21 kwi 2010

Lubię przytaczać takie wywiady, w wypadku których nie muszę pisać, że redaktor/ka posłużyli się ogromnymi nożycami i niemiłosiernie pocięli to, co napisałem. Tak właśnie jest w wypadku wywiadu w wp.pl na temat żałoby w internecie. Zachęcam do przeczytania na portalu lub poniżej.

Joanna Stanisławska: Miliony wirtualnych zniczy, zdjęć, komentarzy - żałoba po tragedii w Smoleńsku na dobre toczyła się w internecie. Czy wcześniej na taką skalę mieliśmy do czynienia z wyrażaniem żalu w sieci? Czy podobnie płakaliśmy w internecie po papieżu Janie Pawle II?

Piotr Siuda: Zdecydowanie tak - chyba wszyscy to pamiętamy. Podobnie jak teraz Polska pogrążyła się nie tylko w "realnej", ale i w "wirtualnej" żałobie. Przypadków podobnego wyrażania żalu mieliśmy zresztą w ciągu ostatnich lat zdecydowanie więcej. Pamiętam żal wyrażany przez internautów chociażby po śmierci Stanisława Lema. Dość powszechne i dobrze opisane w prasie i literaturze naukowej są przypadki fanów, którzy po śmierci swojego idola chcą złożyć mu hołd, zakładając stronę internetową, która ma świadczyć o bólu fana i być swego rodzaju "serwisem-pamiątką" po danym celebrities. W sensie jakościowym nie mamy zatem do czynienia z czymś nowym. W sensie ilościowym zdecydowanie tak.

To, co obserwować mogliśmy w przeciągu kilku ostatnich dni, skala wyrażania swojego żalu po śmierci prezydenta i części polskiej elity politycznej była niezwykle duża. Wyróżnić możemy dwa tego powody. Po pierwsze waga samego zdarzenia - katastrofa była rzeczywiście wydarzeniem bezprecedensowym, żniwo śmierci niespotykanie duże i brzemienne - w ciągu zaledwie jednego dnia zginęło tak wielu czołowych polityków. Po drugie, w związku z owym tragizmem - wydarzenie to zostało niezwykle zmediatyzowane i w ten sposób zmitologizowane. Można powiedzieć, że - paradoksalnie - "oderwało się od samego siebie", zaczęło żyć własnym życiem, momentalnie weszło do polskiej mitologii narodowej. Przez kilka dni w telewizji i prasie mówiło się wyłącznie o katastrofie. To wszystko zachęciło i niejako "podburzyło" ludzi do śmielszego okazywania swojej żałoby. Przyczyniły się do tego również specyficzne cechy internetowej komunikacji.

J.S. W przeciągu kilku godzin po tragedii w serwisie Facebook powstały żałobne grupy, które zebrały tysiące członków. Podobne akcje było widać na Gronie i Naszej-klasie. Internauci umieszczali w statusach profili znicze, zamieniali zdjęcia profilowe na czarne wstążeczki, wrzucali zdjęcia pary prezydenckiej. Dlaczego tak chętnie zalewamy sieć naszymi uczuciami?
P.S. Jest to spowodowane cechami cyberprzestrzeni. To środowisko, które jak żadne inne sprzyja wylewności, szczerości, otwartości. Nie chodzi już nawet o anonimowość związaną z internetem. W bardzo wielu portalach czy społecznościach internetowych osoby wyrażające żal znane były z imienia i nazwiska. Chodzi raczej o specyficzne poczucie "rozmycia naszych działań". Nie niosą one takich konsekwencji jak działania "realne", a przynajmniej tak nam się zdaje. Zdaje nam się z tego względu, że komunikując się z innymi w internecie, nie czujemy tak naprawdę ich obecności.

J.S. Czy nie jest trochę tak, że łatwiej jest nam zapalić wirtualny znicz, niż pofatygować się i osobiście oddać hołd? Czy popularność internetowego przeżywania żałoby wynika z łatwości takiego przeżycia?

P.S. Wydaje się, że tego rodzaju stwierdzenie jest mimo wszystko uproszczeniem. Internautom chodzić może nie tyle o ułatwienie sobie życia, ile o siłę internetowego przekazu. Chodzi o to, że wiele osób uważać może, że wyrażając swój żal w internecie, dotrzeć można do większej ilości osób, być bardziej widocznym, a przez to pokazać, jak ów żal jest ogromny. Można powiedzieć, że uwidacznia się tu reguła, na której działaniu opierają się różnorodne wirtualne cmentarze. Twórcy tego rodzaju serwisów odwołują się do idei ponadczasowego, długowiecznego czy nawet wiecznego internetu, czyli środowiska, w którym pamięć o bliskich zachowana może być najlepiej. Internetowy żal związany z katastrofą w Smoleńsku może być podparty takim właśnie obrazem sieci.

J.S. W sieci oprócz komentarzy żałobnych, pojawiały się głosy niezadowolonych – osób, które mówiły „nie” narzuconej im urzędowo żałobie, protestowały przeciwko odwołaniu imprez, zamknięciu sklepów. W mediach te głosy zostały wyciszone, w internecie znalazły swoje ujście. Dlaczego? Czy to, co znajdujemy w sieci to prawdziwy obraz Polski?

P.S. Rzeczywiście. To, co nastąpiło po katastrofie w Smoleńsku, jeszcze raz potwierdziło potencjał tkwiący w internecie. Potencjał związany z kształtowaniem społeczeństwa obywatelskiego oraz wspierania czy nawet wdrażania w życie demokracji bezpośredniej. Specyficzna cenzura w telewizji i prasie - jakkolwiek "słusznymi" pobudkami byłaby podyktowana, w warunkach ustroju demokratycznego, będzie przez ludzi zawsze traktowana jako atak na ich wolność. Zawsze wywoływać będzie oburzenie i eskalację nonkonformistycznych zachowań. W tym wypadku znalazły one swoje ujście właśnie w internecie.

W pewnym momencie protesty - chociażby te związane z pochówkiem pary prezydenckiej na Wawelu - przyćmiły aktywności związane z wyrażaniem żalu. W sieci krążyć zaczęły kawały związane z niestosownością lokalizacji pochówku. Ilość osób przystępujących do rozmaitych grup protestu na portalach społecznościowych wielokrotnie przewyższała tych apelujących o "spokój nad trumnami". Chyba rzeczywiście mieliśmy do czynienia z "prawdziwą Polską" - tą niezniekształconą przez medialny obraz.

Napisz coś

Subskrybuj wpisy | Subskrybuj komentarze

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -