17 mar 2009

225, 345, 467, 568, 1234, 2286 – przeglądam profil za profilem i myślę, czy znajdę kogoś, kto ma jeszcze więcej znajomych na NK. Znajomych – dobre sobie, co to za znajomi, to tylko wizualizacje naszych idiotycznych potrzeb polegających na pokazaniu światu jacy my to nie jesteśmy towarzyscy, jakie to szerokie grono ludzi wokół nas. Niezliczona ilość zdjęć – czy to z podróży, czy z imprezy, czy sympatii, ewentualnie nowo narodzonej pociechy czy pieska, kotka czy innego równie mało interesującego dla potencjalnych oglądających zwierzaka. Pociechy zwykle świeżo po narodzeniu, pomarszczone, czerwone, małe, wstrętne jak noc listopadowa, jakby mające świadomość przykrości tego świata i krzyczące – „po cholerę ja się urodziłem!”. Nieważne to – pod zdjęciami maluchów, mimo całego ich szkaradztwa, setki komentarzy typu „słodziutki”, „śliczniutka”, „cudowny brzdąc” i podobne im wynurzenia komentujących, wynurzenia bardzo mało adekwatne do tego co się widzi. Jest to tym bardziej niesmaczne, że jedyny z nami kontakt tych, którzy komentarz zamieszczają, polegać będzie właśnie na jego umieszczeniu. Czy NK z opisanym powyżej, idiotycznym i kiczowatym sposobem budowania tożsamości, rzeczywiście tworzy społeczność internetową? Wielu badaczy wskazuje, że bez wątpienia tak jest, uatrakcyjniają oni swoje teoretyczne rozważania o wspólnotach wirtualnych właśnie przykładem NK lub przedstawiają ten serwis jako case study społeczności wirtualnych (patrz chociażby Marta Klimowicz i jej artykuł w Kulturze Popularnej [nr 1 (18) z 2008]).

Ja mam pewne wątpliwości… Moim zdaniem do tezy, że NK jest społecznością jak się marzy, można się przyczepić… Powątpiewanie to przekłada się na wątpliwości natury bardziej ogólnej. Co to znaczy? Ano na wątpliwości dotyczące sposobu w jaki podchodzi się dzisiaj do społeczności wirtualnych z badawczego, naukowego, socjologicznego (jak kto woli) punktu widzenia. O co chodzi dokładniej? Już śpieszę z wyjaśnieniem.

Pisząc te słowa, mam przed sobą otwarte kilka książek i czasopism, na biurku skserowane leży (oczywiście w celach naukowych) kilka kartek jak również kilka wydruków komputerowych. Wszystkie one gęsto pokryte są drukiem, literkami pozlepianymi w słowa i w zdania. We wszystkich i na wszystkich znajdują się artykuły traktujące o społecznościach wirtualnych. Patrzę w nie, zagłębiam się w mądre słowa i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że bezmyślnie opierają się na powtarzanym od lat schemacie – wszystkie podchodzą do internetowych wspólnot w ten sam sposób - niezwykle lakonicznie i bardzo, ale to bardzo naiwnie. Ciągle opierają się na tych samych definicjach, nieostrych i słabych, jeśli chodzi o analityczne względy i co ważniejsze w żaden sposób nie przekładających się na empirię.

Najczęściej chyba cytuje się Howarda Rheingolda z jego „cienkim jak barszcz” stwierdzeniem, że społeczności to twory, w których ludzie się komunikują i poznają lepiej. Litości! Po pierwsze Rheingold pisał dość dawno, to co było kiedyś w jego WELLu i to co mamy teraz, ze wszystkimi Naszymi-klasami, Fejsbukami i innymi serwisami tego typu na czele, jest w ogóle nie do porównania. Po drugie Rheingold to potworny utopista i, rzec można, cyberwizioner, uganiający się za jakąś mrzonką internetowej komuny, jakąś elektroniczną wersją chałupki zamieszkiwanej przez kontrkulturowców z kwiatami we włosach. Chyba wszyscy wiedzą, jakie związki z kontrkulturą miał opisywany przez niego WELL, w którym tak chętnie partycypował. Jeśli nie wiedzą, śpieszę z informacją, że WELL założony został przez słynnych działaczy kontrkulturowych - Stewarda Branda i Larry’ego Brillianta (ten ostatni to jeden ze współorganizatorów festiwalu Woodstock). Ogólnie mnóstwo przytaczanych i cytowanych we wszelakich artykułach definicji odnosi się do pierwszych wirtualnych społeczności, które były tworzone z chęcią kontynuowania eksperymentów kontrkulturowych, które nie udały się w realnym świecie, tworzone z chęcią budowania miejsc dających jakieś inne, alternatywne poczucie przynależności. Dziś społeczności tworzone są z zupełnie innych względów - nie dość, że serwisów typu social networking jest zatrzęsienie, to na arenę bardzo mocno wkroczyła komercjalizacja. Poza tym we wspólnotach partycypują ludzie, których żadną miarą nie można przyrównać do stojących na barykadach buntowników tworzących pierwsze wspólnoty online.

Definicje, które się przytacza w rozłożonych na moim biurku tekstach, są bardzo, ale to bardzo nieostre. Co to znaczy, że w społecznościach ludzie się spotykają i lepiej poznają (rym nezamieżony)? Jeśli przyjąć taką definicję, to zainstalowanie Gadu-Gadu i sporadyczna z kimś rozmowa tworzyć już będzie wspólnotę. Zgodnie z tym twierdzeniem opisywana powyżej Nasza-klasa też będzie wspólnotą i to tylko dlatego, że od czasu do czasu wyślemy komuś maila z wiadomością „co tam słychać?”. Badacze, którzy namiętnie odwołują się do Rheingolda i innych podobnych definicji, nie widzą potrzeby wypracowania nowych, bardziej ostrych ujęć.

Moim zdaniem potrzeba taka jest bardzo wyraźna. Należy wyróżnić jasno sformułowane kryteria, które pozwoliłyby uznać jakiś serwis za społeczność wirtualną, pozwoliłyby stwierdzić, kiedy mamy do czynienie z sytuacją, że ludzie we wspólnocie „lepiej się poznają”. Każdy serwis rozpatrywać możnaby według takich kryteriów i decydować, czy już jest społecznością czy jeszcze do takowej bardzo mu daleko. Kryteria, które proponuję, są następujące. Po pierwsze ciągłe interakcje – dany serwis musi czynić je możliwym. Dalej stabilność członkowstwa oraz stabilność tożsamości. Członkowie społeczności nie mogą wymieniać się w oka mgnieniu, nie mogą oni również operować ciągle nowymi nickami czy awatarami. Wskazane jest również, aby wypracowali oni jakieś normy, które czyniłyby ich odpowiedzialnymi za podtrzymywanie komunikacji online poprzez ochronę przed różnymi patologicznymi zjawiskami, takimi jak oszustwa, flaming, podszywanie się pod innych czy rozsyłanie spamu. Aby społeczność mogła istnieć, jej członkowie (a przynajmniej większość członków) traktować ją muszą jako ważny element swojego życia, a także przejawiać wobec innych członków towarzyskie i otwarte postawy – przykładem może być chociażby pomoc nowicjuszom w zrozumieniu reguł danej społeczności. Niezwykle ważne jest również to, że wspólnota musi zaistnieć, to znaczy komunikacja zachodząca w jej obrębie powinna być ogólna, zachodzić między wszystkimi członkami, nie ograniczać się tylko do prywatnych interakcji między dwiema jednostkami.

Choć mam pewne wątpliwości oglądając zdjęcia na tym wpisie, Nasza klasa ma regulamin (reguły i normy), ponadto opiera się na stabilności członkostwa i tożsamości. Stabilność owa nie jest pełna, jeśli weźmie się pod uwagę coraz większą ilość fikcyjnych kont, tak utrudniających życie przeciętnemu użytkownikowi. Moim zdaniem nie jest ona jednak społecznością wirtualną, cechy takie jak normy i stabilność po prostu nie wystarczą. Nie dość, że NK straciła swój pierwotny cel, jakim było połączenie ludzi ze wspólnych szkół, to jeszcze poczucie otwartości oraz ogólna komunikacja w serwisie zanika i jest sporadyczna. Chwała Marcie Klimowicz, która we wspomnianym już we wpisie artykule pokazała proces obumierania i pustoszenia forów znajdujących się na NK. Mniejsza jej już chwała za to, że nie zauważyła, że proces ten powoduje zanik społeczności wirtualnej i dalej śmiało i z wielką werwą twierdziła, ze Nasza-Klasa to wspólnota jakich mało. O zgrozo – autorka tekstu we wstępie rozwodzi się nad nazwami – społeczność wirtualna, społeczność online czy może społeczność internetowa. Roztrząsając tak trywialne sprawy, traci się z oczu ważniejsze.

W NK prawie w ogóle nie ma już komunikacji ogólnej, większa jej część to komunikacja prywatna, jednostkowa. Wątpliwe jest zatem, czy serwis jest ważną częścią życia użytkowników, jest on raczej kolejnym narzędziem internetowym, obok poczty elektronicznej czy komunikatorów, służącym kontaktom z kimś kogo znamy w realu. O wspólnotowej naturze Naszej Klasy nie świadczą wcale ogromne liczby znajomych, to znaczy profilów, które posiadamy w naszych kontaktach. Zgodnie z tak zwaną liczbą Dunbara człowiek nie może mieć więcej niż 150 znajomych, z którymi utrzymuje kontakt - jest to związane z budową kory mózgowej. Nowe technologie takie jak Internet zwiększają co prawda tę liczbę wskutek osłabienia jakości kontaktów, ale człowiek dalej ma pewne zdolności poznawcze, których przekroczenie nie jest możliwe. 567 czy 1023 kontakty wcale nie świadczy o wzmożonej towarzyskości osób. Indywidualny, prywatny kontakt utrzymywany jest zapewne z bardzo niewielką liczbą innych użytkowników.

Przyjęcie zaproponowanych przeze mnie kryteriów rozróżniania społeczności wirtualnych z całą pewnością byłoby wielu badaczom nie na rękę. Załamałby się ich obraz wirtualnych wspólnot, wszystkie dotychczasowe artykuły o naszych, waszych czy jeszcze innych klasach, straciłyby na znaczeniu. Nagle okazałoby się, że w Internecie tak naprawdę istnieje bardzo mało prawdziwych społeczności wirtualnych, a większość serwisów tylko w sposób mniej lub bardziej udany próbuje takowymi być. Wiadomo, że trudno jest odejść od sprawdzonych i uznanych kiedyś ujęć. W tym wypadku może jednak warto pozbyć się ze swoich analiz wszystkich Rheingoldów i bardziej wyraźnie sprecyzować przedmiot badań – wszystko po to aby lepiej oddać i opisać społeczny świat Internetu, czyli cyberprzestrzeń.

{ 12 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. Bardzo ciekawy i trzeźwy wpis, dziękuję! Dopiero on zwrócił moją uwagę na to, że faktycznie trzeba być ostrożnym z tymi "społecznościami".

    Czy zaproponowaną definicję społeczności zainspirowały jakieś konkretne źródła? Jeżeli tak, to czy mogę spytać jakie?


    Z pozdrowieniami
    Staszek Krawczyk

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się. Jasne, że trzeba być z tym ostrożnym.
    W ogóle Klimowicz błądzi. Czytałem parę innych jej rzeczy, niepoprawna optymistka oderwana od rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
  3. Do zaproponowanych przez Pana kryteriów dodałbym jeszcze cele, jakie stawia przed sobą dana społeczność wirtualna. Identyfikacja z nimi członka danej społeczności wymuszałaby wymienione przez Pana elementy nowej definicji.
    Dla członków NK indywidualnym i zarazem finalnym celem jest chęć zaistnienia w wybranej przez siebie grupie i jak Pan zauważył,niczym nie zrozumiała pogoń za zdobyciem jak największej liczby znajomych.NK nie ma wspólnych celów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Do Artura M.
    Obawiam się, że mało która z omawianych grup wirtualnych ma takie wspólne cele. Społeczności fanowskie - te wydają mi się w miarę sensownymi tworami. Jednak są to rzeczy rzadkie i zarezerwowane raczej dla maniaków.
    Chyba żadna z popularnych w Polsce "społecznościówek" nie ma nadrzędnego celu podzielanego przez wszystkich członków...

    OdpowiedzUsuń
  5. Cele - rzeczywiście mogą być bardzo ważnym elementem społeczności wirtualnych.

    Kozborn - nie bardzo rozumiem dlaczego fani mieliby się różnić od zwolenników rybołówstwa, kobiet w ciąży, wielbicieli samochodów czy gustujących w zielonej roślince zawierającej substancje wpływające na niektóre obszary mózgu i wywołującej u spożywających salwy śmiechu.

    Mówiąc ogólnie - celem może być wymiana informacji na jakiś temat, celem może być wsparcie związane z "byciem" wśród innych, podobnych nam... Dużo społecznościówek ma takie właśnie cele.

    OdpowiedzUsuń
  6. A czy komuś z badaczy Internetu przyszedł kiedykolwiek do głowy Goffman i jego pojęcie fasady interakcji?

    Do lansu graniczącego z obciachem, obliczonego na jak najlepsze zaprezentowanie własnego ego, jaki ma miejsce na NK moim bardzo skromnym zdaniem pasuje jak ulał.

    Kolekcjonowanie przypadkowych osób jako znajomych, zdjęcie przy nowej furze, z drugą połową pod palmami, z dzidzią w ramionach tudzież obraz USG ciąży (to ostatnie to moje ulubione ekstremum).

    Tylko spójrzmy - po początkowym boomie na NK, fora klasowe, mające służyć podtrzymywaniu więzi po latach, świecą pustkami. Spotkania klasowe aranżowane za pomocą portalu - najczęściej niewypałami, jak pamiętam z autopsji i z opinii znajomych. Za to fotoalbumy i liczniki znajomych pękają w szwach. A pod zdjęciami miejsce na jakże sztampowe komentarze :)

    Czy to jest budowanie/podtrzymywanie więzi, czy budowa pewnej fasady, maski służącej do bardzo powierzchownej i rytualnej interakcji, której zadaniem ma być tylko podtrzymanie i lansowanie swojego wizerunku: "zobaczcie, udało mi się w życiu, jestem cool"?

    Im dłużej obserwuję NK z jej przaśną polską obciachowością i szpanerstwem, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że portali "społecznościowych" niestety nie można nazywać społecznościami. Co najwyżej dramatyczną sceną rozpaczliwego lansu.

    OdpowiedzUsuń
  7. Goffman i jego interakcjonizm bardzo dobrze nadają się do badania społeczności wirtualnych… faktycznie pasuje do lansowania się w sieci – na to jedna wielka fasada. Dzięki za tę trafną uwagę!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja zrezygnowałem z posiadania konta na n-k po kilkunastu miesiącach.
    I nie żałuję ani minuty, odkąd mnie tam nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  9. Proszę nie traktować tego jako spamu - całkowicie zgadzam się z diagnozą z tekstu, uważam że Internet daje znacznie większe możliwości współpracy niż można na pozór sądzić. To, co oferuje NK i FB to jest ledwie namiastką serwisu społecznościowego, w praktyce są to targowiska próżności, gdzie "ja", "mnie" i "mój" odmienia się na wszelkie możliwe sposoby.

    www.alterpolska.pl - to jest moja próba stworzenia internetowej społeczności. Jeśli ktoś ma ochotę sprawdzić - zapraszam do rzucenia okiem. Zwłaszcza autora wpisu, będę wdzięczny za rzetelną, krytyczną ocenę.

    OdpowiedzUsuń
  10. AP - czy to aby na pewno aby nie spam;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja tylko proszę o opinię w kontekście powyższego wpisu w blogu. Nie umiem tego zrobić bez podana adresu strony :)

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2014 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -