8 sty 2011

Poznań fanami stoi... A przynajmniej ludźmi, którzy chcą się zajmować fan studies… Jakiś czas temu przedstawiałem wywiad ze Staszkiem Krawczykiem, całkiem niedawno zaś z Przemkiem Nosalem. Okazuje się, że to nie wszyscy poznaniacy, którzy zajmują się naukowo wielbicielami. Podczas swojej wizyty w stolicy Wielkopolski (o której piszę tu) poznałem Tomasza Żaglewskiego, doktoranta kulturoznawstwa UAM. Tomek zajmuje się fanowską twórczością audiowizualną. W ramach odkrywania czym konkretniej, postanowiłem go nieco przepytać.

***

Piotr Siuda – Czy mógłbyś przybliżyć istotę swojej pracy naukowej? Wiem, że zajmujesz się fanami, ale czy jest jakiś konkretny aspekt fanizmu, który zgłębiasz?

Tomasz Żaglewski – W dużym skrócie można by stwierdzić, iż fani i zagadnienia z nimi związane są wypadkową wielu interesujących mnie aspektów współczesnej kultury popularnej. Od razu muszę jednak sprecyzować, iż fani interesują mnie w pewnym ściśle określonym sensie. W mojej pracy naukowej zajmuję się kulturą audiowizualną, najnowszymi technologiami medialnymi i ich ekonomicznymi implikacjami dla przemysłów popkultury. To na przecięciu tych trzech obszarów pojawia się interesująca mnie figura „fana” – znów jednak traktowana w specyficznie „technokratyczny” sposób.

Myślę, że intencje mojej pracy nad fan studies najlepiej oddał William Gibson w swojej powieści „Rozpoznanie wzorca”. Konstruuje on społeczność sieciowych emeferów – użytkowników/artystów, których działania koncentrują się wokół udostępnianych online krótkich filmików (emefów), zasadniczo niewiele różniących się od nam współczesnych klipów z YouTube czy MySpace. Emefy stanowią nie tylko ciekawe zjawisko estetyczne (u Gibsona są one opisane jako rodzaj dzisiejszych fanowskich „kolaży”), ale przede wszystkim są źródłem formującej się w cyberprzestrzeni społeczności tworzącej, oceniającej i rozpowszechniającej kolejne utwory. Ponieważ fabuła wspomnianego dzieła literackiego koncentruje się wokół specyficznego śledztwa mającego dotrzeć do podstawowych intencji kierujących działaniami twórców i odbiorców emefów, lubię myśleć o swoich badaniach jako o takich właśnie próbach uporządkowania nieogarnionego dziś uniwersum amatorskich przekazów audiowizualnych.

YouTube i umieszczane tam materiały, jak chociażby fałszywy zwiastun filmu „Robocop vs. Terminator”, to zaledwie wstępny aspekt szerszego problemu. Technologiczne zaplecze dzisiejszej kultury popularnej, w tym filmowej, korzystające z nośników typu DVD i multimedialnych strategii marketingowych, sprzyja kreowaniu figur quasi- lub post-fanów. Oglądanie materiałów bonusowych wydanej ostatnio na Blu-ray antologii „Obcego” zająć może niemalże cały tydzień (!), zaś do głośnych hitów pokroju „Incepcji” niemal z marszu dodaje się serie komiksów, powieści czy gier komputerowych, które mają rozszerzyć i „ulepszyć” obcowanie z tytułem filmowym. I w jednym i w drugim przypadku realizowane (i wymagane) są strategie typowo fanowskie – zaangażowany odbiór, entuzjastyczna i wszechogarniająca konsumpcja danej marki. Ale z jakim typem „fanizmu” mamy tutaj do czynienia? Oto niezwykle nurtujące mnie pytanie.


P.S. Wiem, że poruszasz się wokoło zagadnień związanych z tak zwaną ekonomią uwagi – czy mógłbyś wyjaśnić czytelnikom czym ona jest i jak wiąże się z badaniem fanów?

T.Ż. Pozwolę sobie zacząć od przykładów. Bodajże w sierpniu 2009 roku na całym świecie miało miejsce wydarzenie nazwane w mediach „Dniem Avatara”. Była to impreza promująca wchodzący na ekrany kin i debiutujący w sieci dzień później… zwiastun najnowszego filmu Jamesa Camerona. Na pierwszy rzut oka pomysł absurdalny – z wielką pompą promowano tekst, który do tej pory w historii kina traktowany był jako (w najlepszym razie) miły dodatek. W październiku 2010 roku ma miejsce podobne zjawisko. Na dwa miesiące przed oficjalną premierą zorganizowany zostaje „TRON Night” – nocny pokaz trójwymiarowego trailera filmu „TRON: Dziedzictwo” wraz z garścią wywiadów z twórcami. W obu przypadkach mamy do czynienia z promocją promocji – swego rodzaju zapowiedzią przyszłych atrakcji, która sama staje się pożądaną atrakcją. Nadrzędnym celem staje się tutaj promocja sama w sobie, czyli zwrócenie na określony produkt uwagi.

Pojęcie „ekonomii uwagi” wypromowali w swej pracy „The Attention Economy: Understanding the New Currency of Business” Thomas H. Davenport oraz John C. Beck. W moim przekonaniu jest to jedna z najważniejszych prac poświęconych współczesnemu przemysłowi. Autorzy trafnie zauważają, iż w czasach kiedy zewsząd głosi się tezy o przytłaczającej liczbie informacji, nadrzędną walutą każdego biznesu staje się właśnie uwaga. Rola strategii marketingowych polega teraz bardziej niż kiedykolwiek na zwróceniu uwagi potencjalnych nabywców na dany produkt – jeśli nie zostanie on odpowiednio wyeksponowany, przepadnie w morzu bliźniaczych ofert. To samo tyczy się także, a może przede wszystkim, przemysłu filmowego. Wytwórnie muszą zadbać o to, aby ich tytuł był obecny w jak największej ilości kanałów medialnych, bo tylko tak może on przykuć uwagę przyszłych widzów. Kiedyś siłę „motywującą” miały filmowe plakaty z odpowiednio wyeksponowanymi nazwiskami gwiazd i twórców. Dziś marketing filmowy musi być o wiele bardziej wysublimowany i wszechobecny. Przypomina mi się ciekawy pomysł, na jaki wpadli twórcy filmu „Niezniszczalni” – umieścili oni na portalu YouTube zwiastun swego filmu bawiąc się konwencją samej strony. W trakcie oglądania ze znajdujących się zwykle po prawej stronie ekranu podobnych materiałów video nagle zaczynają strzelać bohaterowie filmu Stallone’a niszcząc główne okno, w którym pokazywany jest zwiastun. Pomysł to zabawny i, co najważniejsze, pozostający w pamięci odbiorcy.

P.S. To o czym mówisz bardzo przypomina mi tezy Jonathana Graya. Ten ceniony badacz fanów w swoim najnowszym dziele Show Sold Separately, opisał jak ważne staje się dzisiaj coś, co nazwał paratekstem. Przez ten ostatni rozumie między innymi różne trailery filmowe i telewizyjne. Traktować je można tak samo jak tekst podstawowy, dlatego że tworzą klimat i atmosferę danego dzieła, stają się integralną częścią narracji, ale także z tego względu, że podlegają różnym fanowskim przeróbkom. Czy Ty uważasz podobnie? Jak ekonomia uwagi może znaleźć zastosowanie na gruncie fan studies?

T.Ż. Rzeczywiście – konieczność kreowania coraz większej siatki tekstów związanych lub odwołujących się do określonych tytułów to doskonały rezerwuar materiałów i pomysłów dla fanowskich przeróbek i kompilacji. Na myśl przychodzi mi tutaj sytuacja, jaka miała miejsce w związku z wyjątkowo intensywnym promowaniem iPhone’a. Telewizja i Internet zasypywały nas reklamami, w ramach kampanii „There’s an app for that”, zachwalającymi zalety tego urządzenia, co miało zwrócić uwagę (nomen omen!) na różnorodne zastosowania gadżetu Apple’a. Na YouTube bardzo szybko pojawiły się klipy parodiujące tego typu retorykę. W jednym z nich lektor informuje, iż iPhone posiada aplikacje typu iPepper (przydatną, kiedy na stole zabraknie pieprzu) czy też program dla porzuconych chłopaków, którzy za pomocą usługi iStalkHer mogą śledzić poczynania byłej sympatii.


Oczywiście przy tego typu przekazach pojawiają się dylematy, czy można podobnego typu parodie uznać za teksty sensu stricte fanowskie. W moim przekonaniu jak najbardziej – pod warunkiem jednak, iż będziemy pamiętać o nowomedialnej specyfice tego rodzaju fanów. We współczesnym krajobrazie popkultury fan staje się tworem jak najbardziej pożądanym przez nadawców określonych treści. Wielokrotnie zachęcają oni swoich przyszłych użytkowników do brania udziału w szeregu specjalnie zaplanowanych kampanii. Twórcy, mówiąc delikatnie, niezbyt udanego filmu „Węże w samolocie” pozwolili nawet internautom na współ-konstruowanie scenariusza samego filmu, co oczywiście skończyło się mieszanką raczej ciężkostrawną. Ale „Węże…” odniosły sukces, jakiego dziś pożąda każdy producent. Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się fanowskie wariacje typu „Niedźwiedzie w samolocie”, które nawet jeśli okazały się jeszcze gorsze od oryginału, to i tak sprawiły, że ten nie przeminął obojętnie, ale – co mówię z pełną powagą – wyrósł na jedno z bardziej znaczących dla przemysłu filmowego dzieł.


P.S. Dość śmiała teza, zważywszy, że „Węże” nie są rozpoznawalne przez szerszą publiczność i co ważniejsze, nie przyniosły zysku, a przecież o taki chodzi przemysłowi kulturowemu. Oczywiście zgadzam się z Tobą – prosumenckie zaangażowanie fanów jest przez producentów coraz bardziej cenione, ale tylko wówczas gdy jest pewność, że nabije kabzę… Abstrahując jednak od wiekopomnego dzieła filmowego i zaangażowania wielbicieli w proces produkcyjny – czy coś jeszcze innego oprócz tezy o ekonomii uwagi stanowi twoją naukową inspirację?

T.Ż. Ugryzę się w język i nie wymienię na pierwszym miejscu Henry’ego Jenkinsa – choć to on właśnie stanowi dla mnie pierwotną inspirację, a także pole dla wielu polemik i rewizji. Z przyjemnością natomiast wspomnę tutaj o badaczce, która może nie jest zbyt dobrze znana w Polsce (choć ukazało się kilka tłumaczeń jej tekstów), a która porusza w swojej pracy interesujące mnie problemy. Myślę tutaj o Barbarze Klinger – wykładowcy na Indiana University i autorce znakomitej książki „Beyond the multiplex. Cinema, New Technologies and the Home”. W Polsce na łamach „Kultury Współczesnej” ukazał się jej tekst „Współczesny kinoman: kolekcjonowanie filmów w erze post-wideo” stanowiący bardzo interesujące studium nad użytkownikami nowych mediów (jak iPody czy DVD), których autorka postrzega w perspektywie działań fanowskich. Wspomniana przeze mnie książka „Beyond the multiplex” to z kolei analiza wpływu najnowszych technologii na sposób organizacji prywatnych „kultur filmowych” (jak to określa autorka) składających się z indywidualnie projektowanych materiałów i okoliczności seansów filmowych. Klinger mógłbym chyba określić jako czołową przedstawicielkę refleksji nad „techno-fanizmem” lub też fanizmem „nowomedialnie” zapośredniczonym, co pokrywa się z moimi własnymi ambicjami badawczymi.

Z nieco innego zakresu zagadnień, dla rozwijanych przeze mnie problemów ekonomii popkultury poza pracą Davenporta i Becka źródłem pomysłów są także „Wolna kultura” i „Remiks. Aby sztuka i biznes rozkwitały w hybrydowej gospodarce” Lawrence’a Lessiga, „Długi ogon. Ekonomia przyszłości – każdy konsument ma głos” Chrisa Andersona oraz „Bogactwo sieci. Jak społeczna produkcja zmienia rynek i wolność” Yochai Benklera. Te właśnie prace, choć nie traktują wprost o fanach, rozwijają interesujące mnie zagadnienia „umasawiania się” postaw fanowskich w dobie ewolucji konsumentów w prosumentów. Ci ostatni stanowią bowiem odgórnie (korporacyjnie, oficjalnie) zaakceptowaną wersję fanów, których amatorska (?) działalność jest nie tylko opłacalna, ale i kluczowa z punktu widzenia rozwoju niektórych przemysłów (z filmowym na czele). Znów jednak można odnieść wrażenie, iż pojęcie fana się zaciera. Z jednej strony prosumenci i przypadek „Węży w samolocie”, z drugiej maniakalni kolekcjonerzy płyt DVD spędzający nad bonusowymi materiałami wiele godzin celem dokładnego przestudiowania obejrzanego tytułu. Problem w tym, iż nowe media prowadzą do tego typu niejednoznacznych definicji. Skoro bowiem zanika podział na kulturę wysoką i popularną, to być może taki sam los czeka fanów i nie-fanów. W końcu, jak zawyrokował w jednej ze swych prac Mirosław Filiciak, „wszyscy jesteśmy fanami” – nawet jeśli klikając „Lubię to!” na czyimś facebookowym koncie nie zdajemy sobie sprawy z nawiązań stojących za tymi dwoma niewinnymi słówkami.

***

Tomasz Żaglewski – doktorant w Instytucie Kulturoznawstwa UAM; obecnie w trakcie pisania pracy doktorskiej o roboczym tytule „Współczesna kultura post-filmowa jako przestrzeń kreatywności użytkowników mediów konwergentnych – charakterystyka zjawiska na tle badań przemysłu, kultury i społecznego doświadczenia filmu”; autor kilku publikacji poświęconych amatorskiej twórczości audiowizualnej – np. artykułu „Life In A Day” poświęconego serwisowi YouTube w drugim numerze internetowego magazynu „Punkt”, w styczniu w ramach publikacji składającej się z tekstów wygłoszonych podczas II Kongresu Estetyki ma z kolei ukazać się artykuł poświęcony internetowej twórczości fanów „Gwiezdnych Wojen”; gdy opuszcza na chwilę cyberprzestrzeń kibicuje Arsenalowi Londyn i oddaje się swojej drugiej pasji – komiksom.

{ 2 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -