14 cze 2011

Z ciekawych rzeczy znalezionych w sieci – blog Jonathana Graya The Extratextuals, a na nim seria postów, w których naukowiec zdał relację z badań przeprowadzonych w 2008 roku w jednym z najbiedniejszych krajów Czarnej Afryki – Malawi. Amerykanin pokazał obraz niewyobrażalny dla przeciętnego mieszkańca Zachodu. W Republice nie ma szans na pójście do kina, bo ich po prostu nie ma – filmy podziwia się na małym ekranie, wykorzystując telewizję satelitarną bądź magnetowidy. Co więcej, ten zapomniany już w państwach Zachodu sprzęt zastępowany jest odtwarzaczami DVD tylko w zamożniejszych rejonach kraju – mało kogo stać jest na przywilej indywidualnej projekcji w zaciszu domu. Ogląda się wspólnie w specjalnie do tego przeznaczonych salach, gdzie znajdujący się w centralnym miejscu odbiornik telewizyjny otoczony jest siedzeniami, które zachodni turysta przyzwyczajony do multipleksów uznałby za barbarzyńskie – kratami, beczkami, kartonami. Uogólniając, warunki są szokujące z perspektywy mieszkańców Zachodu, urągają standardom, do których oni przywykli – ceny natomiast są odpowiednio niższe, bo za możliwość obejrzenia danego dzieła płaci się w przeliczeniu na amerykańskie dolary od trzech do siedmiu centów.

W repertuarze na próżno jest szukać filmów lokalnego przemysłu – ten zresztą praktycznie nie istnieje. Podziwia się obrazy amerykańskie i nigeryjskie, a więc zgodnie z tezą o globalnych nierównościach, płynące z centrum i pół-peryferii globalnej kultury popularnej (pół-peryferie stanowi dla Malawi wyłącznie Nigeria, której Nollywood oddziałuje na pobliskie państwa). Ponieważ mieszkańcy Republiki znają język angielski, nie ma problemu ze zrozumieniem tego, co się widzi – zwykle jednak pozostawia się napisy, ale nie dlatego, że ktoś ma problem z rozszyfrowaniem mowy. Chodzi o wizję – jej jakość często jest tak słaba, że trudno zgadnąć, co dzieje się w danym momencie na ekranie telewizora i napisy po prostu pomagają.

W Malawi największymi amerykańskimi gwiazdorami nie są Bratt Pitt czy Johny Depp. Na topie cały czas pozostają Bruce Lee, Arnold Schwarzenegger, Steven Seagal, Sylvester Stallone czy Jean Claude Van Damme. Aktorzy, o których na Zachodzie dawno już zapomniano, cieszą się niesłabnącą popularnością, co łatwo zrozumieć, jeśli zwróci się uwagę na wyświetlane obrazy. W okresie, kiedy w Malawi przebywał Gray (czerwiec 2008), były to takie dzieła jak: Conan the Barbarian, Con Air, Predator, Rambo, Terminator 2. Wszystkie te filmy powstały jeszcze w poprzednim wieku, jednak poddanym analizie obywatelom Republiki zdawało się to nie przeszkadzać – z zafascynowaniem oglądali popisy minionych gwiazd i z ogromnym zaskoczeniem przyjmowali obwieszczaną przez badacza informację o ich „nieświeżości”. Zrezygnuję z dokładniejszej analizy treści nigeryjskich produkcji, przytoczę tylko opinię Graya, jakoby publiczność reagowała na nie inaczej. W przeciwieństwie do amerykańskich obrazów, które tylko interesowały, nigeryjskie dzieła wywoływały ogromne emocje. Wrzaski i krzyki, podskakiwania, głośne komentarze – to wszystko świadczyło o ekscytacji przygodami bohaterów, których problemy przypominają widzom ich codzienność (mimo to gwiazdy afrykańskie pozostawały nierozpoznawalne w przeciwieństwie do przestarzałych celebrytów z USA).

Jak pokazał Gray, sprawa przemysłu telewizyjnego i muzycznego przedstawia się podobnie jak w przypadku filmów. Bieda powoduje, że na odbiornik telewizyjny może sobie pozwolić niewiele osób – jeśli już ktoś jest na tyle zamożny, aby go posiadać, „skazany” jest na telewizję satelitarną z dominacją zachodnich stacji. Malawi posiada jeden program państwowy emitujący głównie obrady parlamentu i religijne kazania – wyjątkami są mecze piłki nożnej i inne wydarzenia o charakterze sportowym. Wszędobylska jest muzyka – znów jednak mamy do czynienia z przestarzałym sprzętem – aktualnie na topie są odbiorniki na baterie, pozwalające wyłapać jedną z wielu stacji radiowych, jak również odtwarzać taśmy magnetyczne. To właśnie te ostatnie są najpopularniejsze – zdecydowanie rzadziej używa się płyt CD czy odtwarzaczy mp3. Gatunkiem muzyki słuchanym przez większość osób jest reggae – oprócz dźwięków produkowanych przez lokalne gwiazdy docierają tu także te, wytworzone przez „rastamanów zachodnich”, w tym oczywiście Boba Marleya. W Republice królują ponadto R&B, hip-hop, disco z lat osiemdziesiątych i inne popularne również na Zachodzie prądy muzyczne. Podobnie jak to miało miejsce względem filmów, ludzie zafascynowani są celebrities, którzy najlepsze lata mają już za sobą – Gray pokazał to na przykładzie wykonawców łzawych piosenek o miłości (Bryan Adams, Shania Twain itp.) cieszących się niezwykłą estymą.

Wywodów Graya nie będę jakoś ekstensywnie komentował – po jego przeanalizowaniu nasuwa się jednak smutna refleksja, związana z tym, że w swoich zachwytach nad kulturą partycypacji, fanowstwem, remiksem, Web 2.0 (używać możemy dowolnej nomenklatury opisujące tak naprawdę to samo), często zapominamy o światowych nierównościach, wykluczających ludzi z udziału w tych cudownych przemianach medialno-społecznych, o których tak lubimy pisać.

Czy w Malawi mamy na przykład do czynienia z powstaniem społeczności fanów? Czy wokół muzyków, programów telewizyjnych lub filmów zawiązują się wspólnoty wielbicieli? Czy mamy w tym kraju chociażby namiastkę kulturowej partycypacji? Wątpliwe, i to z kilku powodów. Głównym są oczywiście względy ekonomiczne – bieda odcina wiele osób od dostępu do tekstów popkultury i uniemożliwia zaangażowanie. Istnieje także wiele mniejszych, bardziej prozaicznych przyczyn – chociażby częste awarie w dostawie prądu wykluczają „wciągnięcie się” w zawiłe narracje serialowe. Trudno mówić o śledzeniu danej serii tak, jak przystało na miłośników, skoro wskutek braku energii nie można zobaczyć co drugiego odcinka. Partycypacji nie stymuluje z pewnością bardzo utrudniony dostęp do internetu, czyli narzędzia, będącego potencjalnym czynnikiem popularyzacji i rozwoju grup entuzjastów (do elektronicznej pajęczyny akces ma tylko 4,6 procent populacji kraju). Brak wolnego czasu, trudna sytuacja materialna, konieczność poświęcania się sprawom ważniejszym, nie pozwalają na rozwijanie zainteresowań pop-produktami tak, jak ma to miejsce w wypadku fanów z północy.

***

Na marginesie - gdyby pokusić się o znalezienie jakiejkolwiek formy fanizmu w Malawi, byłaby ona związana z kibicowaniem zmediatyzowanym zjawiskom sportowym. Na ulicach najważniejszych miast, a także na prowincji, spotkać można mnóstwo ludzi w koszulkach ulubionych europejskich drużyn piłkarskich. W pubach transmitowane są mecze lig europejskich – aby podziwiać grę najlepszych zawodników świata, gromadzi się sporo ludzi.

{ 6 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. Piotrku, ja z tych faktów, które przedstawiłeś wyciągam zupełnie odmienne wnioski. Piszesz o WSPÓLNYM oglądaniu, o specjalnie przeznaczonych do tego salach, o ekscytacji, wrzaskach, krzykach, podskakiwaniach, głośnych komentarzach.



    Dla mnie to brzmi, jak właśnie wciągnięcie się w kulturę i uczestnictwo w niej! Ty tymczasem wyciągasz totalnie ponure wnioski. Mi z kolei ciśnie się na usta "Brawo Malawi, świetnie sobie radzicie jak na takie warunki".



    Na końcu piszesz: "Na marginesie - gdyby pokusić się o znalezienie jakiejkolwiek formy fanizmu w Malawi...". Czy to znaczy, że bycie fanem Brada Pitta to fanizm, a bycie fanem Steven'a Segala to nie-fanizm?

    OdpowiedzUsuń
  2. Już tłumaczę tok mojego rozumowania odnośnie fanizmu w Malawi.

    Na początku trzeba zauważyć, że fanizm ujmuję jako posiadający trzy wymiary: konsumeryzm (radykalny - na zasadzie kupuję wszystko, co mogę, przynajmniej w jakichś wyznaczonych przez siebie ramach), produktywność (tworzę nowe teksty oparte na oryginale), wspólnotowość.

    Tak zdefiniowany fanizm w Malawi nie występuje. Mamy do czynienia z tylko jednym wymiarem - wchodzeniem w społeczność.(Choć i to można kwestionować zważywszy na to, że ludzie oglądający w owych tv-salach mogą się nie znać. No bo czy Ty tworzysz wspólnotę z ludźmi, z którymi partycypujesz w seansie w kinie, nie ważne jakie emocje by on budził? - wątpliwe).

    Produktywność i radykalna konsumpcja nie występują. Pierwsza ze względu na brak czasu i środków, druga dlatego że nie docierają do Malawi figurki Conana (posługując się przykładem opisywanym przez Graya).

    Co do piłki - upatrują w niej namiastki fanizmu, ponieważ jest wspólnotowość (przybieranie barw klubowych podbudowujących tożsamość) oraz konsumpcja "gadżetów" (koszulki).

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślę, że wymienione przez Ciebie trzy wymiary fanizmu mają sens nawet w Malawi, tylko, że w ich ramach należy poszukać wskaźników, które lepiej nadadzą się do zbadania rzeczywistości "teraźniejszość-15 lat". Może należałoby wygrzebać jakieś archiwalne metodologie badania aktywności kulturowej. Ale fanizm moim zdaniem dałoby się w Malawi znaleźć, jeśli tylko założymy, że fanizm jest możliwy w kulturze analogu.

    Wyobrażam sobie to tak:

    - konsumeryzm - można np. posiadać komplet kaset VHS z filmami JCvDamme'a (a w warunkach, gdy bez tej kasety nie będzie seansu - jej waga rośnie dramatycznie); relatywnie, uwzględniając (hipotetycznie fatalne) warunki Malawi mógłby to już być konsumeryzm. Myślę, że znaleźliby się w Malawi ludzie, którzy kupują wszystko co *mogą* kupić, a co ma związek z danym produktem kulturowym.

    - produktywność - może nie należy spodziewać się, że ludzie z Malawi zaczną coś wrzucać na YT, ale np. nie zdziwiłbym się, gdyby odgrywali scenki z bijatyk itd., być może miksowali w tych scenkach filmy itd., albo rysowali sceny z filmów.

    - wspólnotowość - zakładam, że wśród odbiorców kultury popularnej w Malawi łatwiej byłoby określić, co jest kanonem (Bruce Lee, Arnold Schwarzenegger, Steven Seagal, Sylvester Stallone, Jean Claude Van Damme), niż u nas. Pewnie jakaś lokalna społeczność lepiej potrafiłaby się podzielić i wskazać, kto woli Bruce'a Lee, a kto Stevena Segala. I myślę - choć mogę idealizować - że więcej jest wspólnotowości w ich oglądaniu filmów niż w naszych wizytach w kinie (seanse w kinie lubię najbardziej, gdy nikogo innego nie ma).

    Po prostu nie można pojechać do Malawi i stwierdzić, że tam nikt nie wrzuca filmików na YouTube, tylko trzeba spojrzeć, co robią z kulturą w warunkach, jakie mają. Myślę, że wtedy wnioski byłyby mniej pesymistyczne.

    PS. Czy są jakieś szacunki co do tego, ilu fanów czegokolwiek mamy w Polsce?

    OdpowiedzUsuń
  4. Kolekcje VHS, odgrywanie scenek - kto wie. Jak widzę jesteś dużym optymistą :) Przydałaby się własna etnografia, żeby zobaczyć wszystko na własne oczy.

    Wykorzystanie mediów do własnej twórczości zachodziło na Zachodzie już w erze analogowej - na przykład kręcono filmy VHS i dystrybuowano je w społeczności (nie wspominając o twórczości literackiej). Czy scenki da się rozpowszechniać we wspólnocie, czy jest to rzecz powielana i przekazywana - pytania do sprawdzenia?

    Fanizm, który proponujesz, zapewne odbiegałby znacząco od tego, jak przywykliśmy na to zjawisko patrzeć w naszym rejonie. Co z kolei skłania do stwierdzenia, że chyba rzeczywiście najistotniejsze jest tutaj dobranie wskaźników i kierowanie się nimi. Warto jednak pamiętać, że gdzieś granicę należy stawiać - na przykład między fanizmem a folklorem. Swoją drogą rzecz niezwykle interesująca metodologicznie :) (dzięki, że zwróciłeś na to uwagę, bo to się dla "polskich rozważań" wydaje równie istotne)

    Ja na przykład mam jeszcze jeden ważny wskaźnik tego co to znaczy być fanem (mam nadzieję, że zgodzisz się, że w Malawi on nie występuje). Chodzi mianowicie o zainteresowanie przemysłu fanami - ci ostatni są w znacznej mierze wytworem korporacji medialno-rozrywkowych, które kierują się odpowiednim PR i marketingiem stymulującymi praktyki fanowskie. W Malawi chyba o takowej uwadze ze strony koncernów mowy być nie może.

    Na marginesie jeszcze zupełnie - z opisów Graya i ze zdjęć, które pokazuje na blogu, wnioskuję, że sytuacja obecnie panująca w tym kraju, nie jest zbliżona do tego, co obserwowano na Zachodzie nie 15, ale dużo więcej lat temu (kłania się tutaj słynne powiedzenie - za przeproszeniem - "100-lat za murzynami") ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Faktycznie, przy "teraźniejszość - 15 lat" trochę mnie poniosło. Choć 15 lat temu ja filmy z każdym z wymienionych przez Ciebie aktorów (Bruce Lee, Arnold Schwarzenegger, Steven Seagal, Sylvester Stallone, Jean Claude Van Damme) oglądałem, więc bym się z ludźmi z Malawi dogadał :)

    Element zainteresowania fanami ze strony korporacji bezsprzecznie trudno byłoby przenieść na grunt Malawi. Co prawda, jestem sobie w stanie wyobrazić, jak jakieś babinki dziergają na koszulkach podobizny Bruce'a Lee, bo wiedzą, że młodzi to kupią (czy wodę przyniosą, czy cokolwiek) ale to już chyba science-fiction.

    W każdym razie na pewno rzecz ciekawa badawczo właśnie dlatego, że trzeba mieć super szeroko otwarte oczy, żeby nie przegapić zjawisk, na które nasze realia nas nie wyczuliły, a które mogą być jakąś strategią realizowania uczestnictwa w kulturze.

    A jak tam z tymi szacunkami liczby fanów w PL? Próbował ktoś określić, o jakiej populacji mowa?

    OdpowiedzUsuń
  6. Z tego co wiem takowych szacunków nie ma... Nawet na Zachodzie (czytaj USA). Wydaje mi się, że powodem może być tutaj:
    -- naukowcy zajmujący się fanami to głównie przedstawiciele cultural studies z natury stroniący od wszelkich statystyk,
    -- jeśli każdy z badaczy ma inną def. fana to trudno o jakieś jednoznaczne dane.

    Na marginesie - to pytanie jest bardzo trudne, zważywszy na to co sam napisałeś - rożne drogi uczestnictwa w kulturze. Jeśli wszyscy do jakiegoś stopnia (i z różnych względów) są wielbicielami (bo na przykład wspólnie coś oglądają) trudno o dane liczbowe.

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -