5 mar 2009

Popkultura to niesamowicie nieostre pojęcie – zastanawiam się czasem, czy w ogóle można mówić o czymś takim jak kultura popularna. Szczególnie w dobie postmodernizmu, w której właściwe wszystko da się obrócić w żart, odwołanie lub cytat w eklektycznej grze stylów i symulacji. Coraz trudniej dziś odróżnić, kiedyś wyraźną, granicę między sztuką a kulturą masową. Właściwie chyba nie ma już żadnych trwałych, ustalonych i niepodważalnych kryteriów, które pomogłyby odróżnić te dwie sfery. Postmodernistyczna kultura popularna odmawia uznawania pretensji i odrębności sztuki - dzieła popkultury to nierzadko „dzieła sztuki”, na podstawie których pisze się naukowe książki (patrz Matrix). Sama sztuka jest coraz bardziej włączana w gospodarkę, między innymi dlatego, że służyć zaczyna zachęcaniu ludzi do konsumpcji oraz odgrywa coraz większą rolę w reklamie, sama w końcu staje się doskonałym dobrem komercyjnym.

Właściwie trudno określić czym jest popkultura również na poziomie makro – tym najbardziej makro, bo globalnym. Niektórzy wskazują, że proces tworzenia globalnej kultury popularnej strukturalizowany jest na osi centrum – peryferie. Centrum to globalni nadawcy dóbr i wartości kulturowych, czyli USA i reszta „zachodu”. Na peryferiach przeważa recepcja dóbr i wartości kultury z obiegu regionalnego i globalnego. Na arenie kulturowej językiem komunikacji globalnej staje się język angielski. Dobra i wartości kultury powstające w tym języku są niejako z definicji gotowe do globalnego obiegu (nie muszą borykać się z barierą językową, która ogranicza produkty w innych językach – co spycha je do obiegu regionalnego czy lokalnego). Mówi się o homogenizacji kultury, czyli jej ujednolicaniu według wspólnego wzorca „amerykańskiego”. Zakłada się zależność peryferii od centrum oraz kulturowy imperializm i dominację jednych kultur nad innymi. Prowadzi to do zaniku lub „folkloryzacji” tych ostatnich oraz do „westernizacji” globalizującego się świata. Finałem postępującej homogenizacji kulturowej ma być światowa cywilizacja typu zachodniego, amerykanizacja świata.

Z całą pewnością następuje obecnie globalna dyfuzja identycznych produktów i usług kulturowych oraz stymulujących je wzorów zachowań. W społeczeństwach narasta obecność kulturowych elementów wspólnych oraz zmniejsza się obecność elementów różnicujących. Następuje wypieranie odmienności przez podobieństwa. Czy jednak faktycznie globalna kultura masowa jest dzisiaj w istocie tylko kulturą anglosaską?

Niektórzy mówią o hybrydyzacji, czyli asymilacja do kultur lokalnych jedynie pewnych elementów wspólnych kulturze globalnej. Lokalne kultury przetwarzają je, a następnie przyswajają. Nie ma zatem jednego unifikującego wzorca, narasta raczej synkretyzm kultur lokalnych, łącznie z kulturami krajów rdzenia globalizacji. Proces ten biegnie więc zarówno w centrum jak i na peryferiach, choć na peryferiach przejawów synkretyzmu jest na ogół znacznie więcej. Rezultatem postępującej hybrydyzacji kultury ma być „kreolizacja” świata, czyli daleko posunięte wymieszanie odmiennych wcześniej kultur lokalnych, które miałoby doprowadzić do nowej jakościowo, globalnej syntezy kulturowej. W myśl tej zasady do kultury globalnej wchodzą nie tylko filmy z Hollywood, ale też na przykład Bollywood czy Manga i Anime.

Nie wiem, co jest właściwszym spojrzeniem na globalizację kultury i tworzenie globalnej popkultury. Właściwie to nie wiem już, czym się ona różni od sztuki. Już nic nie wiem…

Wpis ten tworzyłem (fragmenty o homogenizacji i hybrydyzacji) wspomagany książką Edmunta Wnuka-Lipińskiego „Świat międzepoki”.

{ 12 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. tu przydatne może być też pojęcie glokalizacji. lepiej brzmi niż hybrydyzacja, a i trochę szersze ma znaczenie (chyba, choć to pewnie zależy od definicji). nie oznacza tylko asymilacji globalnych treści w środowisku lokalnym, ale obejmuje również obustronne negocjowanie sensów w trendach globalnych i lokalnych trafiających na lokalne grunty (i tu się faktycznie zbliża do owej kreolizacji). przypomina mi się też stara, ale wciąż inspirująca teoria homogenizacji kultury Kłoskowskiej. no i moi ulubieni semiotycy tartuscy z koncepcją kultury, antykultury i nie-kultury. to znów teoria stara jak świat, ale do wyjaśniania granic między kulturami niezastąpiona (jako narzędzie analityczne, które pozwala uciec od wartościowania - mi bardzo pomogło przejść od euforycznych poglądów na temat kultury popularnej do myślenia bardziej stonowanego, bliższego naukowej analizie;).
    to oczywiście wcale nie prowadzi do jakiego konstruktywnego rozwiązania problemu. stan niewiedzy jest tu chyba stanem naturalnym. może i całe szczęście;)

    OdpowiedzUsuń
  2. rzeczywiście pojęcie glokalizacji jak najbardziej odpowiednie... Hm - semiotycy tartuscy - kk - przez Ciebie mam smaczek żeby coś wiecej ich liznąć, bo słabo ich znam.

    Ja sam stwierdzam jestem na etapie wycofywania się z euforycznego podejścia do kultury popularnej i wartościowania niektórych jej przejawów jako czegoś co warto wynosić pod niebiosa. Sam pragnę znaleźć jakąś "trzecią drogę" i przedstawić ją w dysertacji doktorskiej...

    OdpowiedzUsuń
  3. :)
    a mnie chyba czeka chwilowe odejście od semiotyki i tekstualizmu w stronę koncepcji antykulturalistycznych. badać będę uczuciowość, emocje i różne takie rzeczy związane często bardziej ze świadomością praktyczną niż symboliczną, więc sojusz ze spojrzeniem psycho-fizjo-bio by mi się przydał. bez popadania w socjobiologię czy psychologię ewolucyjną, ale nie da się ukryć, że do badania pewnych obszarów życia codziennego nie wystarczą ujęcia semiotyczne albo nawet i interakcyjne z drugiej strony. ale plany to jeszcze mało zaawansowane i konkret z tego na razie żaden nie wynika (niewiedza, trzecia droga, fuzja perspektyw i znów niewiedza, ech...;)
    ale semiotyków tartuskich czytać zawsze warto. polecam Łotmana i Uspienskiego tekst "O semiotycznym mechanizmie kultury" w antologii "Semiotyka kultury" pod red. Żółkiewskiego. no i "Kulturę i eksplozję" Łotmana:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Komentarz kk wygląda na stworzony w oparciu o generator prac naukowych (polecam stronkę http://mlodyfizyk.blox.pl/2007/04/Generator-belkotu.html)
    Bez urazy - oczywiście szczerze życzę powodzenia w "badaniu uczuciowości, emocji i różnych takich rzeczy":> A kciuki trzymam zwłaszcza za ewentualnych recenzentów pracy kk, o ile będzie ona stworzona w podobnie komunikatywny sposób jak powyższe komentarze:P

    OdpowiedzUsuń
  5. hmm. chyba nie zarzuciłabym nikomu, że serwuje mi bełkot oparty o losowe zestawienia przemądrzałych słów, gdybym nie była przekonana, że ten ktoś sam nie rozumie, co napisał. jeśli ktoś używa słów albo języka, które sprawiają, że nie rozumiem sensu jego wypowiedzi, to zwykle najpierw zakładam, że to ja mam jakieś braki i muszę sięgnąć do słowników albo spytać mądrzejszych kolegów. wolę się najpierw upewnić, że jakaś wypowiedź nie ma sensu, zanim skrytykuję za to jej autora:)
    nie wiem, co bezsensownego było w moich wypowiedziach i dlaczego miałyby one nie mieć odniesienia do szerszego kontekstu języka nauki (na tym polega chyba zabawa generatorami tekstów naukowych - na pozbawieniu ich zewnętrznej logiki). być może chodziło o nadużywanie terminów i pojęć, ale to chyba jeszcze nie powód do podważenia wartości wypowiedzi. co najwyżej powód do ponarzekania na styl autora.
    ale wezmę uwagę do siebie i gdzie indziej będę się ćwiczyć w użyciu języka naukowego, pseudonaukowego i innych języków takoż:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Hola, hola – proszę bez obrażania…;) Magdo M. – to, że nie rozumiemy stylu w jakim ktoś pisze, nie znaczy, że nie jest to nic mądrego… Powinnaś zdawać sobie sprawę, że nauka wiele ma oblicz, są takie podejścia – jak przykładowo semiologia czy semiotyka – o których zapewne nie śniło Ci się w najgorszych psychologicznych koszmarach… Styl kk operował duża ilością terminów i pojęć i to go trochę skomplikowało.
    Proponuję odbywać raczej merytoryczną dyskusję w komentarzach, niż czynić jakieś osobiste uwagi do czyjegoś pisarstwa. To blog z założenia naukowy (no może naukowo-popualrny) i jak coś na nie interesuje nie komentujemy:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Choć kk. - przyznam Magdzie M. trochę racji - skomplikowany ten Twój wywód niesamowicie;) nieźle trzeba się skupić;)

    OdpowiedzUsuń
  8. droga kk - przykro mi, że wzięłaś moja złośliwość do siebie. Nie sugerowałam, ze Twoja wypowiedź nie ma sensu. Napisałam tylko, że wygląda na stworzoną w generatorze naukowego bełkotu - jak słusznie zauważyłaś, właśnie przez nagromadzenie skomplikowanych słów. A że osobiscie jestem zwolennikiem komunikatów, które są przede wszystkim zrozumiałe - nie mogłam się pohamować od skomentowania. Czasami martwi mnie to, jak wielu naukówców odchodzi od komunikatywnego języka w stronę tak naukowego, że przypomina bełkot. Stad aluzja do wspomnianego generatora. Jeśli za tym kryje się mądra treść to inna sprawa, ale chyba zgodzisz się z faktem, że część tzw naukowych prac to tylko sztuka dla sztuki. Druga sprawa to fakt, że obok tak wielu specjalistycznych stwierdzeń, znalazło się zdanie "badać będę uczuciowość, emocje i różne takie rzeczy". A że to jest tematyka mi bliska, pod którą z mojego punktu widzenia, kryje się ogromna gałęź wiedzy, tym bardziej się obruszyłam. Nie było jednak moim celem obrażanie Cię, więc nie denerwuj się;) Biję się w piersi i idę pomyśleć o własnych brakach tudzież zajrzeć do Kopalińskiego;) Powodzenia w zmaganiach z zawiłościami semiotyki!

    OdpowiedzUsuń
  9. ok, w porządku, Piotr chyba ma rację - to różnica wynikająca z odmiennych zasobów dyscyplin, którymi się zajmujemy. u nas tak się po prostu mówi, od czasów studenckich oswajamy się z takim językiem i ze świadomością, że myślenie teoretyczne oddala nas od myślenia potocznego (ale dzięki temu odkrywa inne sposoby porządkowania świata). semiotyka nigdy nie mówiła językiem prostym, zbliżonym do potocznego. w gruncie rzeczy socjologia humanistyczna też nie (no bo kto - Weber? Schutz?;)! mam wrażenie, że "trudny język" jest generalnie domeną tych subdyscyplin i nurtów teoretycznych, które w żaden inny sposób nie potrafią bronić swojej naukowości. przy braku metod policzalnych i dających reprezentatywne wyniki, muszą one stworzyć ścisłe procedury analizy i własną aparaturę pojęciową, aby nie pozostać tylko mniej lub bardziej literackim opisem. w ten sposób takie dziedziny jak np. etnometodologia, która - wydawać by się mogło - jest najbliżej życia codziennego, jest dostępna dopiero po opanowaniu naprawdę ciężkiego języka. z drugiej strony etnografii zarzuca się, że poza czysty opis nie wychodzi (bo - podobno - ani pozytywistycznej metody, ani teorii nie wykorzystuje). i w jednym, i w drugim przypadku jest ryzyko tworzenia sztuki dla sztuki. (aaa! o filozofii nawet nie wspominam albo o teorii literatury. to jest dopiero czad). psychologia jest pod tym względem nauką bardzo uprzywilejowaną. pojęcia psychologiczne w bardzo łatwy sposób są absorbowane przez język codzienny, a sama dziedzina nie traci w ten sposób na naukowości (a przecież pojęcia psychoanalizy, czy choćby postawy są nie mniej skomplikowane niż pojęcia glokalizacji albo świadomości praktycznej - przecież to są też słowa zaczerpnięte z języka nauki). teorii socjologicznych tak łatwo się nie "łyka", bo są być może za bardzo wbrew codziennej logice. albo faktycznie nie umiemy się skomunikować:)
    ja też jestem zwolennikiem języka komunikatywnego. inaczej wygląda mój komunikatywny język, gdy rozmawiam ze "zwykłymi śmiertelnikami", inaczej, gdy rozmawiam ze studentami, a jeszcze inaczej, gdy wymieniam myśli z innymi badaczami:) tak więc - rozejm:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Rozejm piękna sprawa:)
    A poważnie to kk masz dużo racji oczywiście.
    Nauka rzecz piękna, ale bardzo choyczna - chaotyczna jeśli chodzi o różnice terminologiczne między dyscyplinami. Przecież już na pierwszym roku na metodologii uczą, że to co dla nas znacz jedno pojęcie, przedstawiciele innej dyscypliny mogą zrozumieć inaczej.
    Ja wiedziałem kk o co Ci chodzi kiedy napisałaś "uczuciowość, emocje i różne takie rzeczy" Magda.M pewnie odebrała to jako psycholog miłości zdecydowanie inaczej...

    OdpowiedzUsuń
  11. Magda M. to przede wszystkim złośliwy babsztyl, ale zawsze skory do wywieszenia białej flagi:) Przyznam szczerze, że terminy psychologiczne też potrafią czasami nieźle dokuczyć - na I roku studiów przeżyłam szok i do dziś teksty psychologiczne czytam 10 razy wolniej niż normalnie.

    Z kolei jesli chodzi o psychologię jako dyscypline naukową, też wiele jej się zarzuca. Po pierwsze, przez to przenikanie do codzienności, o którym pisze kk, każdemu wydaje się, że jest psychologiem, jeśli tylko, inni się mu zwierzają, a od czasu do czasu czyta Charaktery. Trudno też nie wspomnieć o wys. dopuszczalnych poziomów istotności w badaniach psychologicznych, które dla badaczy innych dziedzin są po prostu śmieszne. Wygląda na to, że czepiając się stwierdzenia "różne takie rzeczy", też w jakis sposób broniłam naukowosci i przedmiotu moich badań, który dla niektórych jest trywialny. Tak czy owak, mam wrażenie, że ta dyskusja jakos jednak spina się z tematem posta poprzez pytania, jak uprawiać daną dyscyplinę nauki, co jest jej przedmiotem i jakim językiem o niej mówić, jeśli rozumiecie o co mi chodzi...

    OdpowiedzUsuń
  12. otóż to:) i aż chciałoby się powiedzieć amen, ale obawiam się, że to temat do rozmyślań na całe nasze krótkie życia;)

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -