11 sty 2011

Nigeria to afrykański kraj z najbardziej dynamicznie rozwijającym się na świecie przemysłem filmowym, określanym potocznie Nollywoodem. Rocznie wypuszcza on ponad tysiąc filmów – dzieje się tak wskutek specyficznej, niezwykle nieformalnej, wręcz amatorskiej produkcji i dystrybucji. Filmy powstają w przeciągu kilku tygodni, koszty ich produkcji są śmiesznie niskie jak na standardy zachodnie. Poza tym obrazów nie puszcza się w kinach, przyjęty jest inny sposób oglądania. Zamożniejszych Nigeryjczyków stać na to, żeby podziwiać dzieła w domu, używając zakupionego sprzętu RTV, ci biedniejsi zwykle oglądają w specjalnie przeznaczonych do tego salach projekcyjnych, gdzie filmy puszcza się na video bądź DVD (to co się ogląda w Czarnej Afryce, jak i gdzie się to robi, dobrze zrelacjonował na swoim blogu Jonathan Gray, podając przykład Malawi).

Skala oddziaływania Nollywoodu jest regionalna, co oznacza, że filmy spod jego znaku sprzedają się w Czarnej Afryce, ale nigdzie więcej. Przeciętnego mieszkańca obu Ameryk, Europy czy Azji nie zainteresują produkcje, w których występują regionalni afrykańscy gwiazdorzy. Wyłączenie z głównego nurtu globalnej kultury popularnej spowodowane jest między innymi specyficznym sposobem organizacji – zamiast jednego, ewentualnie kilku silnych przedsiębiorstw, mamy do czynienia z dużą liczbą drobnych firm. Taki model powoduje niemożność konkurowania z wielkimi koncernami.

Zupełnie inny jest również sposób dystrybuowania filmów. Afryka to zmora korporacji zachodnich. Tak jak niegdyś w Polsce, szerzy się tutaj „piractwo straganowe”. Co jednak istotne, piratuje się tylko amerykańskie hity, nigeryjskich się nie opłaca. Nollywood sprzedaje po prostu zbyt tanio. Tysiące nieformalnych dystrybutorów rozprowadza filmy (na straganach) za śmieszne pieniądze, przynosi to jednak zyski z powodu bardzo niskich kosztów kręcenia filmów, krótkiego okresu ich powstawania i niesamowitej liczby.

Zachęcam do poczytania na temat Nollywoodu – w sieci znaleźć można na ten temat wiele ciekawych artykułów, choćby te autorstwa Onookome Okome (przykładowo tutaj). Można również zobaczyć dokument zatytułowany Noolywood Babylon (trailer poniżej). Warto moim zdaniem zwrócić uwagę nie na analizy treści filmów, które są głównie opowiastkami o codziennym życiu Nigeryjczyków, operami mydlanymi pełnymi vooduu, juju i innego „czarnego” czarostwa. Warto za to analizować sposób funkcjonowania przemysłu. Zastanawiać się można, czy opisany wyżej „telewizyjny” model produkcji (niezwykle tani i szybki) oraz rozproszony i nieformalny sposób dystrybucji, mogą nauczyć czegoś zachodnich producentów, uporczywie walczących z wszelkiego rodzaju piractwem. Nollywood ze swoim wyraźnym odejściem od zachodnich sposobów działania, stanowi być może podwaliny pod model niewalczący z piratami, ale zezwalający na nieformalną dystrybucję, obniżający koszty produkcji i ceny po jakich sprzedawane są towary.

{ 5 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. Jeśli dobrze rozumiem, to to by mogło wyglądać tak:

    – W tym modelu żaden pojedynczy dystrybutor nie może zarobić dużych pieniędzy.

    – Wielcy zachodni dystrybutorzy są żywotnie zainteresowani zarabianiem dużych pieniędzy.

    – Ergo: wielcy zachodni dystrybutorzy nie będą żywotnie zainteresowani modelem nigeryjskim.

    Słusznie myślę? :-)


    Natomiast sama praktyka jest bardzo ciekawa, o Nollywood wcześniej nie słyszałem.

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak, tylko że nie chodzi o przeniesienie praktyk Nollywood bezpośrednio, bo to by się zapewne wiązało ze znacznym obniżeniem jakości filmów.

    Chodziło mi o inspirację, że można zacząć działać mniej szablonowo, do dystrybucji wykorzystywać mniej formalne kanały, na przykład odbiorców (czyli dalej rozwijać model prosumpcyjny).

    O Nollywood dużo można wyczytać ciekawych rzeczy - fascynujący temat. Było o nim trochę w dość głośnym filmie "Good Copy Bad Copy", manifeście wolnej kultury. Nie pamiętam, czy w takim kontekście, jak piszę w poście - można to sprawdzić.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozumiem, tylko czy nie jest tak, że najwięksi producenci z konieczności (albo z dużym prawdopodobieństwem) stracą na wszelkiej inspiracji tego rodzaju modelem? I że impulsy powinny płynąć z innych źródeł niż wielkie koncerny? (Wiem, to dość pesymistyczna wizja, ale czy dotychczasowe przykłady "pro-prosumpcyjne" nie pochodzą raczej od bokserów wagi średniej?).

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie do końca się z tym zgodzę - na przykład Lost - produkcja "zawodnika wagi ciężkiej", jak najbardziej pro-prosumpcyjna

    OdpowiedzUsuń
  5. To prawda, "Lost" to dobry kontrprzykład. W ogóle seriale to dobry kontrprzykład. :-) Mimo wszystko jednak zastanawiam się nad tym, czy największe produkcje (por. ostatnie "epickie" filmy fantastyczne) nie pozostaną domeną modelu tradycyjnego. Ujmując rzecz od nieco innej strony: czy potrzeba "niezobowiązującej konsumpcji" nie okaże się trwała.

    A może jednak za 15 lat będziemy się śmiać z takiego przypuszczenia, żyjąc już w prosumpcyjnym świecie? Kto wie. :-)

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -