26 lut 2009

Kiedyś, w czasach młodzieńczego buntu;), czułem ogromny sentyment do myślicieli pokroju Herberta Marcuse czy Theodora Adorno. Czytając, że byli oni (szczególnie ten pierwszy) duchowymi przywódcami rebelii hipisowskiej od razu przekonywałem się do głoszonych przez nich idei. No cóż - jak już napisałem, było to kiedyś – w czasach kiedy bawiło noszenie straszliwie zniszczonej skóry, kwiecistych koszuli, pacyf na rzemykach, glanów, które były tym lepsze i warte noszenia, im bardziej obdarte.

Co mnie tak fascynowało w szkole frankfurckiej? Po pierwsze jej historia – niemieccy lewicujący myśliciele żydowskiego pochodzenia, którzy wywodzili się ze średnich klas społeczeństwa, zmuszeni byli do uchodźstwa z Niemiec w wyniku dojścia do władzy nazistów. Już to miało jakąś romantyczną nutę walki z systemem, oporu przeciw temu co złe i temu co nas zniewala. Interesowałem się najważniejszymi przedstawicielami tej założonej we Frankfurcie w 1923 roku szkoły, takimi jak Theodore Adorno (1903-1970), Max Horkheimer (1895-1973), przede wszystkim jednak fascynował mnie Herbert Marcuse (1898-1978). Badacz ten wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie stanął na czele myślicieli krytykujących konsumerski kapitalizm oraz zorganizowanie współczesnego społeczeństwa, co automatycznie usytuowało go jako guru wielu młodych buntowników występujących pod sztandarami nowej lewicy amerykańskiej czy rewolucji hipisowskiej.

Mimo iż konsumowałem na potęgę, oczywiście "buntowałem się" - podobała mi się krytyka konsumpcjonizmu, którą głosili frankfurtczycy. Twierdzili oni, że współczesna kultura promuje rozbuchaną do granic absurdu konsumpcję, a przy tym manipuluje ludźmi tak, aby posuwali się do coraz bardziej skrajnych aktów z nią związanych. Za marksistami przejęli koncepcję fetyszyzmu towarowego, opierającą się na odróżnieniu „wartości wymiennej” towarów i dóbr oraz ich „wartości użytkowej”. Pierwsza odnosi się do pieniędzy, do ceny po jakiej obiekty są nabywane, druga natomiast dotyczy pożytku z dóbr dla konsumenta, jego praktycznej wartości oraz użyteczności. Za marksistami frankfurtczycy uważali, że we współczesnym nam społeczeństwie kapitalistycznym wartość wymienna będzie zawsze dominować nad wartością użytkową – to zatem pieniądz jest najważniejszy – określa on i przenika stosunki społeczne współczesnej kultury konsumpcjonizmu. Theodor Adorno, podejmując rozważania nad fetyszyzmem towarowym (opierając się na analizach muzyki popularnej i przenosząc go na grunt owej muzyki – co pokazuje film poniżej [wypowiedzi Adorno tłumaczone są na język angielski]), wykazał, że bardzo często wartość wymienna oraz wartość użytkowa stają się jednym, „zlewają się” ze sobą tak, że trudno je rozróżnić. Ocenia się obiekty tylko przez pryzmat ich ceny, od razu przydając tym, które są warte więcej pieniędzy, większą wartość użytkową – w tym sensie ta ostatnia pełni bardzo ważną rolę w ocenianiu rzeczy oraz w kulturze konsumpcji.


Adorno ciekawie pisał o muzyce popularnej (film wyżej), przedstawiając ją jako rozrywkę dla infantylnych i zdziecinniałych, tak zwanych regresywnych odbiorców. Według myśliciela owa muzyka opiera się na powtarzalnych schematach oraz tylko pozornej indywidualizacji. Każda piosenka zdaje się być inna, ale tak naprawdę jest niezwykle przewidywalna. Popowi przeciwstawiał muzykę poważną – oryginalną, nieprzewidywalną, prawdziwą sztukę dla elit.

Szkoła frankfurcka (przede wszystkim Herbert Marcuse) rozwijała również koncepcję fałszywych potrzeb tworzonych przez wszechwładny przemysł kulturalny. Według niej ludzie mają prawdziwe, rzeczywiste potrzeby bycia twórczymi i niezależnymi, autonomicznie kontrolującymi swoje życie jednostkami, nie mogą one być jednak zaspokajane wskutek nakładania się na nie potrzeb fałszywych, tworzonych przez kapitalizm. Na ich czele stoją potrzeby utożsamiane z pragnieniami, które domagają się ciągłego zaspokojenia, przede wszystkim poprzez nieustanne kupowanie oraz wymianę rzeczy. Fałszywe potrzeby kultywowane są przez przemysł kulturalny, który wpaja je masom, opiera się natomiast na zasadzie fetyszyzmu towarowego, siłę zaś czerpie z pasywności, infantylności oraz zdziecinnienia konsumentów uczestniczących w kołowrocie konsumpcji.

Dla przykładu: potrzebą prawdziwą jest potrzeba wolności – we współczesnym kapitalistycznym społeczeństwie jest ona zastępowana fałszywą potrzebą wolności wyboru konsumowanych dóbr, co jest oczywistym praniem mózgu, jaki serwuje przemysł kulturalny. Dyktatu fałszywych potrzeb nie da się pokonać, gdyż manipulowane przez nie jednostki nie zauważają korzyści, jakie przyniosłoby wyzwolenie się z ich kieratu. Sam system kapitalistyczny podpierany przez przemysł kulturalny jest wieczny – w okresie kryzysów ekonomicznych wspierany jest przez interwencje państwa.

W obrębie szkoły frankfurckiej przez jakiś czas działał Walter Benjamin, mimo tego jego analizy znacząco różnią się od tych prezentowanych przez innych przedstawicieli frankfurtczyków. Benjamina charakteryzuje o wiele bardziej „optymistyczne” podejście do kultury. Za najciekawsze uznawane są jego tezy przedstawione w eseju „Dzieło sztuki w dobie reprodukcji technicznej”. Według autora rozwój litografii, fotografii, powstanie filmu oraz rozwój innych technik masowej reprodukcji powoduje, że dzieła sztuki tracą charakterystyczną „aurę” oraz autentyczność – stają się niczym więcej jak tylko towarem. Poprzez „aurę” rozumie Benjamin magiczną moc, która zawarta jest tylko w oryginalnych produktach. Pogląd ten lokuje Benjamina jako krytyka kultury masowej. Według niego tylko przedmioty przynależące do sztuki wysokiej ową „aurę” posiadają, pozbawione są jej natomiast rzeczy produkowane na skalę masową.


Podobnie jak w moim życiu taki i w świecie nauki frankfurtczycy okres swojej świetności mają już za sobą (choć z całą pewnością dalej wywierają przemożny wpływ na postrzeganie i analizowanie życia społecznego). Dzisiaj krytykuje się ich patrzenie na kapitalizm jako na stabilny system mający trwać bez większych zakłóceń oraz zmian. Nieścisłe są zdaniem wielu poglądy o standaryzacji produktów kulturowych, a jeśli już, to standaryzacji ulegają również produkty kultury wyższej, zamazuje się zresztą wyraźna granica rozróżniania pierwszych od drugich, a standaryzacja może być nie tylko regresywnością, ale i źródłem przyjemności. Frankfurtczycy sytuowali siebie jako elitę, stojącą wyżej od przeciętnych odbiorców, uważali się za tych, którzy zdają sobie sprawę z istnienia potrzeb fałszywych i prawdziwych. Tylko co im dawało prawo do absolutnej pewności co do tego, co jest prawdziwe, a co fałszywe? Czy posiadanie kuchenki mikrofalowej lub pralki to fałszywa potrzeba, jeśli sprzęty te ułatwiają życie człowiekowi i oszczędzają jego czas. Przecież gdyby nie one, przygotowałby on posiłki lub czyścił ubrania zdecydowanie dłużej, przez co nie mógłby poświęcić czasu na co innego – ot chodźmy na słuchanie muzyki poważnej – tak wychwalanej przez szkołę. Według przedstawicieli szkoły frankfurckiej ludzie nie są w stanie rozpoznać prawdziwych potrzeb – to chyba jednak zbyt jednowymiarowe patrzenie. W rzeczywistości odbiorcy mediów są zdecydowanie bardziej wybredni i krytyczni niż chcieliby frankfurtczycy. Poza tym, gdyby omawianym myślicielom zależało na wzbudzaniu potrzeb prawdziwych, czyż nie pisaliby łatwiejszym językiem (ich książki są momentami naprawdę koszmarne)? Mimo że zdecydowanie mniej radykalne, odchodzi się dziś także od poglądów Benjamina - wielu badaczy wskazuje na aurę oraz magię przedmiotów reprodukowanych masowo – ot choćby na magię marek czy reklamy.

Mimo tej krytyki dobrze, że przypisuje się frankfurtczykom należną im pozycję jako tych, którzy wywarli ogromny wpływ na sposób analizowania kultury. Dobrze ze względu na to, jak „smutni” byli to myśliciele. Chodzi o brak wiary w zmianę społeczną. wynikający zapewne z tego, że przyszło im żyć w trudnych czasach – oglądali zagładę swojego państwa wskutek przejęcia władzy przez hitlerowców, w Ameryce spotkali się z równie opresyjnym imperialistycznym państwem prowadzącym nieustanną wojnę z komunistycznym zagrożeniem – stąd zapewne radykalna krytyka społeczeństwa i jego kultury.

Cieszę się, że kiedyś fascynowałem się przedstawicielami tego kierunku – wytyczyli oni szlak moich naukowych zainteresowań, które zaczęły się od szukania sposobu całkowitego przeciwstawienia się dyktatowi przemysłu kulturalnego, toczyły przez szukanie grup i kategorii odbiorców, którzy pozostają w obrębie systemu, ale którzy są aktywni, produktywni, w żadnej mierze nie manipulowani, a w końcu spoczęły na takiej właśnie kategorii, jaką stanowią fani. Dziękuję Wam frankfurtczycy!

{ 10 komentarze... przeczytaj lub skomentuj }

  1. Poglądy takich intelektualistów, jak Frankfurtczycy zawsze skłaniają mnie do refleksji, że powiedzenie "wiedza jest władzą, a władza wiedzą" jest zasadne. Należą oni do grupy "prawodawców". Opisują świat zawsze tak, by usadowić się na górze. Ich krytyka kultury popularnej jest zawsze patrzeniem na "dół". Pamiętam parę lat temu wystawę impresjonistów i postimpresjonistów w Polsce. Tłumy przed muzeami, kilkugodzinne kolejki. I co? Krytycy biadolili, że wielką sztukę nadto poddano konsumpcji. Jak nikt nie chodzi do muzeum - mamy społeczeństwo baranów. Jak wszyscy - profanacja. Myślę, że niektórym kręgom ludzi odpowiada, by królowała Doda i Jola Rutowicz. Te osoby nadają im sens pracy zawodowej. Wcale nie chcą pewnie, żeby nagle całe społeczeństwo przestawiło radioodbiorniki z Eski na PR2 Polskiego Radia.
    Musieliby zrównać się w smaku, guście. Z plebsem? Nie daj Bóg. Na szczęście nigdy się tak nie stanie. Nie ma żadnych (w moim odczuciu) uniwersalnych kryteriów (ponad przyjęte przez ludzi w ramach pewnej umowy) by powiedzieć, że coś jest kulturą niską a coś wysoką. Ale udajemy, że jazz jest dla smakoszy, a Feel dla buraków. Tymczasem jazz na początku XX wieku grano w burdelach. Wszystko jest kwestią konwencji i władzy nad "dyskursem". Kto pierwszy doczłapie się katedr uniwersyteckich ten może rożnicować innych. Ot, cała prawda o "obiektywnych" działaniach w krytyce sztuki i krytyce kultury.

    OdpowiedzUsuń
  2. Od Szkoły Frankfurckiej do badania aktywności fanowskiej - bardzo ciekawa droga. Jeśli chodzi o refleksję na temat kultury popularnej, wychodzi, że Szkole Frankfurckiej już dziękujemy. Najwyższy czas! Szkoda, że niektórzy piszący o dziełach kultury popularnej jakoś nie potrafią pisać inaczej, niż z pobłażaniem, lub nienawiścią. Chodzi mi o niektórych recenzentów, np. dodatek "Co jest grane" zapewnia mi co tydzień niezwykłą rozrywkę, jeśli chodzi o podejście do popularnych filmów. Laureaci i nominaci "Popkuriozum" Esensji też są dobrym przykładem.

    A z rzeczy doceniających pewne wartości kultury popularnej - czytał Pan "Estetykę pragmatyczną" R. Shustermana? Filozof pięknie opisuje, jak przestał uważać muzykę rap i taniec za swoje "guilty pleasures" i wziął się do poważnej analizy zjawiska, co ostatecznie sprawiło, że jest w książce cały rozdział broniący kultury popularnej dla jakości tkwiących w niej samej.

    OdpowiedzUsuń
  3. rk - oczywiście elitaryzm szkoły frankfurckiej jest mocno krytykowany. Sam zgadzam się z ową krytyką i popieram Ciebie - nikt nie dał prawa frankfurtczykom aby decydowali co można, a czego nie można uznać za kulturę wysoką, a co za niską... Subiektywność takiego patrzenia dobrze obrazuje podany przez Ciebie przykład jazzu - Adorno krytykował go jako ogłupiającą muzykę dla biorących udział w zbiorowym praniu mózgu mas, a dziś zainteresowanie jazzem traktowane jest jako wyraz, jak by to rzekł Bourdieu - gustu charakteryzującego klasę wyższą.

    Buzz.killington - na szczęście frankfurtczykom już dziękujemy:)
    Dzięki za polecenie lektury Schustermana - wydaje się to coś w moim stylu, dlatego wpisuję na listę obowiązkowych pozycji.

    OdpowiedzUsuń
  4. jeszcze jedno buzz.killington - niech Ciebie wcale nie dziwi droga od frankfurtczyków do fanów - wszak dzisiejsze fan studies, w kształcie w jakim ono dzisiaj istnieje wywodzi się - uwaga - z marksizmu cultural studies

    OdpowiedzUsuń
  5. FRAGMENT"co jest prawdziwe, a co fałszywe? Czy posiadanie kuchenki mikrofalowej lub pralki to fałszywa potrzeba" świadczy oczywiście o spłyceniu i trywializacji znaczenia procesu oddziaływania zjawiska.
    TELESEKTOR INFORMACYJNOROZRYWKOWY bo tak właściwie powinno się nazywać to co autor nazwał "przemysłem kulturowym" sięga w naszych czasach głęboko w podświadomość większości ludzi. Przykładem jest proces głosowania w demokratycznych wyborach

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. "Nieścisłe są zdaniem wielu poglądy o standaryzacji produktów kulturowych"

    W jakim sensie nieścisłe?

    "Poza tym, gdyby omawianym myślicielom zależało na wzbudzaniu potrzeb prawdziwych, czyż nie pisaliby łatwiejszym językiem (ich książki są momentami naprawdę koszmarne)?"

    A nie byłaby to ta właśnie pauperyzacja "wyższych treści" (zgodne z potrzebami odbiorcy upraszczanie i uśrednianie kultury, które jako produkt uboczny generuje sprzężenie zwrotne prowadzące do ciągłego obniżania jej poziomu), jakiej sprzeciwiała się szkoła frankfurcka?

    "Mimo że zdecydowanie mniej radykalne, odchodzi się dziś także od poglądów Benjamina - wielu badaczy wskazuje na aurę oraz magię przedmiotów reprodukowanych masowo – ot choćby na magię marek czy reklamy."

    Przecież to jest ekwiwokacja. Benjamin nie mógł rozumieć aury/magii jako "siły przyciągania" czy "siły oddziaływania", bo w takim wypadku dzieła reprodukowane, nie działając "zachęcająco" na odbiorcę, szybko zniknęłyby z rynku kulturowego, automatycznie rozwiązując formułowany przez niego problem.

    OdpowiedzUsuń
  9. A już myślałem, że ten post zagrzebany i nikt o nim nie pamięta ;) Coraz bardziej skłania mnie to do decyzji, żeby przejrzeć stare wpisy i zweryfikować, co ja kiedyś wypisywałem.

    W wypadku tego postu jednak, zgadzam się dalej z tym, co przedstawiłem.

    Nieścisłe bo nie uwzględniają zróżnicowania tekstów popkultury - jazz najlepszym przykładem.

    No tak - ale jeśli ma się zapędy "naprawiania świata" (a za przykład takich mogą być moim zdaniem uznane poglądy frankfurtczyków), to trzeba dotrzeć do mas... Być może mamy tu do czynienia z sytuacją "węża zjadającego swój ogon", czy dylematem pod tytułem, co było pierwsze: kura czy jako.

    Rzeczywiście - wraz z reprodukcją powieleniu ulega również aura. Benjamina umieściłem wśród innych teoretyków nieco na wyrost.

    OdpowiedzUsuń
  10. Wspaniały artykuł, pozwala szybko przyswoić teorie i poglądy frankfurtczyków która opowiadana przez nich samych jest dość ciężkim do ogarnięcia tematem. Bardzo pomógł mi ten tekst. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -