31 lip 2012

Pod koniec czerwca uczestniczyłem w konferencji naukowej, z której przywiozłem (uwaga!) 12 wizytówek (bynajmniej nie własnych, a dodatkowo każda innej osoby). Wszystkie są śliczne, ze stopniem naukowym danego delikwenta (delikwentki), jego (jej) imieniem i nazwiskiem, niezbędnymi danymi kontaktowymi (adres, telefon, mail), oczywiście pokryte ozdobnikami, wśród których logo uczelni jest najmniej fikuśnym, kolorowym i oko-przyciągającym. Na biurku, gdzie ulokowany mam komputer, stoi wizytownik (nie wiem, czy tak to się nazywa) służący mi do składowania papierowych karteczek. Gdyby nie on, mój portfel napęczniałby zapewne do tego stopnia, że nie dałoby się go nosić inaczej, jak w bocznej kieszeni spodni typu moro. Nie o moich problemach z objętością portfela ani o moim biurku chcę jednak pisać – post ten jest raczej powodowany zdziwieniem związanym z ogromną popularnością, jaką cały czas cieszą się wizytówki.

Dlaczego w dobie elektronicznej pajęczyny i różnych technologicznych gadżetów (typu przenośnego) tak wiele osób dalej decyduje się na symboliczne nawiązanie (tudzież przedłużenie) kontaktu z innymi właśnie za pomocą omawianego fragmentu papieru. Sprawę ułatwia fakt, że profesjonalne wizytówki można dzisiaj zamówić przy pomocy sieci, są one bardzo tanie, a także ma się ogromne możliwości pod względem wyboru grafiki. Dlaczego jednak ta – w sumie archaiczna – forma prezentowania swojej osoby dalej święci tryumfy?

Być może ma to coś wspólnego z historią wizytówek (o tej więcej w książce W stronę socjologii przedmiotów pod red. Marka Krajewskiego [27-37]), które pojawiły się wśród europejskich arystokratów w XVII wieku, a w XVIII nabrały funkcji dystynktywnej, co oznacza, że każdy przynależący do klasy wyższej musiał mieć swój „papierek”. Nie miał on w omawianym okresie funkcji biznesowych, używany był inaczej niż dzisiaj, bo głównie w celach towarzyskich. Arystokraci, odwiedzając nawzajem swoje domy, składali wizytówki, a często był to swoisty rytuał, bowiem od zostawienia tego przedmiotu zależało, czy dana osoba będzie przyjęta i ugoszczona w konkretnym domu.

Chociaż dzisiaj wizytówki nie spełniają już funkcji klasowych, to jednak – nie oszukujmy się – istota ich działania dalej pozostała ta sama. Opisując ją, można nawiązać do pomysłu Ervinga Goffmana, jakoby życie społeczne było niczym teatr – każdy z nas ma do odegrania różne role, jest z uwagą śledzony przez publiczność oceniającą wiarygodność gry i jej profesjonalizm. Istotnym elementem teatru/życia społecznego jest tak zwana fasada, a więc wszelkie rzeczy uwiarygadniające to, co robi aktor. Strój, makijaż, rekwizyty znajdujące się na scenie – to wszystko sprzyja faktycznemu aktorowi; fasadą tego, który gra w obszarze życia społecznego, może być praktycznie wszystko. Wizytówka staje się w tym kontekście niezbędnym wyposażeniem poważnego akademika, biznesmena, polityka, przedsiębiorcy, przedstawiciela wolnych zawodów. Tak jak w przeszłości jest ona narzędziem dystynkcji, choć już oczywiście nieco innego typu. Tego rodzaju ukryta funkcja wizytówek nie powinna przesłonić ich funkcji jawnych – omawiane przedmioty rzeczywiście bywają użyteczne, są formą reklamy, niejednokrotnie rzeczywiście pozwalają nawiązać, czy przedłużyć kontakt, co przekładać się może na profity osiągane w zawodowej sferze życia.


Całkiem zrozumiałe jest, dlaczego dla niektórych wizytówka może być pociągającą formą odróżniania się, choć do momentu uczestnictwa we wspomnianej konferencji byłem przekonany, że dla większości naukowców jest to już przebrzmiały sposób na pokazanie, iż przynależy się do „kasty” wybrańców. Zawsze spodziewam się propozycji (czasami mi się one nawet zdarzają) mających pokazać zdolność danej osoby do promowania się online. W zgodzie z nowymi sieciowymi formami na miejscu byłyby oświadczenia typu: „proszę podać mi swój e-mail, to prześlę Panu adres mojego bloga i konta na Twitterze”, „zaraz wyszukam Pana profil na LinkedIn i Academia.edu, abyśmy mogli być na bieżąco i śledzić swoje dokonania naukowe”. No cóż, wiele osób dalej woli tradycyjny sposób „przechwalania się” – wśród nich jest mnóstwo młodych, co pozwala mi sądzić, że popularność wizytówek nie przeminie tak szybko. Ja na razie pozostanę przy blogu i Academia.edu ;-)

Wpis zawiera lokowanie produktu ;-) 

Napisz coś

Subskrybuj wpisy | Subskrybuj komentarze

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -