13 lis 2008

17 listopada rozpoczynam tygodniowy urlop w Paryżu. Obowiązkowymi punktami programu zwiedzania mają być oczywiście miejsca, których pominąć nie można podczas wizyty w najromantyczniejszym miejscu świata. Zobaczę zatem muzea takie jak Luwr, Centrum Pompidou czy Musee d’Orsay. Zgłębiłem już wirtualnie zbiory owych muzeów, w odpowiednim przewodniku, którego nazwy nie podam, aby nie być posądzanym o kryptoreklamę.


Przygotowuję się również ostatnio do napisania artykułu o społecznych aspektach kolekcjonowania i dlatego czytam wiele materiałów między innymi na temat instytucjonalnego (przede wszystkim muzealnego) gromadzenia najróżniejszych przedmiotów.

Pod wpływem różnorodnej lektury zastanawiać się zacząłem, czy faktycznie chcę odwiedzić wspomniane wyżej muzea. Gdyby przyszło mi żyć w dziewiętnastym wieku oraz przynależeć do odpowiedniej klasy społecznej, wtedy bym się nie wahał – był to bowiem złoty wiek muzealnictwa zachodniego. Wtedy to powstały największe i najsławniejsze obecnie muzea, w tym wspomniany przeze mnie Luwr. Od tego czasu podległy one znaczącym zmianom. Chodzi oczywiście o pójście z duchem czasów i coraz powszechniejszą komercjalizację muzeów, a także o utratę ich „sakralnego” charakteru.

Komercjalizacja ma wiele obliczy. Nie będę się nawet rozwodził o muzeach stricte komercyjnych, powstałych po to, by promować daną markę (dla przykładu World of Coca-Cola w Atlancie) ani na „korporacyjnym muzealnictwie” polegającym na skupowaniu przez największe korporacje dzieł sztuki, umieszczaniu ich we własnych biurach bądź tworzeniu muzeów (zwykle blisko głównej siedziby danej firmy). Komercjalizacji podlegają również „tradycyjne”, renomowane muzea, a przejawia się ona w tworzeniu wystaw sponsorowanych, w powstaniu sklepów w muzeach, promowaniu szlagierowych wystaw czy, tzw. disneyzacji muzeów.

Sklepy, w których nabyć można różnorakie pamiątki, które zaświadczyć mają o tym, że było się w danym muzeum, to sprawa powszechna i nie warto się nad nią zbyt dłużej zatrzymywać. Biorąc pod uwagę mentalność turysty, którą określić można „byłem i zaliczyłem”, komercjalizację lepiej oddaje organizowanie szlagierowych wystaw (chociażby znanego malarza). Nic to, że potencjalny koneser sztuki stać musi w kilometrowych kolejkach, a obraz kontemplować będzie 30 sekund – jest się czym pochwalić przed znajomymi.

Niektórzy zastawiają się już, czy muzea nie podlegają procesowi disneyzacji, czyli upodabniania do parków rozrywki typu Disneyland. W czasach ostrej walki o konsumenta konieczne staje się nie tylko marketingowe podejście, polegające na stosowaniu wszystkich wytycznych dobrego marketingu (np. dostosowywanie oferty do potrzeb odbiorców), ale również dążenie do zaspokajania potrzeb rozrywki klientów. Potrzeb silnie rozbudzonych przez kulturę popularną. Według krytyków disneyzacji niszczy ona edukacyjne oblicze muzeów, a zamiast niego proponuje sztuczne środowisko oparte na iluzji. W walce o odwiedzających muzeum tworzy iluzoryczną hiperrzeczywistość (Baudillard) – taką, jaka panuje w parkach tematycznych, które prezentują świat jednowymiarowy, romantycznie wyidealizowany, a przez to bardziej pociągający wizualnie i zmysłowo.

Drugi proces, którym podlegają muzea to desakralizacja. Kiedyś były to miejsca wyjątkowe, specyficzne oraz naznaczone aurą wyjątkowości. Znaleźć się w muzeum oznaczało wyrazić chęć obcowania ze sztuką – czynność ta była autoteliczna. Dziś natomiast muzea to już raczej atrakcje turystyczne do „odhaczenia” na długiej liście zabytków, które trzeba zobaczyć.

Przedstawiony przeze mnie wyżej obraz desakralizacji oraz komercjalizacji muzeów jest pewną prowokacją. Rzeczywiście w znacznym stopniu przystosowują się one do wymogów rynku, ale z całą pewnością dalej pozostają miejscami edukującymi. Mimo rzeszy turystów je odwiedzających, dalej opierają się na elitaryzmie oraz dyskryminacji pewnych form wyrazu i wywyższaniu pewnych nad inne. Zastanawiać się można, czy nie jest w muzeach typu Luwr dyskryminowana sztuka mniejszości etnicznych i rasowych oraz sztuka niewygodna z historycznego punktu widzenia. Dlatego kto wie – być może „otwarcie” się na popkulturę oraz komercję dobrze muzeom zrobi.

Zbliżając się do popkultury, staną się mniej dyskryminujące. Poza tym skoro muzea straciły swój sakralny charakter i stają się atrakcją turystyczną typu „been there, done that”, być może komercjalizacja przywróci im ową mistyczną twarz. Nie musi być wcale tak, że dzieła sztuki stracą mistyczną aurę oryginalności (Benjamin). Disneyland, hipermarkety, centra handlowe są miejscami magicznymi. Uczyńmy takie muzea, a zyskamy nie tylko większą frekwencję odwiedzających, ale również ich prawdziwą fascynację sztuką. Być może badanie takich bardziej zbliżonych do codziennego życia muzeów, pozwoli odkryć związki między owym życiem a instytucjonalnym kolekcjonowaniem i kulturą jako całością.

Chyba jednak odwiedzę Luwr…

Napisz coś

Subskrybuj wpisy | Subskrybuj komentarze

- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -