19 sty 2010

„Ja wiedziałem, że tak będzie…”;) Było to bardziej przeczucie. Dość silne jednak, podparte obrazem trailerów oraz znajomością poprzednich dzieł Ritchiego. Wiedziałem, że będzie to mordobicie osadzone w realiach industrialnej, dziewiętnastowiecznej Anglii. Wiedziałem też, że będzie to interpretacja Sherlocka zupełnie inna niż wszystkie dotychczasowe. Wiedziałem, że albo będę olśniony, albo bardzo, ale to bardzo zdenerwowany. No i stało się. Jak można zrobić to Holmsowi – pokazać go jako lumpa, brudasa, dziwaka, nie-dżentelmeńskiego osobnika, który najwyraźniej ma niezbyt równo pod sufitem. Jak można ubrać go w ciuchy, które kojarzą się (przynajmniej mi) z alfonsami chodzącymi po ulicach amerykańskich miast w latach dwudziestych. Jak można związać Sherlocka z jakąś damulką będącą opryszkiem i w dodatku mającą akcent niczym rednex ze środkowych Stanów (czy w kanonie Sherlock miał w ogóle kobietę-miłość? [pytanie do fanów]). Jak można było pokazać Sherlocka jako wielbiącego bijatyki i posługującego się mięśniami równie sprawnie jak umysłem. Tak wiem – oryginalny, Doyleowski Sherlock był bokserem. W filmie pasja detektywa została jednak pokazana w sposób sugerujący, że uliczne bójki były jego chlebem powszednim – bynajmniej nie dżentelmeńską rozrywką. Eh – mimo że byłem przygotowany, że Ritchie coś takiego właśnie zaserwuje, to dalej jestem zniesmaczony… Jedyne co wzbudziło mój zachwyt to niedwuznaczne ukazanie przyjaźni Watsona i Sherlocka. Wiadomo wszak, że fani najsłynniejszego detektywa wszechczasów nie od dziś dopatrują się w przyjaźni dwóch panów czegoś więcej niż tylko aseksualnej, męskiej relacji dwóch dżentelmenów. Drobne niedopowiedzenia, szczegóły dialogów, spojrzenia dwóch bohaterów dodają filmowi Ritchiego smaczku. Czyżby ukłon w stronę fanów snujących rozważania o homoseksualnej naturze relacji Sherlock-Watson? Być może… Mimo wszystko - jak można pozbawić Holmesa charakterystycznego nakrycia głowy i lupy…

{ 12 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. przykro mi, ale sie nie zgadzam. Abstrahujac od oryginalnej postaci Sherlocka film mial wiele pozytywnych aspektów. Wartka akcja, wiec dobra rozrywka. Doskonala muzyka. Poza tym byl fantastycznie zagrany. Z zasady tez nie przepadam za takimi odpimpowaniami i szlam do kina z wielka rezerwa, ale film pozytywnie mnie zaskoczyl. Jesli Tarantino moze sie bawic konwencja to czemu zabronic tego Ritchiemu. Sherlock a la Snatch naprawde daje rade ! Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. nie ma powodu do przykrości - każdy może mieć własne zdanie. Tak jak napisałem - jest to specyficzna interpretacja. Wiem, że może się podobać - ja po prostu wolę tradycyjnego Holmesa.

    OdpowiedzUsuń
  3. to był tradycyjny Holmes! i postać Iren Adler, którą zupełnie niesłusznie nazywasz "opryszkiem" też jest tradycyjna, i co więcej "tradycyjnie" przechytrzyła Holmesa! mnie się ta interpretacja Holmesa wydaje odkrywacza, choć bliska literackiemu pierwowzorowi (o czym świadczy również brak nakrycia głowy!), a cały film zrobiony rewelacyjnie! i w stosunkach Holmesa i Watsona jak dla mnie ciężko dopatrywać się czegoś więcej niż męskiej przyjaźni.. ten film to ukłon w stronę wszystkich fanów Holmesa!

    OdpowiedzUsuń
  4. Hm - właśnie nie byłem pewien Adler - stąd zapytałem o to w poście... "Odkrywcza" - moim zdaniem za dużo powiedziane. Ale tak jak to już podkreśliłem - to kwestia gustu. Co do nakrycia głowy - zostało ono zastąpione jakimś podartym i ubrudzonym kapeluszem.
    Fani Holmesa już od dawna upatrują się relacji homo między W i S. Czy jest to ukłon w stronę fandomu - najprościej przekonać się obserwując fanowskie fora internetowe.

    OdpowiedzUsuń
  5. być może fani upatrują relacji homo, ale czy została wyeksponowana w filmie, to kwestia dyskusyjna.. ich żarciki i spojrzenia można różnie odbierać. Mnie sie taka interpretacja nie nasuwa. A kapelusz do Holmesa pasuje - w końcu był ekscentrykiem jakich mało :) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. No właśnie postać Irene Adler wcale nie była tradycyjna. Może czegoś nie doczytałem *sarkazm* ale w kanonie nigdzie nie ma napisane, że w wolnych chwilach Adler robiła za kieszonkowca. Dobrze chociaż, że Ritchie jakoś tak łagodnie obszedł się z wątkiem romansowym między Holmesem i Irene, że tego romansu w zasadzie nie ma. No bo jednak Adler nie była tzw. 'love interest' książkowego Holmesa.

    Ale fakt, to charakterystyczne nakrycie głowy Holmesa (czyli deerstalker) to był tylko wymysł Pageta - ilustratora, i w opowiadaniach nie ma o nim słowa.

    A co do fandomu, to już widać najazd piszczących 12-14-latek. Normalnie nie mam nic przeciwko świeżej krwi w fandomie, ale trochę źle mi się robi jak ktoś całą wiedzę nt. Holmesa czerpie z filmu Ritchiego, a Conan Doyle'a ma głęboko gdzieś.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiedziałem, że coś jest nie tak z tą Irene Adler;) Niestety nie "siedzę" tak bardzo w twórczości o Sherlocku - stąd niewiedza na temat czapki ;)

    Jeśli chodzi o napływ "świeżej krwi" do fandomu, to zjawisko to obserwować możemy w wielu fandomach, na przykład tych związanych z produktami sci-fi. z każdym nowym filmem czy serialem, które odchodzą od kanonu przybywa nowych fanów. Co z tego jak nie mają oni pojęcia o starszych produkcjach czy o historii (szumnie mówiąc dziedzictwie) fandomu...

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie, ok, ja to rozumiem, ale wkurza mnie jak ktoś olewa kanon albo nawet porządny research. A już szczególnie w fandomie takim jak Sherlock Holmes, który zahacza o historię Anglii, prawo kryminalne itd. Pisanie w nim do najłatwiejszych nie należy i sam film nie wystarczy jeśli chce się stworzyć coś dobrego, a nie zaśmiecać fandom, który do tej pory jeśli chodzi o fan-twórczość miał raczej dużo szczęścia.

    OdpowiedzUsuń
  9. ad00absurdum - mnie też to wkurza;)

    OdpowiedzUsuń
  10. hmm, wreszcie udało mi się obejrzeć. pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to to, że w tej wersji duet Holmes-Watson łączą relacje mocno podobne do tych łączących serialowych House'a z Wilsonem... schemat ten sam - bezczelny, genialny, niezrównoważony abnegat, któremu się jednak zawsze wybacza i jego uroczo zagubiony, choć bystry "opiekun" prowadzony jak dziecko przez zawiłości wspólnych spraw. podobieństwo jak w mordę strzelił, że się tak wyrażę, klimat filmu zachowując;) takich typów nie kocha się w pojedynkę tak bardzo, jak w duecie;) ale fakt, trochę mało Sherlockowy ten Holmes, choć przyjemny całkiem.

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie zgadzam się z twoją opinią, osobiście jestem fanką Sherlocka Holmsa (mam zbiór opowiadań po angielsku) i moim zdaniem pokazana w filmie postać Holmsa była naprawdę bliska książkowej (np. ten sam ekscentryzm) a relacje między Holmsem i Watsonem uważam za lepsze niż książkowe (gdzie Watson był najzwyczajniej popychadłem. Po prostu czepiasz się szczegułów, no ale każdy ma prawo do swojego zdania.

    OdpowiedzUsuń
  12. Czy czepiam się szczegółów to sprawa dyskusyjna, bo sprawa zgodności z kanonem jest dość mocno dyskutowana...

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -