19 lip 2011

Czytając akademickie teksty na temat fanów, przyzwyczailiśmy się do optymistycznego zabarwienia wywodów. Zaangażowanie wielbicieli w produkcję jest w literaturze przedmiotu oceniane przede wszystkim pozytywnie – podkreśla się, że zatrudnienie miłośników w specyficznej społecznej fabryce (social factory) jest dla nich dobre, bo praktyki związane z prosumpcją skutkują swoistym wyzwoleniem (empowerment). Kontrola przechodzi po części na stronę nabywców, którzy zyskują możliwość wpływu na decyzje przemysłu kulturowego oraz rozstrzygają o tym, co robić z produktami. Poza tym podkreśla się, że prosumpcja jest dobra, bo pozwala zaspokoić rozmaite potrzeby – ekspresji, podejmowania znaczących interakcji, rozrywki, uzyskiwania informacji, uznania ze strony innych, samorealizacji, ujawniania swoich stanów emocjonalnych.

Będąc ostatnio w dość pesymistycznym nastroju (patrz post niżej), postanowiłem poszukać przejawów krytyki zaangażowania fanowskiego – i to takiej, będącej świeższej daty, a nie tej, która charakterystyczna była dla dawniejszych rozważań „przedjenkinsowskich”. Pokazując ową krytykę w paru akapitach, nie chcę wyrażać swoich poglądów, a jedynie zaznaczyć, że wieszczony przeze mnie gdzie indziej całkowity zmierzch pesymistycznych poglądów niekoniecznie jest tak szybki.

Okazuje się, że współcześnie nie wszyscy badacze podzielają dominujący optymistyczny punkt widzenia. I tak na przykład Detlev Zwick, Samuel K. Bonsu i Aron Darmondy wskazali, że korzystanie z czasu wolnego fanów, zbijanie kapitału na podejmowanych w tym czasie aktywnościach, jest formą wyzysku. Produkujący wielbiciele nie dostają przecież wynagrodzenia, co jest tym bardziej niecne, że pieniądze zarabiane przez koncerny pochodzą ze sprzedaży innym kupującym towarów współtworzonych przez odbiorców. Swoisty outsourcing, który zapewnia kultura prosumpcji, często dotyczy tradycyjnie kosztownych działań – na przykład marketingu. Dodatkowo miłośnicy to siła robocza autonomiczna, elastyczna oraz kreatywna, co staje się ważne dla firm, które zmuszone są konkurować na rynku wymagającym szybkiej innowacyjności w związku z często zmieniającymi się cyklami wymiany produktów. Wykorzystywanie pracy fanów jest eksploatacją również dlatego, że nie przekłada się na ich zdolność do kupowania większej ilości rzeczy - mało tego, czasami (choć zdarza się to rzadko) za możliwość prosumowania, trzeba nawet zapłacić.

Badacze tacy jak Mark Andrejevic czy Hector Postigo widzą w pracy amatorów formę kontroli, a zatarcie podziałów między produkcją i konsumpcją uważają za „sztuczkę”, mającą uspokoić ludzi, dać im namiastkę wolności. Tak naprawdę jest ono niewiele warte, stosunki między przemysłem i konsumentami nie zmieniają się, w tym sensie, że ci drudzy nigdy nie uzyskają wpływu na to, jak funkcjonuje rynek czy dany koncern. Współkreacja wcale nie oznacza dzielenia się kontrolą (zdaniem wspomnianych badaczy) – należy ją raczej traktować w kategoriach gramsciańskiej hegemonii, co oznacza, że postawa fana nie ma jakiegokolwiek porównania do „prawdziwej”, osadzonej w politycznej sferze, publicznej działalności aktywisty kontrkulturowca. Nawet jeśli twórca amator jest krytyczny wobec tego, co odbiera i nawet jeśli ów krytycyzm skłania do podjęcia produkcji, nie podważa się systemu. Kultura wielbicieli jawi się w tym sensie jako niewielkie ustępstwo, na które poszli kapitaliści, aby utrzymać poddanych w ryzach. Jest ono niezwykle korzystne – powoduje, że energia, która przeznaczona mogłaby być na działania polityczne służące podważaniu obowiązującego porządku, skierowana zostaje na czynności, które tak naprawdę go podtrzymują. W ten sposób likwiduje się ryzyko, że aktywności konsumenta rozwiną się inaczej, niż życzyłby sobie przemysł. Uzyskana „wolność” ma ewoluować w określonym kierunku – takim, który będzie przynosił zarobek korporacjom.

To, co kryje się pod pojęciem kultury fanów, pesymistycznie nastawieni badacze krytykują, wskazując na zainspirowaną przez Michela Focaulta koncepcję rządzenia na dystans (governing at a distance). W jej kontekście wielbiciel jest ujmowany tak samo, jak samomobilizujący się i odpowiedzialny obywatel indywidualista. Taki ktoś traktuje swoje życie niczym przedsięwzięcie gospodarcze, w które ciągle trzeba inwestować – na tym polega represja, w wypadku której tak ugładza się człowieka, że wierzy on w konieczność podejmowania inwestycji, mających być dla niego korzystnymi (wydaje pieniądze na podróże, sprzęt sportowy, szybsze i lepsze samochody – przykłady można mnożyć). Tak naprawdę wspierają one wyłącznie system – człowiek poddany jest ciągłemu treningowi, nieustającej ocenie, wszechogarniającej presji, aby ulepszać własne życie, przy czym wierzy on w swoją rzekomą wolność. Miłośnik jest zniewolony, bo ciągle zachęcany zostaje do inwestowania swojego czasu i energii. Owo nakłanianie sprawia, że zaczyna wierzyć, że tylko przez partycypację stać się może odpowiedzialnym odbiorcą, takim, który zdaje sobie sprawę z tego, co czyta czy ogląda oraz jakie doświadczenia w związku z tymi czynnościami zdobywa. Praca, którą wykonuje dla (w interesie) przemysłu, jawi się jako działanie podejmowane dla swojego dobra (jeśli przekaz popkulturowy jest nieinteresujący, głupi, kiczowaty, nieinteligentny fan ma wziąć sprawy w swoje ręce i uczynić go lepszym, inteligentniejszym, zabawniejszym, lepiej dostosowanym do siebie).

Mamy zatem do czynienia z czymś, co Jan Teurlings nazwał mianem krytycznej apatii (critical apathy). Nawet jeśli fani zdają sobie sprawę z tego, że są poddani zabiegom marketingowym, nie chcą zmieniać reguł gry. Z bardzo prostego względu – owa wiedza im wystarcza, są przez nią omamieni, co więcej, czerpią z tej iluzji satysfakcję (jako ci, którzy nie dają się zwieść pozorom) i stawiają się ponad tych, którzy nie wiedzą, jak się rzeczy mają. Uświadomienie praktyk przemysłu kulturowego nie przekłada się na jakąkolwiek formę nieposłuszeństwa. Dzieje się przeciwnie, zachowany zostaje status quo, ponieważ uświadomienie wielbiciele mylą z prawdziwą wolnością. Kultura fanów zapewnia (swoiste) partycypujące podporządkowanie (participatory submission), polegające na tym, że czerpie się zadowolenie z własnego zniewolenia.

{ 6 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. Dzięki za wpis – rozrośnięta świadomość krytyczna może się przydać we wrześniu podczas rozmowy kwalifikacyjnej. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Coś tu z tym całym rozumowaniem jest nie tak. Mechanizm zaangażowania fanowskiego jest jednak chyba trochę (zupełnie) inny. To nie jest tak, że wielkie koncerny zbijają kapitał na darmowej robocie fanów (i czy to nie urocze, że na marksizm powołują się zawsze ci, co nie doświadczyli go na własnej skórze). To raczej wygląda tak, że jedno napędza drugie, a drugie daje impet pierwszemu. Jeżeli fani poświęcają swój czas i energię, żeby coś wytworzyć to robią to raczej głównie dla własnej satysfakcji. Efektem ubocznym może być to, że przyciągną innych do "marki" i, czyniąc ich konsumentami, będą mieć więcej "materiału wyjściowego" dla siebie do dalszej "obróbki" (jeśli np. wywórnia zdecyduje się powiedzmy na sequel jakiegoś filmu). I nawiasem mówiąc, potem mogą ten sequel ściągnąć za darmo z netu, niekoniecznie więc dając zarobić korporacji.

    "Kultura wielbicieli jawi się w tym sensie jako niewielkie ustępstwo, na które poszli kapitaliści, aby utrzymać poddanych w ryzach." - dziwne rozumowanie, takie że aż chce się zapytać co ma piernik do wiatraka. "Kapitaliści" nie musieli iść na żadne ustępstwa bo powstanie "kultury wielbicieli" nidgy od nich nie zależało. Mogli iść (i niektórzy poszli) na ustępstwo typu "zatrudnimy jakiegoś fana, żeby tworzył dla nas" i jest pięknie bo mu za to płacą. Nie widzę wyzysku.
    W ogóle ten lament, że "nawet jeśli twórca amator jest krytyczny wobec tego, co odbiera i nawet jeśli ów krytycyzm skłania do podjęcia produkcji, nie podważa się systemu." jest mocno przedwczesny. Teraz dopiero dorastają ludzie, którzy z kulturą partycypacji zetknęli sie wystarczająco wcześnie, żeby uważać ją za coś oczywistego i domagać sie jej jako czegoś im należnego. Co z tego naprawdę wyjdzie będzie można ocenić dopiero za jakieś 10 lat.

    OdpowiedzUsuń
  3. reszta komentarza (bo coś długi wyszedł :))

    "Miłośnik jest zniewolony, bo ciągle zachęcany zostaje do inwestowania swojego czasu i energii. Owo nakłanianie sprawia, że zaczyna wierzyć, że tylko przez partycypację stać się może odpowiedzialnym odbiorcą..."
    No i tu właśnie coś jest nie tak. To tak jakby powiedzieć, że zapaleni działkowcy są zniewoleni bo ciągle uprawiają swój ogródek i kupują nowe rośliny. Pojęcia "wolność" i "zniewolenie" zupełnie nie mają to racji bytu. Oczywiście, można postrzegać cały świat i każdy rodzaj stosunków międzyludzkich jako transakcję, ale oprócz bycia niecnie zdemaskowanym jako największy cynik ever, nic to nie da.
    Poza tym, aby być w pełni świadomym odbiorcą ("takim, który zdaje sobie sprawę z tego, co czyta czy ogląda oraz jakie doświadczenia w związku z tymi czynnościami zdobywa") nie trzeba nic robić - w sensie: nie trzeba przetwarzać tego co się zobaczyło/przeczytało na akcję. I na tym polega piękno całej sprawy: ci co podejmują jakąś akcję, czynią to z imperatywu wewnętrznego - "nakłanianie" sprowadza się to do tego, że koncern wypuści film/książkę etc., co jednak musi robić, skoro jest wydawnictwem, czy wytwórnią filmową, żeby w ogóle istnieć.

    LOL, swoją drogą to ciekawe jest to rozumowanie, że "jeśli przekaz popkulturowy jest nieinteresujący, głupi, kiczowaty, nieinteligentny fan ma wziąć sprawy w swoje ręce i uczynić go lepszym, inteligentniejszym, zabawniejszym, lepiej dostosowanym do siebie". Czy to jest właśnie to, co robi teraz Hollywood?
    Trzeba jednak uważać żeby nie przedobrzyć bo nikt tego nie tknie nawet dwumetrowym kijem.

    I ostatni akapit: "...zachowany zostaje status quo, ponieważ uświadomienie wielbiciele mylą z prawdziwą wolnością." Nie sądzę, żeby ktokolwiek to mylił. Przecież jest oczywiste, że na dłuższą metę (albo jeśli chodzi o bardziej radykalne praktyki) koncerny mają tą twórczą grupę fanów głęboko gdzieś. One skupiają się głównie na odbiorcy masowym, a subkultura partycypacyjna to wziąż jeszcze nisza. Poza tym, jak już wcześniej mówiłem, na przewroty jeszcze za wcześnie - nie to pokolenie.

    OdpowiedzUsuń
  4. To ja tylko strasznie wybiórczo:

    – "i czy to nie urocze, że na marksizm powołują się zawsze ci, co nie doświadczyli go na własnej skórze"

    Niektóre wątki myśli Marksa (i neomarksistów) są bardzo sensowne, to my w Polsce mamy z nimi problem, ponieważ przesadnie kojarzymy Marksa z tym, co w XX wieku zrobili jego następcy. Zresztą Marks rozmija się np. z Leninem nie tylko na poziomie praktyki, ale także teorii.

    – "'Kapitaliści' nie musieli iść na żadne ustępstwa bo powstanie 'kultury wielbicieli' nidgy od nich nie zależało".

    To nie do końca tak. Profesjonalni producenci mogą np. przyjmować mniej lub bardziej ostre stanowisko wobec fanfików, zatem nie są całkiem pozbawieni "instrumentów nacisku" (choć zgodzę się oczywiście, że nie należy przeceniać ich znaczenie). Pytanie, na ile taki nacisk im się opłaca.

    – Co do wolności i zniewolenia: żyjemy w świecie społecznym i nawet nasze najbardziej intymne pragnienia są zanurzone w ideologiach, których nie stworzyliśmy sami. Jeśli więc pytamy: "Dlaczego XXX jest fanem Star Treka?", to odpowiedź jak najbardziej może brzmieć: "W pewnej mierze dlatego, że w obiegu społecznym istnieją takie idee, które do tego fanostwa zachęcają".

    – "Przecież jest oczywiste, że na dłuższą metę (albo jeśli chodzi o bardziej radykalne praktyki) koncerny mają tą twórczą grupę fanów głęboko gdzieś".

    Nie jestem pewien, czy "The Sims", "World of Warcraft" i Harry Potter to aż taka głęboka nisza. ;)

    – Pewnie niepotrzebnie to zaznaczam, ale pamiętajmy, że autor tego wpisu nie musi się zgadzać z cytowanymi poglądami. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. re: Staszek

    Myślę że nie tylko Polacy mają z problem Marksem. Może i teoria jest sensowna, ale praktyka zawsze będzie kuleć bo ludzie są niestety ludźmi. Nieważne, po prostu zabawne wydało mi się to, że ci, którzy są tak w niego zapatrzeni zawsze mieli do czynienia tylko z cacy teorią.

    "Profesjonalni producenci mogą np. przyjmować mniej lub bardziej ostre stanowisko wobec fanfików, zatem nie są całkiem pozbawieni "instrumentów nacisku".
    Ja to rozumiem, ale chodzi o to, że nawet jeśliby przyjęli tak restrykcyjne stanowisko, jak to tylko możliwe (włącznie ze ściganiem przez organy prawa) to nie miało by to wpływu na tą kulturę. Fan-produkcje zeszłyby po prostu do głębokiego podziemia (nalepszym dowodem jest to, że obecnie istnieje fan-twórczość nawet do tych wytworów popkultury, których twórcy sobie tego bardzo nie życzą).

    ..."W pewnej mierze dlatego, że w obiegu społecznym istnieją takie idee, które do tego fanostwa zachęcają".
    Odwieczny dylemat jajka i kury, czy mi się tylko tak wydaje? :)
    Natomiast jeśli by brać na tapetę tylko Star Trek, to jest to akurat klasyczne sprzężenie zwrotne (które moim zdaniem pasuje lepiej do rozważań n/t fanowskich poczynań niż teoria wyzysku. Ale to tylko moje zdanie).

    Trzy jaskółki wiosny nie czynią :) A tak na serio, to jednak chyba tylko twórczy fandom Harry'ego Pottera przestał być niszą (a w ogóle to Simsy to jednak trochę inny przypadek bo nie ma tam kanonu jako takiego, a więc i fan-twórczości, o którą mam wrażenie w artykule chodzi).
    W ogóle, tak już na marginesie, to ciekawi mnie jak będzie wyglądać na nowa platforma, któą zapowiadała Rowling. Może to faktycznie być początek masowego wejścia fan-twórców w korporacyjny krajobraz.

    OdpowiedzUsuń
  6. @ad00absurdum
    Pamiętaj, że Focault czy Gramsci to raczej neomarksizm, a nie marksizm. Na pierwszy rzut oka różnica zdaje się niewielka, ale tak naprawdę jest znacząca, bo Marks to tylko baza (ekonomia) a neomarksizm włączył w swoje rozważania nadbudowę (m.in. kultura). Poza tym warto pamiętać, że poglądy tego rodzaju (zahaczające o neomarksizm) są mocno zabarwione ideologicznie i nie ważne jak bardzo niszowe będą ci się wydawać działania fanów - dla krytyków zawsze pozostaną podporządkowaniem systemowi.

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -