5 cze 2012

Uczelniana pańszczyzna dydaktyczna bywa czasami sroga – aby ją odrobić, należy się zajmować przedmiotami nijak mającymi się do podstawowego nurtu zainteresowań danego wykładowcy. Tak właśnie jest w moim przypadku, gdyż w swojej akademickiej „karierze” wielokrotnie byłem już „zmuszany” przypominać sobie kanon socjologii po to, aby przedstawiać go osobom, które z perspektywy swoich studiów – na przykład pedagogicznych – traktują moją dyscyplinę w kategoriach zapchaj-dziury planu. Mimo że dla człowieka nie ma nic mniej przyjemnego, od prowadzenia wykładu traktowanego jako zbędny wypełniacz czasu, to jednak obcowanie z kanonem jest tak naprawdę niezwykle satysfakcjonujące i pożyteczne. Przekonuję się o tym od czasu do czasu, kiedy na jakiejś „Socjologii ogólnej” czy „Wstępie do socjologii” przychodzi zaprezentować ciekawą koncepcję z cyklu klasycznych. Nie ma co ukrywać, że niektóre odeszły w siną dal w tym sensie, że nie są w głównym nurcie obecnych rozważań. Na nowo odkrywając owe poglądy, człowiek zdaje sobie sprawę, że być może powinno się im poświęcać znacznie więcej uwagi, to znaczy stosować w swoich badaniach.

Ostatnio byłem zmuszony odświeżyć sobie słynny pomysł, równie słynnego socjologia, jakim jest Robert Merton. Stwierdził on, że w społeczeństwie „coś nie gra” i to na najbardziej fundamentalnym z poziomów, to jest w wymiarze kultury, który rozpatrywać należy w kategoriach celów, do jakich dążyć powinien każdy człowiek, oraz środków, jakie się ma na podorędziu do zrealizowania owych zadań. Sprawę można potraktować bardzo obrazowo i przyrównać ją do celów i środków znanych nam z codziennego życia. Jeśli mamy do czynienia z zadaniem, jakim jest wbicie gwoździa w deskę, naszym środkiem najlepszym (a więc akceptowanym przez większość) będzie pieniądz oraz młotek – pierwszy umożliwi nam zakup deski, gwoździa oraz młotka, wspomniane narzędzie natomiast posłuży do samego wbicia.

W wypadku kultury społeczeństw zachodnich pieniądz nie jest środkiem, lecz staje się nadrzędnym celem. Do jego zdobycia się dąży tak, że nie liczą się inne wartości, takie jak rodzina czy spełnienie zawodowe. To znaczy one są ważne, ale przewrotność sytuacji polega na tym, iż naszym rozumowaniem rządzi zasada podpowiadająca, że najpierw trzeba się dorobić, a dopiero potem można zakładać rodzinę. Dodatkowo, za ważny komponent satysfakcjonującej pracy uważana jest właśnie dobra płaca – cóż bowiem byłby wart zawód, nawet kiedy lubimy go wykonywać, gdyby nie przynosił sporego dochodu? Wyznacznik sukcesu jest zatem tak naprawdę jeden – stan naszych kont bankowych, przy czym im możemy sobie pozwolić na więcej rzeczy, tym bliżej jesteśmy realizacji celu ostatecznego. Paradoksalnie, nie ma jakichś jednoznacznych wyznaczników, kiedy należy przestać się bogacić – uznajmy, że idealnym stanem jest ten, lansowany przez przekazy popkulturowe. W różnych filmach i serialach nawet bardzo mało zarabiający członkowie społeczeństwa cieszą się z posiadania własnego domku na przedmieściach, jednego bądź kilku klasowych samochodów i w związku z tym żony lub męża oraz dziecka i pieska (bądź kotka).

Do tak zdefiniowanego celu trzeba dążyć, a na podorędziu ma się różne środki, w tym przede wszystkim nieustanne pracowanie i edukowanie – zdobyciu fortuny ma sprzyjać pokonywanie kolejnych szczebli edukacyjnych, czyli postępowanie zgodnie ze znaną nam zasadą „ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz”. Byciu potężnym, czyli byciu bogatym, sprzyjać ma również trening osobowości polegający na wyrabianiu w sobie ambicji, przedsiębiorczości i zaradności życiowej. Jeśli ktoś przejawia wspomniane wyżej cechy, nie może nie odnieść sukcesu – uparte dążenie do celu na pewno się opłaci.

Niestety – w rzeczywistości sprawy wcale nie przedstawiają się tak prosto. Mamy do czynienia z anomią, bowiem środki są nieadekwatne do celów, ponieważ wykształcenie oraz przedsiębiorczość wcale nie gwarantują ciągłego zwiększania swojego dobrobytu. Większej części członków społeczeństwa – mimo wyciskania z siebie wszystkiego, co mają najlepsze – nie powodzi się, to znaczy nie udaje się osiągnąć postawionego przed wszystkimi zadania. Robert Merton uznał, że różni ludzie mogą inaczej reagować na swoistą hipokryzję kultury – naukowiec wyróżnił pięć typów (oczywiście idealnych) przystosowania się.

Wskażę dwa (pozostałe wyjaśniam na dole w przypisie oznaczonym gwiazdką). Konformizm zachodzi wówczas, gdy jednostka akceptuje cele i środki kulturowe, to znaczy uczestniczy w wyścigu szczurów, mimo że wygrana nie jest gwarantowana, a tryumfować udaje się tylko nielicznym. Można powiedzieć, że konformiści to idealiści wierzący, iż dzięki tytanicznej pracy musi się udać. Inaczej w wypadku rytualizmu, czyli akceptowania środków, ale odrzucania celów – tak właśnie postępują ludzie zrezygnowani, niemający już nadziei i złudzeń; są to realiści, być może dawni konformiści, którzy zaznali trudów wyścigu i stwierdzili, że do niczego on tak naprawdę nie prowadzi, a już na pewno nie do sukcesu materialnego. Traktowanie swoich zawodowych zajęć w sposób rutynowy, brak refleksji nad swoją kondycją, wypalenie zawodowe, rezygnacja ze znaczących kontaktów z innymi osobami – to skrajne przejawy opisywanego typu przystosowania.

O przedstawionej koncepcji niektórzy powiedzą „niefalsyfikowalna”, inni będą nią zachwyceni i stwierdzą, że w precyzyjny sposób oddaje ona to, jak działa dzisiejsze społeczeństwo. Ja sam nie chcę się wypowiadać w sposób jednoznaczny, nie będę roztrząsał, na ile poglądy Mertona są dzisiaj trafne lub dlaczego należy je odłożyć do lamusa.

Mimo to pozwolę sobie na pewne myśli – czyż nie jest tak, że rytualizm jest obecnie najczęściej pojawiająca się kategorią reagowania? Jak inaczej wytłumaczyć wiele niepokojących zjawisk – na przykład marazm młodych ludzi, którzy w obliczu reformy emerytalnej, decydującej przecież w znacznym stopniu o ich przyszłym życiu, nie wychodzą na ulice pod sztandarami sprawiedliwości społecznej, lecz siedzą cicho w domach i przyjmują wszystko z anielskim spokojem (spokój środowisk – na przykład studenckich – jest w obliczu proponowanych zmian wręcz szokujący). No cóż – tak właśnie postępuje rasowy rytualista, tłumacząc sobie sytuację w sposób następujący: „co z tego, że będę musiał pracować więcej lat, za taką samą marną zapłatę, skoro na sukces permanentny i tak nie mam szans”.

Niedawno tvn24.pl donosił, że „już co dziesiąty bezrobotny ma wyższe wykształcenie. W miastach nawet co czwarta osoba bez pracy jest po studiach” – winą ma być oczywiście stale zwiększająca się liczba studentów. Może faktycznie rodzice i nauczyciele powinni dzieciom wpajać, że pokonywanie kolejnych etapów edukacji, aby ostatecznie iść na studia, nie ma zwyczajnie sensu. A jeśli już się pociechy w akademiach znajdą, to zamiast uczyć się na kolokwia i egzaminy, lepiej niech przed telewizorami fascynują się Euro 2012, będąc święcie przekonanym, że to sportowe święto spowoduje (w jakiś cudowny sposób), iż będzie się im w przyszłości żyło lepiej. Niech wierzą, że wybudowane autostrady i stadiony wypełnią portfele ich, a nie biznesmenów, inwestorów, organizacji piłkarskich czy samych kopaczy. Tak naprawdę to nawet nie muszą się zastanawiać, czyje sakiewki zostaną napełnione – w swoim marazmie wystarczy uwierzyć, że wyjście polskiej reprezentacji z grupy jest najważniejsze dla dobra kraju.

Ten wpis ma stanowić zaczątek serii, którą nazwałem „koncepcje” (taką będą dostawały etykietkę posty utrzymane w tym stylu [do „koncepcji” dodałem parę innych wcześniejszych wpisów]). W postach będę, od czasu do czasu, przedstawiał pomysł jakiegoś klasyka (bądź klasyków), wart szczególnej uwagi (moim zdaniem) albo znajdujący zastosowanie w obliczu aktualnych wydarzeń.

*Kolejnym typem przystosowania – wyróżnionym przez Mertona – jest innowacja, czyli zinternalizowanie celów, ale odrzucenie środków. Ujmując rzecz w wielkim skrócie, jest to sytuacja, kiedy chce się być bogatym, ale dąży do owego dobrostanu drogą nielegalną i wątpliwą moralnie – innowatorami są zatem zabójcy, złodzieje, handlarze narkotyków, malwersanci, uwikłani w korupcję lub nepotyzm. Sukces chce się osiągnąć przez wybranie drogi „na skróty” – co ciekawe, w ten sposób powodzi się dość dużej liczbie osób, choć obrana ścieżka nie jest dla wszystkich, jest bowiem niezwykle ryzykowna, a przez to stresująca. Następne rodzaje reakcji to wycofanie i bunt. Pierwsza polega na odrzuceniu zarówno celów, jak i środków; postępują tak wszelkiego rodzaju wagabundzi, ale też bezdomni, narkomanii itd. Bunt to nieprzyjęcie celów i środków, ale jednocześnie zaproponowanie na ich miejsce alternatywnych. Kiedyś buntowali się hipisi negujący materializm i promujący osiągnięcie jedności z innymi ludźmi oraz z naturą – ich środkami były: użycie narkotyków, mieszkanie w komunach czy wolna miłość. Dzisiaj buntują się członkowie rozmaitych środowisk kontrkulturowych, na przykład antyglobaliści czy przedstawiciele środowisk związanych z wolną kulturą.

{ 4 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. O, już wiem, co wnosi Castells do typologii Mertona. :-) Tożsamość projektu to właściwie to samo, co Mertonowski bunt, ale tożsamość oporu to jest trochę przyswajanie wartości i norm, a trochę odrzucanie innych norm i wartości; trudno byłoby ją zmieścić w opisanym przez Ciebie podziale.

    Miła lektura, dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Heh - miałem wrażenie, że piszę oczywistości (w końcu ta koncepcja jest bardzo znana) i że wpis może się przydać studentom, dlatego dzięki za pochwałę.

    A możesz mnie skierować na tekst Castellsa, który traktuje o tożsamościach - w Społeczeństwie sieci coś będzie?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja o tym czytałem w "Sile tożsamości" (2008), jakoś około 20 strony.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki - "wgłębię się" w to...

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -