8 mar 2009

Fanowskim zwyczajem informuję: uwaga – w poście są spoilery;)

Mam taki zwyczaj – rok w rok oglądam filmy, którym zdarzyło się dostać Oskara za najlepszy obraz 365 mijających dni. Nie wiem, czy jest to powód do dumy czy raczej przejaw zachowania, które niektórzy uznaliby za owczy pęd czy może wyraz postawy „no jak dostał, no to trzeba zobaczyć”. Mało mnie obchodzi zdanie znajomych, oglądam z ciekawości. Zawsze ciekawi to, która producencka kieszeń radykalnie zwiększy swoją objętość wskutek rozgłosu, jaki przydali danemu dziełu członkowie amerykańskiej Academy.

Z ostatnich dwóch dekad pamiętam obrazy, które mnie zachwyciły. „Piękny umysł” – historia matematyka cierpiącego na schizofrenię opowiadała o tej strasznej chorobie oraz cierpieniu z nią związanym. „American Beauty” czy „Crash” o problemach amerykańskiego społeczeństwa – w przypadku filmu pierwszego o pustce i jałowości życia suburbiów, w przypadku drugiego o problemach związanych z wielokulturowością. Wspominam „Milczenie owiec” czy „Foresta Gumpa” – co to były za filmy.

Nie odkryję oczywiście Ameryki, twierdząc, że oskarowy poziom się obniża. O tym wszyscy trąbią dokoła. Ja również dziwiłem się, kiedy statuetkę dostawał „Lord of the Rings”, „Gladiator” czy „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Jakoś jednak to sobie tłumaczyłem nie chcąc stracić wiary w powtarzany rok w rok rytuał oglądania „najlepszego” filmu. W pierwszym wypadku powtarzałem sobie, że to przez efekty oraz, że może to jakiś hołd dla Tolkiena za to, jaki ma wpływ na współczesną kulturę. W drugim tłumaczyłem sobie, że konkurencja naprawdę była słaba, a film o mięśniaku z rzymskiej areny… - eh – w sumie już nawet nie wiem, jak racjonalizowałem ten wybór… W poprzednim roku stwierdziłem, że to przez Coenów, że tacy reżyserzy muszą dostać Oskara, że film był dziwaczny, miał Lynchowską końcówkę, urywał się tak, jakby ktoś nagle walnął w jedną z klatek filmu ostrym jak brzytwa tasakiem i to właśnie tworzyło jego unikalny klimat i nadawało całości głębszego wyrazu – stanowiło jakiś przekaz.

Ale w tym roku! Matko święta – już nie wiem co mam powiedzieć. Przecież ten Slumdog to zupełna żenada. Na początku było dobrze – zaczęło się ciekawie – oglądając, myślę: jest ok, szkoda, że jednak nie wybrałem się na to do kina. Pokazane są slumsy, zamieszki religijne, coś się dzieje. W trackie kolejnych minut przychodzi jednak refleksja: jak to mogło dostać Oskara za najlepszy film? Przecież to straszny, kiczowaty szajs.

Lepiej wyjaśnię dlaczego tak sądzę zanim ekrany monitorów czytelników bloga wypełnią się niecenzuralnymi słowami. Przede wszystkim odrzuca banalność i kiczowatość – film zamiast rzeczywiście zwrócić uwagę na tragedię ludzi zamieszkujących indyjską Tangrę, czyni z nich jakieś pionki w cukierkowej opowiastce o wiecznej i pokonującej wszelkie przeszkody miłości rodem z Harlequina. Świat, który próbuje ukazać reżyser, a w którym wypala się dzieciom oczy, żeby zebrały więcej kasy żebrząc, świat w którym policjant podłączając przesłuchiwanego do prądu zwraca asystentowi uwagę, żeby czasem nie za mocno, bo znów będą lamenty Amnesty International, otóż ten świat powinien być ukazany jako jeszcze mroczniejszy – po to żeby wstrząsnąć. Jakoś nie pasuje do niego ta bollywódzka otoczka "tańcowania" i ciągnącego się przez cały film poszukiwania ukochanej, która zamiast bliżej jest coraz dalej i na końcu jakimś cudem się znajduje. Jakiś niespójny ten film. Nie wspomnę już jakimi łatwo dającymi się przewidzieć schematami (jakby rzekł ktoś o wybitnie semiologicznym podejściu do świata) jest on naszpikowany.

Oglądam, oglądam i oglądam – ostatnia scena – ostanie pytanie w teleturnieju – mówię sobie: jest ratunek, nie odpowie, nie wygra! Hura, reżyser jakoś uratuje twarz – pokaże, że ze slumsów faktycznie nie ma wyjścia, że to klatka bez drzwi, ewentualnie z takimi zamkniętymi na kłódkę, do której klucz przepadł. Oczywiście zostanie bohaterowi miłość, ale pewnie po paru latach związku z lubą wypali się ona i pozostanie pusta jałowość slumsu. A tu masz – wygrywa. Matko boska – złapałem się za głowę i krzyknąłem, po to aby przypadkiem nie odrzucić na bok laptopa. I ten brat, najpierw zdrada, potem poświęcenie, nawrócenie się i tragiczna śmierć ze słowami na ustach - „Bóg jest wielki”. Ugh!

Dla tych którzy jeszcze nie widzieli, a zmuszeni są chodzić do pracy, aby pozwolić sobie na wydatek około 20 złoty w celu sprawdzenia, co też ten Slumdog ze sobą niesie – radzę wam - nie idźcie. Ściągnijcie z torrenta i zobaczcie tak jak ja na laptopie bądź innym sprzęcie komputerowym. Tylko to może was ocalić przed ogromną frustracją związaną z tym wiekopomnym dziełem.

{ 18 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. Piotrze, oto przyznałeś się do kradzieży! Zmień to zdanie bo jeszcze jakiś życzliwy zrobi donos.

    A co do filmu - mottem tej opowiastki zdawała się (zresztą widać to na końcu) "Odpowiedź D: It was written". Ja również wybieram odpowiedź D. D jak "dupy nie urywa". Moim typem na film roku pozostaje "Wrestler". Genialne.

    OdpowiedzUsuń
  2. hehehe, liczę na dyskrecję moich czytelników, poza tym zdanie jest zbudowane tak sprytnie, że zawsze mogę się tłumaczyć, że ja tylko na laptopie oglądałem, a ściągnął ktoś inny - ja pożyczyłem;)

    Wrestler - ach - z Mickeyem Rourkiem - pamiętam jego kreację z Harryego Angela - to był film. Zapaśnika na pewno zobaczę, jak mi się ściąg... Tfuuu... jak pożyczę...

    OdpowiedzUsuń
  3. Co do bollywódzkiej otoczki tańcowania, pragnę zauważyć że owo tańcowanie pojawiło się na samym końcu, (bodajże już w trakcie napisów) bardziej w ramach cynicznego żartu. W trakcie filmu, bollywód (faktycznie) można było zauważyć poprzez ciągłe poszukiwanie wybranki. Ale co do tańca, wydaje mi się bardziej przejaskrawieniem typowych bollywódzkich filmów, ale tutaj należałoby chyba spytać pomysłodawcę tej sceny, co akurat miał na myśli. Aczkolwiek moja interpretacja tańca wydaje się bardziej trafiona niż Pańska.

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy - jasne, jasne, dosłownie taniec był tylko na końcu. Mówiąc o bollywódzkim tańcowaniu chodziło mi raczej o ogólny klimat opowieści - niby tragiczny, a utrzymany w cukierkowym tonie - poprawiam zatem post i wpisuję: "tańcowanie" zamiast tańcowanie ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. A mnie ten film chwyta za serce, oczywiście to co mam w życiu to 1000000 razy więcej niż główny bohater, ale rekrutuję się spośród tych którzy sami muszą do wszystkiego w życiu dojść, a nie korzystać z kasy rodziców, mieszkania kupionego przez nich itp. Czuję, że film dobrze skomentują słowa "dopóki żyję, mam nadzieję", "nadzieja umiera ostatnia" i trzeba marzyć choćby te marzenia były tak nierealne jak wygranie miliona.

    OdpowiedzUsuń
  6. Hm - no ja nie zaprzeczam terapeutycznym walorom filmu, widocznym doskonale w Twoim przypadku Anonimowy... Ja tylko powiedziałem, że jak na film, który dostał oskara za najlepszy obraz, to mógłby być jednak trochę poważniejszy, realistyczny. No i właśnie nie skłaniać ludzi do terapeutycznych i porawiających im humor refleksji typu "trzeba marzyć". Powinien raczej zwracać uwagę na jakieś faktyczne problemy społeczne czy zgłębiać te odmęty ludzkiego umysłu, które zwykliśmy nazywać osobowością.

    Oksarowy, najlepszy film nie ma za przeproszeniem "chwytać za serce"...

    Przy okazji życzę Tobie, aby marzenia zaprowadziły Ciebie bardzo daleko:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Tak jak moje - subiektywne zdanie jaki powinien być film oskarowy - czy na pewno powinna to być realistyczna opowieśc w stylu Janka Muzykanta - to chyba nie miał być film dokumentalny, dziennikarski realistyczny reportaż ze slamsów? Więcej emocji! Sam pomysł uczestnictwa w teleturnieju już jest mało realny, wkraczamy już w jakąś konwencję baśniową, "indyjski sen" - od pucybuta do milionera. Namawiam by odłożyć szkiełko i oko, bo to sztuka....

    OdpowiedzUsuń
  8. A i jeszcze zwróciłabym uwagę na kwestię kast w Indiach - "urodziłeś się żebrakiem, pozostaniesz nim do końca życia" - a w filmie widzimy już inne myślenie: "wyrwij się z tego w czym żyłeś". Chyba nie podsumuję tego filmu stwierdzeniem "warto marzyć" ale "walcz i zwyciężaj". Indie i Chiny to ogromny potencjał, kraje "rozwojowe", nowe mocarstwa, które prawdopodobnie zastąpią rozleniwione dobrobytem i problemami w stylu "nie mam najnowszego modelu telewizora chyba popełnie samobójstwo" USA i kraje zachodniej Europy. A rzeczywiście jest tam ogromne rozwarstwienie społeczne.

    OdpowiedzUsuń
  9. No tak – tylko, że takowych opowiastek, tych wobec których należałoby odrzucić szkiełko i oko jest cała masa. Nie przeczę, że ich nie lubię – oglądałem ostatnio chociażby obraz „Siedem dusz”… Ckliwy, wzruszający, ładny… Ja nie mówię, że Slumdog pozbawiony jest jakichkolwiek wartości, że pozbawiony jest jakiegoś przesłania – ale jest po prostu ono moim zdaniem zbyt banalne – za dużo takich filmów w około.

    Ciekawy jest pomysł, że Slumdog to jakaś metafora powstania nowych potęg światowych, nowych supermocarstw. O tym nie pomyślałem;) Może ciut naciągane ale inspirujące.

    Zdania chyba nie zmienię - dla mnie Slumdog to po prostu ckliwa i nie dająca zupełnie do myślenia historyjka, właśnie w stylu „miej marzenia, wszystko się zdarzyć może”. Beznadzieja;)

    Z zupełnie innej beczki – poproszę czytelników, żeby umieszczając komentarz zamieszczali jednak jakiś Nick :) (choć do niczego oczywiście nie zmuszam)– znacznie łatwiej będzie się po prostu połapać odpowiadając na komentarze.

    OdpowiedzUsuń
  10. Piotrze Piotrze:) Obawiam się, że muszę zarzucić Ci brak konsekwencji. Ckliwe i nierealistyczne zakończenia, w niektórch filmach łykasz bez mrugnięcia okiem, a nieszczęsnikowi ze slumsów nie chcesz pozwolić wygrać miliona?! Film dostał Oskara bo: 1)trzyma w napięciu 2h - i czy Ci sie podoba czy nie, ogladasz do ostatniej minuty, 2) przełamuje schemat, 3) ukazuje realia - jeśli porywanie dzieci dla żebrów kojarzy Ci sie z baśniową konwencją, to nie chciałabym zobaczyć horroru wg Twoich preferencji:> A poza tym, żeby dostrzec różnicę pomiędzy slumdogiem, a filmami bollywoodzkimi, trzeba najpierw zmierzyć się z kilkoma 3-godzinnymi produkcjami w stylu Asoka, gdzie nie uświadczysz nawet cienia realizmu. Obejrzałeś coś prawdziwie bollywódzkiego? Co do Zakładnika - nie muszę go ogladać żeby znać fabułę. Kolejna schematyczna i ckliwa historia o kolejnym Wielkim Amerykańskim Bohaterze Który Upada Żeby Się Podnieść i bla bla bla. Podobnie zresztą jak 7marzeń - porównanie do Slumdoga wydaje mi się kompletnie nietrafione.

    Na koniec dodam, że nie jestem szczególną fanką Slumdoga. Film jak każdy inny, chociaż wciągający i niestandardowy. Miło obejrzeć coś co nie sławi amerykańskiego zaścianka:P Ale jakoś nie spodobała mi się Twoja argumentacja, w stylu "dobry film musi mieć dramat na końcu i musi być realistyczny" więc postanowiłam się wypowiedzieć :>

    OdpowiedzUsuń
  11. Magdo M. – nie, nie, nie;)
    Mogę obejrzeć coś o ckliwym zakończeniu, może się i nawet wzruszę, ale żebym od razu dawał temu Oskara – co to to nie;)
    1) Nie trzyma w napięciu – oparty jest na dość łatwym do przewidzenia schemacie. Ma kilka mocniejszych chwil i te faktycznie wywołują stan napięcia, ale że od razu dwie godziny – jako psycholog powinnaś wiedzieć, że nikt tyle nie wytrzyma w stanie, który nazwałaś napięciem;)
    2) Nie przełamuje – wygrywa, happy end
    3) Ale spłaszcza te realia, pokazuje szczęśliwych mimo okropności świata bohaterów
    Jeszcze raz podkreślę – ja napisałem o bollywódzkim klimacie – albo jeszcze inaczej – „klimacie”. Nie twierdze, że jest to film przemysłu filmowego wytwarzającego rocznie coś koło miliona obrazów – gdyby tak było nominowany byłby w innej kategorii.

    Niczym się po prostu wielkim sludog w tłumie nie wyróżnia…

    Poza tym – ja nienawidzę dramatów, ale bez przesady – kino ambitne to nie film, w którym bohater w pytaniu o 20 milionów dostaje zagadkę jak się nazywał trzeci muszkieter… Trochę powagi;)

    OdpowiedzUsuń
  12. a ja wręcz przeciwnie - jak już wiem że film dostał oscara, to spokojnie mogę sobie go odpuścić, tak samo jak jak laureatów literackich nagród nobla - nawet jeśli mie się zdarzy z nimi obcowac, to jakoś już wyrosłem z zadawania sobie pytań "dlaczego to on dostał nobla skoro jest tylu lepszych od niego?"...
    ale chciałem się przyczepić tylko do jednego fragmentu wypowiedzi tutaj - że gł. bohater pośród tego okrucieństwa i brutalności ugania sie za spódniczką (i że to niby banalne i kiczowate) moim skromnym, kiczowate byłoby to gdyby autor ukazal tylko spodniczki, jeśli pokazał okrucieństwo swiata i to że nawet w nim ludzi stać na nasz małe prymitywne ludzkie odruchy zakochania, to może i banalne ale na pewno nie może być traktowane in minus...
    ale jeśli na końcu wygrał w totka, to rzeczywiście film kiczowaty... a może tak jak w matrixie - autorzy uznali że trzeba szarym masom też rzucić coś dla nich bo inaczej film się nie przebije?

    ot i tyle wypowiadania sie nt filmu którego nie widziałem :)
    pozdro

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie uważam że uganianie się za spódniczką (jak to nazwałeś) jest dużym minusem... Dużym minusem jest spłaszczenie faktycznego problemu społecznego, czyli egzystencji ludzi w slumsach... Przeciwko temu miłosnemu banałowi oczywiście nic nie mam - w głębi duszy jestem romantykiem:) Nie oznacza to jednak, że lubię takie filmy, po prostu myślałem, że Slumdog będzie bardziej uwrażliwiał na problemy biedoty indyjskiej niż zarażał wrażliwością związaną z historią miłosną.

    OdpowiedzUsuń
  14. tylko że o biedocie indyjskiej i każdej innej biedocie nie każdy chce słuchać i oglądać - ja osobiście mam dość biedoty za oknami i jakoś nie chce mi się klasyfikować która z tych biedot jest gorsza (jako patriota uważam oczywiście że nasza polska nędza i patologia wcale nie ustepuje indyjskiej)
    jeśli idę do kina to właśnie po to żeby oglądnąć sobie bajkę o ludziach którzy w tej patologii pozostali ludźmi, a nie żeby po raz kolejny uświadamiani mnie jak zły jest świat

    OdpowiedzUsuń
  15. hm - no tak, można lubić bajki - nie ma w tym nic złego - tylko proszę - ich jest tak dużo, że jedna z nich nie musi dostawać oskara. Mógłby dostać film ambitniejszy.

    OdpowiedzUsuń
  16. ambitniejszy czyli jaki? pokazujący jakie życie jest złe? to w takim razie trza przyznać oskara reklamówkom tvn o maciusiu z mukowiscydozą albo amatorskim nagraniom samsona leczącego autyzm u dzieci... to wg. kolegi jest "ambitne"?

    OdpowiedzUsuń
  17. Oczekiwałeś filmu, w którego głębi można się utopić? Tak się składa że byłem na Slumdogu w kinie i - choć przyznam, że nie był jakoś fenomenalny - wielkiej dziury w portfelu mi te kilkadzieści złotych nie wypaliło. Zwykły film, przeciętna fabuła - ale trzymająca w napięciu i dość ciekawa, nawet jeśli zbyt cukierkowa pod koniec. No właśnie - skąd ta potrzeba oglądania makabry na każdym kroku? Nie wystarczą żenująco słabe splattery szumnie nazywane horrorami? Tego szukasz w kinie - wstrząsu? I w jakim sensie - czy jako człowiek wyrobiłeś sobie już taką znieczulicę, że tylko brutalne pokazywanie szczegółów rzeczywiście jest godne uwagi? Co Ciebie kręci - wyrywanie oczu, palenie żywcem, obdzieranie ze skóry? Jeśli tak, może poszukaj sobie tzw. mondo movies w internecie (za Wikipedią: zarówno krótko- jak i długometrażowe filmy dokumentalne, będące kompilacją scen ukazujących prawdziwą śmierć). Wrażenie murowane.

    Twoje zarzuty są, z całym szcunkiem, śmieszne. To przykre że stajemy się społeczeństwem tak wypranym z emocji, że na każdym kroku potrzebujemy 'mocnych wrażeń'. A może to twoim zdaniem jest prawda - to, co pokazuje Ci reżyser przed kamerą, te wszystkie flaki i krew, całe to nieszczęście, które tak bardzo pragniesz widzieć? Mi wystarczy, że obejrzę wiadomości raz czy dwa.

    Lista filmów które Ci się podobają w sumie nieźle podsumowuje Twoje zapotrzebowania na kulturę. Pewnie im więcej patosu, tym lepiej. Albo z kolei z drugiej strony - intelektualizm dla ubogich. Pewnie zapomniałeś jeszcze o "Requiem dla snu", "Pi", "Mechanicznej Pomarańczy", "300" czy radosnej twórczości Mela Gibsona... Podoba Ci się "Braveheart" ale "Gladiatora" uznajesz już za kicz, choć formalnie to ta sama kategoria.

    P.S. Jeśli żal Ci wydać 20 zł na film, to po prostu go nie oglądaj. Nikt nie zmusza.

    OdpowiedzUsuń
  18. ugh - dla wszystkich kwestionujących moje gusta filmowe.
    Ja tylko powiedziałem, że Slumdog był słaby jak na coś co dostało "głównego" Oskara...

    "Tak się składa że byłem na Slumdogu w kinie i - choć przyznam, że nie był jakoś fenomenalny" - tylko o to mi chodziło;)

    "To przykre że stajemy się społeczeństwem tak wypranym z emocji, że na każdym kroku potrzebujemy 'mocnych wrażeń'" - to przykre, że stajemy się społeczeństwem, które wynosi na piedestały takie kiczowate filmy;)

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -