż niedemokratycznie nastawiony rząd musi oscylować między ograniczaniem wolności a rozwojem gospodarczym – dla ekonomii niezbędne są kontakty ze światem zachodnim, a temu – jak wiemy – w głowie demokracja. Dzisiaj wiele reżimów pokazuje, że potrafi zachować swoją antywolnościową postawę przy jednoczesnym imporcie najnowszych technologii. Między pójściem z duchem czasu a byciem zawziętym, nieobliczalnym i okrutnym dyktatorem nie ma najmniejszej sprzeczności, co pokazał autor książki na przykładzie używającego Twittera Hugo Chaveza. Mało tego, wspomniane pójście z duchem czasu staje się dowodem (danych dyktatur), iż w danym kraju nie jest tak źle, bowiem dopuszcza się wykorzystanie najnowszych technologii – obywatele mają to, co ludzie na Zachodzie, wszystko zatem zmierza w dobrym kierunku, zachowane są pozory demokracji.

Inna sprawa, że gloryfikowany w Ameryce i Europie internetowy aktywizm Morozov ma za slacktivism, który, w przeciwieństwie do realnej działalności opozycyjnej, nie tylko jest nieskuteczny, ale i nie wymaga najmniejszego wysiłku, jest działaniem płytkim, wynikającym bardziej z wygody niż z realnej chęci zrobienia czegoś. Ma ponadto podłoże w potrzebie zaimponowania swoim internetowym znajomym. Koncentrując się na przykładzie Facebooka, Białorusin wyśmiał działalność polegającą na klikaniu w banner „like” pod każdą petycją, która się podoba danej jednostce – taka aktywność tylko pozornie nakręca spiralę nieposłuszeństwa obywatelskiego, a tak naprawdę tylko nikła część działań sieciowych ma szansę zaistnieć na dużą skalę. Nawet jeśli jakieś (działanie) zyska internetowy rozgłos, nie pociąga to za sobą niczego realnego. Na dokładkę, wirusowość omawianych form protestu jest bronią obosieczną – kilka tysięcy e-podpisów uspokaja niezadowolonych, daje pocieszenie, że wszystko zmierza ku dobremu, co oczywiście może nie być prawdą. Kampanie online poprzestają na tak zwanym wzbudzaniu świadomości negatywnych zdarzeń (awareness raising) lub na fundrisingu. Ten ostatni – jak udowodnił Morozov – przynosi często mniej pieniędzy niż zbieranie ich w realu, a poza tym – zdaniem autora – nie wszystkie problemy da się rozwiązać przy pomocy środków finansowych. Jednym słowem, działania facebookowe (a także przeprowadzane przy pomocy innych narzędzi) nie przyczyniają się do zaangażowania ludzi, raczej zdejmują z nich odpowiedzialność, niż ją nakładają. Nowe formy sprzeciwu powodują erozję starszych, bardziej sprawdzonych i efektywnych.

W następnym wpisie część druga recenzji...

Napisz coś

Subskrybuj wpisy | Subskrybuj komentarze

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -