13 kwi 2012

Jak to właściwie jest z tekstami popkultury? Co powoduje, że niektóre wywołują u części konsumentów przyspieszone bicie serca? Co decyduje o tym, iż dany film, serial, książka czy gra stają się hitami gromadzącymi wokół siebie oddaną bazę fanowską? Czy chodzi o ciekawą fabułę (jakkolwiek rozumieć termin „ciekawa”), a może o jej realizm, skomplikowanie, niesztampowość. Może dane dzieło musi zaskoczyć czymś nowym, przyciągnąć niespotykanymi do tej pory efektami specjalnymi (w przypadku kina) lub fikuśnym językiem (w wypadku pop-dóbr pisanych)?

Specjaliści reprezentujący przemysł kulturowy zapewne wiele by dali, aby poznać odpowiedź na wszystkie z wymienionych wyżej pytań. Przy rozwikływaniu enigmy popularności pop-produktów z pomocą śpieszą akademicy, ale także zróżnicowanej proweniencji specjaliści od marketingu, relacji z odbiorcami, viral marketing itd. Każdy ma inny pomysł na to, co może się spodobać, a poszukiwanie uniwersalnych kryteriów zainteresowania trwa. Mimo że odniesiono już w tym względzie znaczące sukcesy, to znaczy stwierdzono, że pewne popkulturowe schematy sprzedadzą się zawsze, a przynajmniej odniosą sukces w wypadku z góry upatrzonego targetu, to jednak nikt nie jest tak naprawdę w stanie wskazać, gdzie leży klucz do sukcesu absolutnego. Gdzie i kiedy pojawią się następne Gwiezdne Wojny, kto napisze kolejnego Harryego Pottera i jaki on będzie – czy zamacha różdżką, polata na miotle, sprawi sobie bliznę na czole i powalczy z wrogiem o dziwacznym imieniu? Wątpliwe – to już przecież było.

Niektórzy producenci zauważają, że kluczem do skonstruowania tekstu perfekcyjnego niekoniecznie musi być fabuła, ale postawienie na odpowiednich bohaterów. Nie ma w tym stwierdzeniu niczego odkrywczego, w końcu każdy z nas wie, że Star Wars nie byłoby tym samym, gdyby nie postać trochę przypominająca kominiarza i oddająca astmatyczne odgłosy. Schematów związanych z konstruowaniem postaci wskazać można co nie miara. W filmie czy serialu akcji nie przystoi bohater fajtłapa (dodatkowo chuderlak), lecz prawdziwy samiec alfa zdobywający kolejne miłości. Ostatnio modni stali się bohaterowie niby to dobrzy, ale jednak zepsuci do szpiku kości i – pomimo owego znieprawienia – budzący naszą sympatię. Można zatem postawić na uprzejmego seryjnego mordercę albo zdesperowanego, chorego na raka dilera narkotykowego. Istnieje spora szansa na to, że taki dobry-zły protagonista się sprzeda. (Warto podkreślić, że nie jest tak, że przemysł nie może zaskoczyć czymś nowym – to jaka postać jest aktualnie na topie ewoluować może dość szybko).

Amerykańscy czy europejscy przedstawiciele przemysłu powinni zazdrościć Japończykom. Ci znaleźli już receptę na typ bohatera, którego sprzedawać można non stop, w nieskończonej liczbie wariantów. Aby scharakteryzować, o jaką kategorię postaci chodzi, warto wspomnieć o części konsumentów anime i manga określanych mianem fanów podążających za moe. Dokładniej – chodzi o tak zwane chara-moe, czyli odczuwanie moe (pociągu, fascynacji) do protagonistów spełniających określone wymogi. U wielbicieli moe zainteresowanie tekstami nie wynika z chęci kompleksowego poznania danego świata przedstawionego – nabywa się tylko dlatego, że w komiksie, serii czy filmie pojawia się ktoś, do kogo czuje się moe. Fan kierujący się takimi wytycznymi kupuje więc wszystkie pop-produkty wiążące się z omawianymi postaciami, przy czym komiks czy animacja ma tu takie samo znaczenie jak na przykład kubek czy t-shirt z wizerunkiem bohatera.

Dobrą egzemplifikacją są tak zwane moe girls, czyli rysowane w odpowiedni sposób dziewczęta – ich atrybuty decydujące o przyciąganiu nabywców to: duże i luźne skarpety, kocie uszy, mundurek służącej, ogon, sterczące i zielone (albo innego dziwnego koloru) włosy, specyficzny sposób mówienia (piskliwy) czy chodzenia oraz stereotypowe zachowania (elementy te nie muszą występować wszystkie naraz). (W Japonii entuzjaści takich dziewczęcych postaci mogą się napić kawy czy zjeść słodkości w specjalnych kawiarniach, tak zwanych maid cafes, gdzie gości obsługują kelnerki przebrane za moe girls). Interesującym przykładem łączenia wymienionych cech w sposób mający wzbudzić natychmiastowe zafascynowanie jest plastikowa figurka stworzona w 1998 roku i nazywana Di Gi Charat lub Digiko. Co ciekawe, dopiero na podstawie tego produktu stworzono kreskówkę – jej fabuła pełniła marginalną rolę, liczyła się tylko obecność Di Gi Charat i pokrewnych bohaterów.



Warto zaznaczyć, że atrybuty moe wiązać się mogą nie tylko z postaciami, ale i motywami fabuły (nieuleczalna choroba protagonisty, samotna dziewczyna, odrzucony przez rówieśników chłopak itd.). Miłośników japońskiej popkultury może przyciągać kompilacja pewnych schematów – kolejne dzieła scalają je w różnych proporcjach i w ten sposób wywołują fascynację. 

Jak pokazuje przykład japoński, konkretne zabiegi narracyjne mogą zapewnić sukces popkulturowym dziełom. Mimo to fani kierujący się chara-moe to tylko pewien, dość niszowy (jeszcze?) segment rynku, przynajmniej w Europie i USA. Orzekanie o kulturze popularnej, że da się w jej ramach skonstruować bohaterów doskonałych czy idealne motywy fabularne (w sposób perfekcyjny trafiające w upodobania konsumentów), to w gruncie rzeczy spojrzenie bardzo negatywne. Jest to powrót do poglądów szkoły frankfurckiej, a więc zwracanie uwagi na wtórność i mimetyczność pop-produktów. Należy podkreślić, że choć schematy istnieją i podobają się, nikt nie zna recepty na tekst doskonały. Wątpliwe jest, że kiedykolwiek się ją pozna, co czyni z popkultury sferę efemeryczną i poddaną okresowym modom wyznaczanym przez szokujące dzieła wybijające się ponad aktualnie obowiązujące trendy i dyktujące nowe ścieżki produkcyjne. 

Za źródło wiedzy o fanach moe posłużyła mi książka Hirokiego Azumy pod tytułem Otaku: Japan’s Database Animals.

Napisz coś

Subskrybuj wpisy | Subskrybuj komentarze

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -