25 lut 2010

„Pędząc” pociągiem TLK (moje ulubione rozwinięcie tego skrótu to „Tanie Lecz Koszmarne”;]), lecąc z Gdańska do Sztokholmu i z powrotem jak również podróżując po niebiosach kraju trzech koron, miałem mnóstwo czasu do spożytkowania (aby dostać się z Bydgoszczy do Umea potrzebowałem 17 godzin!). Aby zapełnić powoli wlokące się godziny, spędzane w środkach transportu oraz na dworcach i terminalach, czytałem.

Przeczytałem książkę, którą wcześniej poznałem tylko fragmentarycznie – „Znani z tego, że są znani” Wiesława Godzica. No cóż – lektura w sam raz na podróż – ciekawie napisana, niezbyt „trudna”, obfitująca w liczne opisy zjawisk medialnych: prasy kolorowej, reality show, teleturniejów, talk show itp. itd. Książka o polskich celebrities, przy której zgłębiając owo zjawisko od strony kulturoznawczo-medioznawczej, można się naprawdę świetnie „ubawić”. Przede wszystkim dlatego że Godzic nie grzęźnie w jakimś zawiłym teoretyzowaniu. Owszem, książka fragmentami daje obraz stanu dyscypliny, autor przytacza licznych badaczy oraz ich poglądy (przede wszystkim w pierwszym i drugim rozdziale dzieła). Całość jest jednak wybitnie opisowa, aby to udowodnić wystarczy oddać głos Godzicowi, który napisał:


Nie jest to praca zasadniczo teoretyczna, gdyż często przywołuję empirię kulturowego uczestnictwa nie po to, żeby zbudować model wyjaśniania zjawiska ale w tym celu, żeby zrobić snapshot polskiej kultury popularnej pierwszych lat XXI wieku. Snapshot jest zdjęciem niewyraźnym, często poruszonym i nie zawsze dobrze ustawionym. Ma jednak ogromną zaletę, którą moja książka chciałaby z nim dzielić. Jest zdjęciem autentycznym: nieco rozgorączkowanym, ale – w przeciwieństwie do zimnych i dobrze ustawionych obrazów – to właśnie do takiego szybkiego zdjęcia powracamy po latach, wykrzykując odkrywczo: Tak było przed laty! (s. 27-28)

Jakże prorocze w moim przypadku okazały się ostatnie słowa powyższego cytatu. Czytając niemal krzyczałem i śmiałem się na głos (co wzbudzało „zaciekawienie” współtowarzyszy podróży) Każda następna strona przynosiła kolejne wspomnienia o różnych okołocelebryckich popkulturowych zjawiskach. Wspominałem zatem rozmaitych celebrytów, ich przygody, historie z nimi związane, dawno oglądane programy telewizyjne czy kołaczące się gdzieś w czaszce, dawno zasłyszane dialogi z różnych talk-show. Aby nie zapętlić się w wymienianiu kolejnych ciekawych zjawisk, które opisuje Godzic, warto tylko podkreślić, że na ponad czterystu stronach książki odzwierciedla on ogromnych rozmiarów kawałek polskiej popkultury. Polecam każdemu spragnionemu odświeżenia swoich wspomnień.

***

Wspomnę jeszcze tylko o jednym fragmencie książki, który poruszył mnie ze względów zawodowych. Myślę, że poruszyłby każdego akademika rozpoznającego w słowach Godzica własne doświadczenia w kontaktach z mediami. W pewnym momencie Godzic zastanawia się (s. 258-272) nad tym, czy postać eksperta stać się może celebrities. Chociaż mówi o ekspertach różnych, nie tylko akademikach, jego rozważania odniosłem do tej sfery swojego funkcjonowania, która związana jest z byciem „naukowcem”. Nie chodzi mi o to, że mam jakieś ambicje, by stać się choć trochę jak celebryta. Bynajmniej. Chodzi o to, że Godzic świetnie opisuje sposób, w jaki media traktują ekspertów.

Sposób, o którym napisał Godzic, rozpozna każdy, kto kiedyś był „przesłuchiwany” przez dziennikarzy. Choć autor pisał o telewizji, nie sposób jego rozważań nie odnieść do innych mediów. Przynajmniej według mnie. Ile to bowiem razy zdarzyło mi się, że to, co opublikowane zostało w gazecie, w żaden sposób nie przypominało tego, co napisałem ja. Nie zawierało mojego sposobu budowania narracji a także dochodzenia do określonego zdania, poglądu. Co więcej, obserwowałem proces, o którym napisał Godzic:

Już teraz wydaje się jasne, że ekspert nie ma szansy zbudować swojego wizerunku, zbliżonego do gwiazdy, na podstawie samego faktu występowania w magazynach informacyjnych. Dzieje się to dlatego, że nie tworzą one właściwego kontekstu do „grania przez niego”, czyli zaprezentowania swoich możliwości intelektualnych. Ale jest jeszcze gorej: wydaje się, że przy takiej konstrukcji polskich newsów występujący w nich ekspert może tracić swoją wiarygodność w świecie (…). Łatwo może zostać uznany w nim za osobę powierzchowną, spłycającą zagadnienia i mało precyzyjną. (s. 264)

Otóż to. Doskonale powiedziane. Często odnoszę wrażenie, że „obcięty” przez redaktorów tekst przedstawia mnie jako powierzchownego, spłycającego sprawę socjologa. Najczęściej cytowane jest jedno lub dwa moje zdania, przy czym są one „punktem zwrotnym narracji: konkludują to, co było wypowiedziane lub zapowiadają nowe ujęcia” (s. 265). Jestem zatem wykorzystywany w sposób bardzo instrumentalny, wcale nie liczy się, co mam do powiedzenia, jestem tylko wypełniaczem wolnego miejsca oraz sposobem na konstruowanie artykułu (składającego się z wypowiedzi innych ekspertów). No cóż – wcale nie zdziwiłbym się, gdyby czytelnicy gazet bądź internetowych portali uznali mnie za banalizującego, mało wyrazistego, prawiącego truizmy człowieka. Wystarczy spojrzeć na artykuł w wp.pl zatytułowany „300 zł za coś, co nie istnieje” (szczególnie rozbawiła mnie „ramka”, w której widnieje: „Granice między światem wirtualnym i rzeczywistym przestają obowiązywać - Piotr Siuda, socjolog internetu”). Wcale nie dziwi mnie ironiczny komentarz jednego z internautów, który napisał: „Mądry jest ten Siuda. Mądry bardzo gość z niego jest”. Nie dziwi w świetle tego, co gazety robią z moimi wypowiedziami.

{ 2 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. W odniesieniu do końcowej refleksji: ciekawe, czy coś tu zmieni możliwość bezpośredniego komunikowania się naukowców ze "światem" przez blogi itp. narzędzia. Blogi badaczy gier bywają wszak czytane przez fanów, a gry są tylko jednym z "codziennych" (zatem bliskich sercu statystycznego człowieka) zjawisk badanych przez dzisiejszą naukę.


    PS. Aha, chyba jestem relatywnie anonimowy, a nie chciałem być. Nazywam się Stanisław Krawczyk, można mnie wyszukać w internecie (zwykle, o dziwo, pod imieniem "Staszek"). ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Być może internet rzeczywiście zmieni sytuację, ale póki co nie ma co się czarować. W sieci dominuje kilka portali i klika serwisów. Blogi indywidualnych użytkowników mają małe szanse na "szersze" zaistnienie.

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -