25 sty 2012


Dzisiaj premiera raportu z badań „Obiegi kultury”, przygotowanego przez Mirka Filiciaka, Justynę Hofmokl i Alka Tarkowskiego. Chcąc polecić lekturę tekstu wymienionych autorów oraz odnieść się do wydarzeń związanych z ACTA, zwrócę uwagę, że istnieje już pokaźnych rozmiarów literatura o tematyce podobnej do tej, którą zajmuje się wyżej wspomniany raport.

Na przykład Nancy K. Baym i Robert Burnett postulują, że przemysłowi dobrze zrobiłoby przyzwolenie na piractwo. Badacze stwierdzili, że w niedalekiej przyszłości branża muzyczna będzie musiała zaadaptować się do nowych warunków – nabywcom trzeba pozwolić na wymienianie się utworami za pomocą sieci peer-to-peer. Musi to być „nagroda” za piratowanie, będące tak naprawdę darmową reklamą.

To, że budowanie zaangażowania konsumentów przez aprobatę nieformalnego obiegu kultury (używając terminologii z raportu) korzystnie wpłynąć może na sprzedaż popkultury, wskazuje wielu akademików. Niektóre firmy przestawiają się z modelu chronienia praw autorskich na ten zakładający stymulowanie kreatywności. Pierwszy nie przynosi żadnych korzyści, prawa trudno jest respektować, walka z „piratami” jest syzyfową pracą, drugi natomiast opiera się na współpracy z entuzjastami, którzy chętnie kupują oryginały. Aby jednak je nabyli, trzeba dać im możliwość zapoznania się z aktualnie dostępną ofertą – i wcale nie chodzi tu o brak pieniędzy, które przeznaczyć można na zakup popkultury, ale o niechęć nabycia „kota w worku”. Jeśli dany koncern zainteresuje i zafascynuje konsumentów swoimi tekstami, może być pewny (koncern), że będą oni zaopatrywali się w oryginały, co wcale nie oznacza, że nie pobrali czegoś wcześniej z sieci.

Takie właśnie tezy pojawiają się w wielu artykułach o fanach, którzy mogą być uznani za awangardę współczesnych procesów kulturowych. Nieważne jednak, czy mowa o wielbicielach czy – jak u Filiciaka, Hofmokl i Tarkowskiego – ludziach aktywnie korzystających z internetu – ważne jest to, że są to osoby, które właśnie ze względu na swoje popkulturowe zacięcie kupują najwięcej oryginałów. Legalne nabywanie stymulowane jest przez ściąganie z sieci – bez „piratowania” nie byłoby zakupu w księgarni czy w sklepie z DVD, bowiem nikt nie zaangażowałby się w kulturę popularną tak intensywnie, aby narodziło się w nim pragnienie posiadania czegoś oryginalnego.

Jak zatem widać, potrzebna jest zarówno produkcja oficjalna jak i nieformalny obieg. Mimo że przygotowany przez Mirka Filiciaka i innych raport unika pojęcia piractwo, ja jednak nie bałbym się go używać (w końcu jest to badanie, które absolutnie uznać można za pro-pirackie). Odżegnanie się od tego terminu ma – zdaniem autorów – uwolnić podejmowany problem od złych skojarzeń oraz ukazać, że nielegalne ściąganie to część naszej codzienności. Rozumiejąc intencje autorów, zastanawiam się, czy z perspektywy celu, jakim jest zmiana nastawienia dominującego wśród polityków, mediów oraz przedsiębiorców, nie należałoby jednak z premedytacją użyć tego bardzo newralgicznego słowa. Można by to zrobić, aby nie zaciemniać i tak już niejasnej dla przeciętnego obywatela sfery prawa autorskiego oraz po to, aby zacząć wreszcie głośno i wyraźnie przekonywać, że piratowanie nie jest czymś złym.

Napisz coś

Subskrybuj wpisy | Subskrybuj komentarze

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -