9 kwi 2012

Aby nie być źle zrozumianym, zaznaczę, że jestem zwolennikiem idei, o których mowa w Buncie sieci. Wielokrotnie dawałem tego dowód, na przykład pisząc o praktykach fanowskich opierających się na naruszeniach prawa autorskiego, mechanizmach kolektywnej inteligencji oraz ekonomii daru. Wielbiciele tekstów popkultury są tak naprawdę przestępcami, chociaż coraz częściej przemysły rozrywkowe biorą ich pod „opiekę” tak, że łamanie copyright odbywa się w warunkach kontrolowanych, to znaczy zadowalających zarówno fanów jak i reprezentantów koncernów. Aktywność miłośników jest poza prawem dlatego, że współczesne regulacje związane z własnością intelektualną są niedostosowane do środowiska internetowego będącego dla fanów naturalnym habitusem. Jednym słowem – w sieciowych warunkach pilnowanie owej własności zgodnie ze starymi jej definicjami jest paradoksem. Dlatego podzielam entuzjazm Edwina Bendyka piszącego nie tylko o prawach autorskich i kulturze, lecz o systemie społecznym jako całości. Dziennikarz wskazał na współczesny kryzys – kapitalizmu, polityki, konsumpcji, akademii, systemu oświaty (wymieniać można dość długo).

Lektura daje do myślenia, bowiem autor bezlitośnie obnażył śmieszność i hipokryzję Systemu, podrabianą modernizację społeczeństwa prowadzącą do nabijania statystyk świadczących o jego rzekomym sukcesie. Podkreślanie, że jest lepiej, bo mamy więcej stadionów, więcej konferencji o powiązaniach nauki z biznesem czy więcej ludzi wykształconych, jest krótkowzrocznością – rzeczywiste przesuwanie się do przodu powinno polegać na odejściu od folwarcznych hierarchii życia społecznego i przejściu na rodzący faktyczną innowacyjność model sieciowy.

Zachwyca tempo, z jakim omawiana pozycja została przygotowana – pozytywnie rozumiany pośpiech jest odczuwalny w trakcie lektury będącej nie tyle naukową rozprawą, ile miksem sprawozdań dziennikarskich, koncepcji, tez, pomysłów, mniej lub bardziej powiązanych. Książka jest niezwykle trudna do typowo akademickiego zrecenzowania, będąc wyrazem postawy, którą zwykło się określać mianem zaangażowanej. Mimo to postaram się ów tytuł skomentować – pozostając w duchu dzieła, wyrażę kilka oderwanych od siebie nawzajem uwag, odnosząc się tylko do części poruszonych przez autora kwestii.

Uwaga numer jeden

Nie chcę wyrokować, kto tak naprawdę protestował przeciwko ACTA na ulicach, z jakiego środowiska wywodzili się uczestnicy manifestacji. Bendyk odżegnał się od przypinania etykietek, widząc w tłumie osoby zawieszające swoje polityczne tożsamości w imię walki o wolność. Dziennikarz dostrzegł ludzi zjednoczonych przez symbole i działających w zgodzie z wytycznymi pokolenia Y (realizowanie pojedynczego projektu i postawienie na skuteczność). Na poparcie swoich poglądów podał własne obserwacje (rozmowy z licealistami) czy wyniki jakościowych badań realizowanych przez zespół socjologów.

Niestety, przedstawione w książce dowodzenie, że mieliśmy do czynienia z racjonalnie funkcjonującymi i świadomymi jednostkami (37), jest – mówiąc delikatnie – czystym spekulowaniem opartym o luźne obserwacje i domysły. Równie dobrze można by zawyrokować, że w gruncie rzeczy ludzie zgromadzili się przypadkowo oraz pod wpływem impulsów, a jako dowód podać inne anegdotyczne opowieści. Na przykład zaczerpnąć z moich doświadczeń, z których wnioski nie są, niestety, zbyt optymistyczne. Na około setkę znanych mi studentów socjologii, tylko jeden żak zadał sobie trud poczytania czegoś o traktacie, a niewielu wybrało się na manifestację. Inaczej oczywiście z gimnazjalistami – chociaż z tymi na co dzień się nie spotykam, to jednak z doniesień znajomych nauczycieli wiem, że uczniowie tłumnie szli na protesty, a w klasach pytali: „proszę pani, czy to prawda, że jak będzie ACTA, to będą nasze rozmowy na GG czytać?”. Być może trafiłem nie na tych studentów co trzeba, może też nie na tych nauczycieli. Nie zmienia to jednak faktu, że ze sceptycyzmem podejść trzeba do prezentowanego przez autora sądu, jakoby manifestacje były przejawem racjonalnego buntu oraz wyrazem istnienia świadomej swoich moralnych praw (nie mylić z prawami stanowionymi) młodzieży, która już wkrótce będzie rządzić światem.

Oczywiście Bendykowi nie chodziło o to, że protestujący stali się nagle intelektualistami orientującymi się w sprawach sieci równie dobrze jak śmietanka aktywistów walczących o wolność internetu. Nawet nieświadomość i brak racjonalizmu mogą być wyrazem starcia dwóch przeciwstawnych sobie sił – analogowego świata hierarchii i cyfrowej rzeczywistości sieci. Nie szafujmy jednak zbyt pochopnie wyrażeniami typu „zbiorowy rozum” – przykładem czego, jeśli nie nadmuchanej do granic możliwości emocjonalności, jest przytoczony przez dziennikarza manifest Dzieci Sieci autorstwa Piotra Czerskiego? Czy zespołowemu zawodzeniu po śmierci Madzi z Sosnowca naprawdę jest aż tak daleko do „kto nie skacze, ten za ACTA!”? Czy rzeczywiście nie było w ulicznych pochodach niczego z pseudowydarzenia opartego o charakteryzowany przez autora bullshit?

W rozpropagowaniu protestów głównej roli nie odegrali tak naprawdę aktywiści wolnej kultury, lecz media głównego nurtu, co samo w sobie rzuca cień na optymizm Bendyka, zachwyconego zdolnością reakcji sieciowego tłumu w krytycznej chwili. Czy bunt nie miał w sobie czegoś z memów internetowych, o których pamięć szybko ginie (pojawiają się nowsze i dużo ciekawsze, błyskawicznie zdobywające umysły konsumentów i replikujące się w ogromnym tempie)? Swoistym memem były działania internautów po Smoleńsku – na takiej samej zasadzie funkcjonował mem ACTAowy.

Uwaga numer dwa 

Ze współczesnym kapitalizmem niewątpliwie wiele jest nie tak. Pytanie tylko, kiedy wszystko z nim było w porządku? Czy wtedy, gdy na barykadach stawali proletariusze podburzani tym, co miał do powiedzenia Marks? A może pod koniec lat 70. XX wieku, kiedy studenckie demonstracje znacznie przewyższały swoim zasięgiem to, co mają do zaoferowania Oburzeni? Zdaniem autora Buntu dzisiejsza sytuacja jest wyjątkowa, ponieważ zderzają się ze sobą stary zhierarchizowany model i nowa sieciowa „dezorganizacja”. To oczywiście prawda, ale czy zmiana obecnej sytuacji może być spowodowana tylko oddolnie, wskutek działań fawkesowskiego tłumu? Co z samym Systemem? Czy on nie ewoluuje sam? Oczywiście tak i dziennikarz to dostrzegł, kiedy omówił rodzącą się cywilizację postsamochodową, przybierającą na znaczeniu i sile nieformalną gospodarkę czy neoindustrialną rewolucję (63-82). Zdaniem redaktora Polityki „[n]a regeneracyjny i innowacyjny potencjał kapitalizmu można (…) liczyć” (85).

Wielokrotnie opisywano już elastyczność kapitalizmu. Działa ona także dzisiaj – ewolucja Systemu nie doprowadzi do pełnego egalitaryzmu, ale wypracuje nowe sposoby zarabiania przez kapitalistów pieniędzy odpowiadające sieciowym warunkom i przez to zadowalające nabywców. Najlepszym przykładem jest wspominany przez Bendyka przemysł kultury – Hollywood ugina się pod ciężarem Krzemowej Doliny lansującej nowe, bo oparte na partycypacji (prosumpcji) modele biznesowe, w których nie ma miejsca na poszanowanie starych i utrwalonych sposobów działania, w tym przeterminowanych już praw. Nie chodzi o to, że przekształca się tylko branża rozrywkowa i że jej przedstawiciele zaczynają rozumieć, że walka z piractwem to praca syzyfowa – zmiana zachodzi i w innych branżach ekonomii, pociągając za sobą ewolucję kolejnych sfer życia społecznego (w tym tak zastałej instytucji, jaką jest państwo). Rewolucja już się dzieje, ale jest spokojna i przeprowadzana odgórnie (to znaczy w ramach samego Systemu) oraz oparta na stopniowych reformach – bynajmniej nie oddolna. Sporadyczne wybuchy efemerycznego, memowego gniewu stanowią tylko element ogólnego krajobrazu rewolty.

Uwaga numer trzy 

Regeneracyjny potencjał kapitalizmu jest często spowalniany przez nienowoczesność państwa. Redaktor Polityki pokazał to na przykładzie Polski, wieszcząc, że jeśli sprawy będą się miały dalej tak jak teraz, czeka nas peryferyzacja, czyli zepchnięcie na globalny margines. Do wspominanych przez autora egzemplifikacji dodać można jeszcze jedną, dotyczącą środowiska akademickiego. Nowa ustawa o szkolnictwie wyższym miała zapewnić złoty wiek dla nauki – koniec umieszczania na etatach swoich ludzi (zamiast najlepszych), odciążenie od dydaktyki (aby naukowcy mogli zająć się badaniami), habilitacje przyznawane za przydatne dociekania oraz na podstawie faktycznego dorobku, a nie w oparciu o książki habilitacyjne i kolokwia. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle – uwstecznione folwarczne środowisko funkcjonujące na zasadzie dziedzic-ekonom-fornal zablokowało coś, co zapowiadało się całkiem nieźle.

Uwaga numer cztery

Będąc mieszkańcem Bydgoszczy, nie mogę się nie odnieść do opisywanego przez Bendyka (110-5) poszukiwania nowej drogi rozwoju kultury w mieście nad Brdą – wysiłek ten został zainicjowany na Bydgoskim Kongresie Kultury zorganizowanym we wrześniu 2011 roku. Nie wdając się w szczegóły całej inicjatywy, warto zatrzymać się przy wspominanym przez dziennikarza akademickim wkładzie mającym pozytywnie wpłynąć na rozpoczęcie zmian. Wkładem były badania przeprowadzone przez naukowców jednej z bydgoskich uczelni, dostarczające zobiektywizowanej wiedzy o stanie miejskiej kultury. Nie chcę roztrząsać, na ile faktycznie przydatne okazały się te dociekania, tak się jednak składa, że miałem w ręce raport z badań. Niewątpliwie jest w nim dużo interesujących wiadomości – o teatrze czy operze, o kinie, ba nawet o telewizji i przeglądaniu internetu, kulturze wysokiej i niskiej. Jest zatem dużo socjologii kultury w archaicznym wydaniu Antoniny Kłoskowskiej – nie można natomiast znaleźć niczego o zaniku różnicy między kulturą wysoką i popkulturą, o aktywnym tworzeniu treści w sieci, prosumowaniu, współdzieleniu wiedzy, kolektywnych inteligencjach, oddolnych inicjatywach studenckich, jednym słowem o tym, co powinno najbardziej obchodzić ludzi chcących reformować kulturę i zmieniać ją w sposób dostosowany do społeczeństwa sieci.

{ 4 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. "Wielbiciele tekstów popkultury są tak naprawdę kryminalistami," - to oczywiście przejęzyczenie, z tym że nie jestem pewien czy autor chciał napisać: terrorystami czy pedofilami.

    OdpowiedzUsuń
  2. O, cusik następnego do poczytania. Dzięki.

    P.S. W międzyczasie zaopatrzyłem się w "Niecne memy" i po przeanalizowaniu środka, właśnie pożeram od początku. Jakby przyszła Ci chęć porównać wrażenia to coś tam naskrobałem o rozdziale VIII (http://ad00absurdum.livejournal.com/52488.html).

    OdpowiedzUsuń
  3. @ad00absurdum - dzięki za link. Na pewno przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety, muszę podzielić sceptycyzm odnośnie świadomości jednostek manifestujących przeciw ACTA. Dzięki takim portalom jak facebook (albo może raczej przez nie?) wszyscy wiedzieli, że demonstracje się odbywają, ale że statystyczny Polak czyta w życiu bardzo niewiele, to i niewielu doczytało o co w tym wszystkim chodzi. Rzeczywiście, wielu protestujących wyglądało góra na 15 lat. I w żadnym razie nie nazwałabym ich świadomymi - ani nie wyglądali, ani się elokwentnie nie wyrażali, ani niczego konstruktywnego, poza samą obecnością, do narodowej dyskusji nie wnieśli.

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -