3 gru 2010

Pewna myśl, która stanowi bardzo niewielki, poboczny (do tego stopnia, że umieszczony jest w przypisie) wątek tekstu, nad którym obecnie pracuję. Tutaj całkowicie wyrwana (owa myśl) z szerszego kontekstu, ale mimo to warta odłożenia w celu późniejszego przemyślenia i rozważenia…

W nowym środowisku medialnym, który tworzy kultura partycypacji, zmieniać zaczyna się podejście do praw ochrony własności intelektualnej. Wraz ze zwiększającym się udziałem konsumentów w tworzenie tekstów popkulturowych, ewoluować muszą drakońskie restrykcje stanowiące o zakazie używania tego, co stworzone zostało przez profesjonalistów. Przemysł kulturowy nie ma wyjścia – zmiana w modelu biznesowym musi pociągnąć złagodzenie prawa autorskiego, kto wie, być może nawet wypracowanie nowych regulacji, które chroniłyby wszelką działalność prosumencką.

Warto w tym momencie zastanowić się nad ruchem społecznym „wolnej kultury”. Jej aktywiści formułują postulaty zmiany związane z wykorzystaniem nowych technologii informacyjnych. Chodzi głównie o promocję swobody dystrybucji i modyfikacji różnego rodzaju utworów, przede wszystkim przy użyciu internetu oraz innych nowych mediów. Ruch ten przeciwstawia się prawu autorskiemu w jego obecnym kształcie oraz zawartym w nim ograniczeniom, które są (według „wolnej kultury”) czynnikami hamującymi ludzką kreatywność oraz samorealizację. Członkowie ruchu sprzeciwiają się czemuś, co nazywają „kulturą zezwoleń”, twierdzą, że nikt nie ma prawa zezwalać czym można, a czym nie można się dzielić i co rozpowszechniać.

Wydaje się, że współczesne trendy polegające na rozwoju kapitalizmu prosumpcyjnego przynieść mogą upadek (a przynajmniej zmniejszenie popularności [moim zdaniem już widoczne]) ruchu. Jeśli bowiem przemysł kulturowy angażuje nabywców do pracy, spełniane są de facto postulaty związane ze swobodną kreatywnością i wykorzystaniem własnej twórczości. W tym sensie łatwo jest wnioskować o obniżeniu znaczenia „wolnej kultury”. Jeśli znikną warunki społeczne, przeciwko którym buntują się jej aktywiści, zniknie również ruch społeczny. Niewykluczone, że „wolna kultura” przekształci się w coś innego – na przykład w ruch mający za zadanie bronić praw prosumenckich.

{ 8 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. Z drugiej strony czytałem też o planach jeszcze bardziej drakońskich ustaw związanych ze ściganiem piractwa komputerowego. Ostatecznie pewnie nic z tego nie wyjdzie, ale gdyby ktoś chciał dzisiaj napisać współczesną antyutopię, to można by z tego zrobić jej główny temat...

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak... Prosumpcja może być, ale na warunkach dyktowanych przez koncerny. Piractwo, jako wykraczanie poza ów dyktat jest już piętnowane.

    Tylko, że można to chyba potraktować jako przejaw starego typu myślenia. Coraz częściej spotykać można nowy typ (choć oczywiście dalej jest on rzadkością) - niech ściągają i się dzielą, póki to jest z korzyścią dla nas... Najlepiej jest to chyba widoczne w branży muzyczne, w wypadku której coraz częściej przebąkuje się, że piractwo korzystnie wpływa na sprzedaż...

    OdpowiedzUsuń
  3. No właśnie, dość przekonujące wydaje mi się to, co o branży muzycznej napisał znajomy: http://bitewniaki.polter.pl/Siman,blog.html?7213.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo ciekawy tekst, Staszek! Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Cieszę się, że się przydał – może zostawisz autorowi jakiś komentarz pod spodem? :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Odnośnie podlinkowanego artykułu - autor chyba nie docenia udziału koncernów w organizowaniu tras koncertowych. W tym względzie powiązania rynkowe są tak mocne, ze kasa nie trafia tylko i wyłącznie do ręki artysty...

    OdpowiedzUsuń
  7. Pewnie masz rację, Piotrze, jednak czy ten odsetek nie jest znacznie korzystniejszy dla samych wykonawców, niż w wypadku płyt?

    OdpowiedzUsuń
  8. Pewnie tak - w końcu w potocznym obiegu jest pogląd, że wykonawca więcej zarabia na koncertach. Ale koncert pewnie też - nie doceniamy jakie pieniądze za tym dla niego stoją.

    Poza tym, spadek sprzedaży płyt wcale nie musi być dla firm tragedią. Wystarczy przestawić się na tryb taniej internetowej sprzedaży - coś w stylu Radiohead (http://www.idg.pl/news/348724/Radiohead.od.dzis.tylko.w.Sieci.html).

    Oczywiście ten zespół może sobie pozwolić na zrezygnowanie z usług firm, dzięki którym taka sieciowa sprzedaż się uda. Inne zespoły, mniej znane, aby ją wdrożyć będą ewentualnie musiały polegać na koncernie, który zapewni odpowiednią siłę przebicia.

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -