19 cze 2012

Kolejny post apdejtujący zawartość książki Religia a internet (poprzedni wpis można znaleźć tutaj) ma na celu zwrócenie uwagi na dzieło Katarzyny Krzan zatytułowane Ekstaza w wersji pop: Poszukiwania mistyczne w kulturze popularnej. Po tę pozycję sięgałem z wielką ochotą, mając nadzieję, że będzie ona wskazówką, jak rozszerzyć partie mojej książki związane z tematem zbliżania się do siebie pozornie tylko nieprzystających sfer, to jest popkultury i religii. Po lekturze mam mieszane uczucia – z jednej strony spełniła ona moje oczekiwania, z drugiej jestem zawiedziony.

Zacznę od pozytywów. Po pierwsze wiele ciekawego znajdzie w Ekstazie… ten, kto spragniony jest przykładów procesów polegających na zapewnianiu przez kulturę popularną przeżyć mistycznych – liczne są egzemplifikacje zjawisk popkulturowych wywołujących ekstazę niby-religijną. Niestety, przykłady quasi-mistycznej popkultury czuć zapachem zepsutych artykułów spożywczych. Większość tego, co się czyta, jest niestrawna z jednego powodu – ileż razy powtarzać można ciągle to samo, to jest pisać o kontrkulturze lat 60. XX wieku, Beatlesach, heavy-metalowych satanistach, The Doors, hipisowskich fascynacjach wschodnim orientalizmem. Najnowsze przykłady popkulturowego zacięcia mistycznego – przytaczane przez autorkę – dotyczą Madonny (wczesnych jej utworów) oraz filmów Jesus Christ Superstar, Ostatnie kuszenie Chrystusa czy Stigmata. Na dodatek, ostatni rozdział serwuje tak wątpliwy rarytas, jakim jest opis ruchu New Age (sic!). Żeby nie być źle zrozumianym, wspomnę, że wymieniane przez Krzan przykłady same w sobie są ciekawe, tylko że naprawdę nieaktualne. Niemniej jednak czuję się zainspirowany, aby poprawiając Religię a internet, wspomnieć o niezwykle ciekawym temacie podjętym przez autorkę Ekstazy…, czyli opisać popkulturę w jej mistycznym wymiarze – ma on być dowodem, że kultura pop zbliża się do religii jak nigdy dotąd (postaram się jednak podać aktualne przykłady).

Paradoksalnie, najciekawsze w książce Krzan są rozważania bezpośrednio niezwiązane z mistycyzmem popkultury, to jest te, opisujące naturę religii, a także zajmujące się teorią mistycznych przeżyć religijnych – każdy ciekawy tych kwestii znajdzie w omawianej pozycji syntetyczne i ciekawie podane omówienie tych obszarów. Niestety, badaczkę należy zganić za niewybaczalną rzecz – jej książka tylko zdaje się mieć jakieś spójne przesłanie, tak naprawdę takowego szukać jest na próżno. Niby wiadomo, że celem Krzan jest opis pop-mistycyzmu, nie jest on jednak podany w spójnej teoretycznie ramie. Autorka nie może się zdecydować, czy owo umistycznienie kultury popularnej ganić czy chwalić, a także, z której perspektywy je podejmować. Badaczka przywołuje psychologiczne ujęcie religii (mówiące o tym, że wiara ma charakter indywidualny i nie można mówić o autentycznych lub nieautentycznych religiach), by zaraz potem skrytykować mistycyzm kultury popularnej za sztuczność i wynik laicyzacji oraz technicyzacji współczesnych społeczeństw. Na jednej stronie przyznaje się mistyce pop wartość, a na drugiej (dosłownie) owej wartości się zaprzecza, ganiąc kulturę popularną za to, że jest wynikiem postmodernizmu rozumianego negatywnie, w kategoriach symulakrum, spektaklu, taniego i błyskawicznego zaspokojenia, nieumiarkowanego hedonizmu (mistycyzm pop to quasi-mistycyzm*). W owej krytyce wyczuwa się granie pod publiczkę, pójście na łatwiznę i stosowanie popularnych (dziennikarskich?) chwytów – przecież nie wypada nie wspomnieć o tym, że popkulturowy mistycyzm jest godny potępienia jako płytki, prawda? Szkoda, bo momentami ma się wrażenie, że z książki bije inne przesłanie, a poza tym, we wspomnianym ganieniu znów wyczuwa się nieświeży zapach – ileż można czytać o postmodernistycznej sztuczności i konsumpcyjnym ludzkim zepsuciu.

Podsumowując, mało w książce ładu i składu – wprowadzenie, które powinno być najmocniejszym fragmentem dzieła, rozjaśniającym wizję autorki, jest najsłabszą częścią zniechęcającą do czytania dalej (mimo to warto się przemóc, bo z czasem jest lepiej). Tak naprawdę Krzan nie może się zdecydować, czy we współczesnym społeczeństwie mamy do czynienia z sekularyzacją, a może religia dalej jest silna. Nie będę wspominał innych konfundujących i sprzecznych partii dzieła, choć na pewno in minus wybijają się rozważania o chrześcijańskim mistycyzmie związanym z ciałem – do końca nie wiadomo, czy ciało jest ono źródłem ekstazy czy raczej celem jest ucieczka od niego, aby uwolnić „czystą” duszę.

*Na przykład pisząc o zachodnich modach na wschodnie tradycje religijne, autorka przytacza koncepcję karma-coli: „W efekcie zabiegów dostosowujących wschodnią duchowość do zachodniego konsumpcjonizmu powstało coś, co Gita Mehta nazwała karma-colą, określając w ten sposób uproszczoną wschodnią treść religijną podaną w atrakcyjnym, zachodnim opakowaniu. Chodzi tu o przemianę tradycji religijnej Wschodu w towar eksportowy, o swoistą westernizację wschodnich nauczycieli duchowych, sprzedaż łatwostrawnych namiastek Wschodu w postaci na przykład filmów z Brucem Lee, filmów o samurajach czy tybetańskich mędrcach (Gita Mehta Karma Cola, czyli mistycyzm Wschodu na światowym rynku, Warszawa 1996)” (90).

Napisz coś

Subskrybuj wpisy | Subskrybuj komentarze

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -