2 lis 2011

Mogłoby wyglądać to tak: „Skandal – samolot wyleciał mimo awarii podwozia”, albo tak: „Skandal – polski kapitan skazał pasażerów na parę godzin męki”, albo jeszcze inaczej: „Skandal – kapitan Wrona wiedział o awarii, a mimo to leciał”. Mamy jednak do czynienia z sytuacją, w której nikt nie zginął oraz nie stracił zdrowia (na szczęście) i zapewne dlatego „popkulturowe sprawy” potoczyły się zupełnie inaczej. Kapitan Wrona stał się pozytywnym skandalistą, „bohaterem Polaków”, „mistrzowskim asem przestworzy”.

Mechanizm medialny w wypadku skandalu negatywnego jak i pozytywnego jest jednak taki sam. Jeśli chodzi o skandal negatywny, na początku mamy tak zwaną chwilę pewności – wykryta nieprawidłowość, czyli na przykład przekręt polityczny, seksafera człowieka z showbiznesu lub sportowca, epidemia zwierzęcej choroby, zatrucie środowiskowe przedstawiane są jako zasługujące na najsurowsze potępienie. Jak się okazuje, nie inaczej jest ze skandalem pozytywnym – informacja z administracji lotniska przychodzi następująca: „nie ma zabitych, nie ma też rannych”. Media chłonne tego, co może być łatwo przejaskrawione, wyolbrzymione, podkolorowane, „podchwytują” i uznają, że oto mamy bohaterski czyn. Wart uwagi tym bardziej, że przecież nawet za Oceanem go zauważono. Nawet nielubiani, a jednocześnie będący dla nas autorytetem Amerykanie, zauważyli, że polski kapitan to hero, jak się patrzy – „czapki z głów”.

Przy skandalu negatywnym, „złapane” w popkulturową sieć szokujące wiadomości zaczynają „krążyć”, są powtarzane przez kolejnych prezenterów telewizyjnych i radiowych, pisane przez wszystkich bez wyjątku redaktorów. Ponieważ jakikolwiek skandal jest chwilą niepewności, tym bardziej w cenie są newsy gwarantujące stabilizację. Odbiorcy „nabierają się” na schemat, bo tylko on jest w stanie zapewnić punkt widzenia w sytuacji, którą laikowi trudno ocenić. „Nabrać się” jest tym łatwiej, że media stanowią w wypadku skandalu wyrocznię, która daje nam złudzenie, iż nasza opinia o danym zdarzeniu jest naszą własną, indywidualną i suwerenną. To, że podawane przez dziennikarzy informacje są modelowe i jednowymiarowe, nie za bardzo się liczy. Nie ma znaczenia również to, iż nie mają szansy przebić się głosy odmienne – chociażby traktujące o tym, że szansa na zarażenie się BSE jest mniejsza, niż szansa „ustrzelenia” szóstki w lotka.

Podobny proces obserwujemy w przypadku skandalu pozytywnego (jak zresztą widać na najbardziej aktualnym przykładzie). Rzadko pojawiają się doniesienia, że pilot mógł jednak popełnić błąd, że zdecydował się lecieć przez ocean, mimo wiedzy o awarii i ubywającym z każdą chwilą płynie hydraulicznym, mimo ryzyka wystąpienia kolejnych usterek i ryzyka „lądowania” na wodzie, mimo rosnącego – z każdą chwilą rejsu – zmęczenia załogi samolotu.

Na takie głosy czas przyjdzie później – znajdą się one jednak na medialnych peryferiach, przyćmione kolejnymi, sensacyjnymi wiadomościami z zupełnie innej już beczki. Nie żeby pojawienie się krytyki miało znaczenie – schemat pozytywnego skandalu i tak utrwali się na tyle mocno, że nikt na odmienne zdanie nie zwróci uwagi.

A może negatywny skandal z prawdziwego zdarzenia nas jeszcze czeka? Mam wrażenie, że ten pozytywny, związany z Wroną, wkrótce się zakończy. Może lada moment media zmienią front i obarczą kapitana winą i wytkną mu bezlitośnie błędy? A może pojawią się doniesienia, że Boeingi LOT są stare, wyeksploatowane, niebezpieczne, że są to „latające trupy”. Jeśli takie informacje zostaną przez „popkulturę” „podchwycone”, to biada Polskim Liniom Lotniczym. Media będą bezlitosne – rozpocznie się nagonka, przesłuchania byłych pracowników PLL, którzy potwierdzą, iż mamy do czynienia z samolotami-trumnami. Nie będą wówczas miały znaczenia opinie ekspertów, tłumaczących, że chociaż estetyka maszyn nie jest zbyt dobra, to jednak części silnika i mechanikę wymienia się dość często.

*
Ten post zdecydowałem się napisać po części pod wpływem lektury, którą jakiś czas temu przeczytałem (Mechanizmy skandalizacji w mediach – dane książki poniżej), ale też jako zawiedziony klient LOT. Podkreślę, że nie uważam, iż PLL są bardziej niebezpieczne niż inne sieci, nie wydaje mi się również, żeby miał lepszą bądź gorszą od innych załogę. Jestem zawiedziony brakiem informacji oraz niepoważnym potraktowaniem tych, którzy mieli lecieć, a nie polecieli.

Wczoraj wybierałem się na konferencję do Monachium, tymczasem zostałem uziemiony do czwartku (na szczęście na obrady zdążę, bo zaczynają się dopiero w piątek). I chociaż cieszy mnie, że nikomu z pasażerów feralnego lotu nic się nie stało, to jednak nie mogę się oprzeć dzikiej satysfakcji, iż zgodnie z wszelkimi prawidłami marketingowo-konsumenckimi, moje nerwy, godziny stania w kolejkach i dodatkowe koszty (które powinien pokryć przewoźnik) związane z nieplanowanymi noclegami, zostaną pomszczone. Za jakiś czas, kiedy pozytywny skandal minie, potencjalni nabywcy, wybierając między LOT-em, Lufthansą, SAS i innymi liniami, przypomną sobie bohatera Wronę i stwierdzą, że jednak wolą latać z mniej doświadczonymi pilotami.

Napisz coś

Subskrybuj wpisy | Subskrybuj komentarze

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -