Drodzy czytelnicy popbloga - niestety ostatnimi czasy nie pojawiło się zbyt wiele świeżutkich wpisów. Nie zniechęcajcie się jednak i regularnie odwiedzajcie stronę - szykuję ofensywę postową tak, że już wkrótce będzie można przeczytać o czymś zachwycająco-popkulturowo-fanowsko-internetowym. Na razie - zgodnie ze starym zwyczajem blogerskim (polegającym na odsyłaniu do ciekawych miejsc sieci) - informuję o nowym, świetnym dzienniku elektronicznym, prowadzonym przez mojego byłego promotora profesora Tomasza Szlendaka. W cybermiejscu nazwanym „Wszystkożerca” socjolog analizuje rzeczywistość społeczną w sposób, jaki opisał we wstępnym, powitalnym poście. Żeby nie było, że odsyłam tylko do tego ostatniego, blog liczy sobie nie tylko jeden wpis - od momentu startu (19 lutego 2012) uzbierało się ich już całkiem sporo, a następne zapewne w drodze. Gorąco polecam!
Tytułem uzupełnienia poprzedniego wpisu - wszystkich z Torunia i okolic zapraszam jutro do Centrum Sztuki Współczesnej na panel dyskusyjny dotyczący raportu „Obiegi kultury. Społeczna cyrkulacja treści” (panel wraz z prezentacją). Szczegóły w linku i na grafice.
25.1.12
"Obiegi kultury" (Mirek Filiciak, Justyna Hofmokl, Alek Tarkowski), czyli zamknąć usta przeciwnikom nieformalnej wymiany kulturowej
Na przykład Nancy K. Baym i Robert Burnett postulują, że przemysłowi dobrze zrobiłoby przyzwolenie na piractwo. Badacze stwierdzili, że w niedalekiej przyszłości branża muzyczna będzie musiała zaadaptować się do nowych warunków – nabywcom trzeba pozwolić na wymienianie się utworami za pomocą sieci peer-to-peer. Musi to być „nagroda” za piratowanie, będące tak naprawdę darmową reklamą.
To, że budowanie zaangażowania konsumentów przez aprobatę nieformalnego obiegu kultury (używając terminologii z raportu) korzystnie wpłynąć może na sprzedaż popkultury, wskazuje wielu akademików. Niektóre firmy przestawiają się z modelu chronienia praw autorskich na ten zakładający stymulowanie kreatywności. Pierwszy nie przynosi żadnych korzyści, prawa trudno jest respektować, walka z „piratami” jest syzyfową pracą, drugi natomiast opiera się na współpracy z entuzjastami, którzy chętnie kupują oryginały. Aby jednak je nabyli, trzeba dać im możliwość zapoznania się z aktualnie dostępną ofertą – i wcale nie chodzi tu o brak pieniędzy, które przeznaczyć można na zakup popkultury, ale o niechęć nabycia „kota w worku”. Jeśli dany koncern zainteresuje i zafascynuje konsumentów swoimi tekstami, może być pewny (koncern), że będą oni zaopatrywali się w oryginały, co wcale nie oznacza, że nie pobrali czegoś wcześniej z sieci.
Takie właśnie tezy pojawiają się w wielu artykułach o fanach, którzy mogą być uznani za awangardę współczesnych procesów kulturowych. Nieważne jednak, czy mowa o wielbicielach czy – jak u Filiciaka, Hofmokl i Tarkowskiego – ludziach aktywnie korzystających z internetu – ważne jest to, że są to osoby, które właśnie ze względu na swoje popkulturowe zacięcie kupują najwięcej oryginałów. Legalne nabywanie stymulowane jest przez ściąganie z sieci – bez „piratowania” nie byłoby zakupu w księgarni czy w sklepie z DVD, bowiem nikt nie zaangażowałby się w kulturę popularną tak intensywnie, aby narodziło się w nim pragnienie posiadania czegoś oryginalnego.
Jak zatem widać, potrzebna jest zarówno produkcja oficjalna jak i nieformalny obieg. Mimo że przygotowany przez Mirka Filiciaka i innych raport unika pojęcia piractwo, ja jednak nie bałbym się go używać (w końcu jest to badanie, które absolutnie uznać można za pro-pirackie). Odżegnanie się od tego terminu ma – zdaniem autorów – uwolnić podejmowany problem od złych skojarzeń oraz ukazać, że nielegalne ściąganie to część naszej codzienności. Rozumiejąc intencje autorów, zastanawiam się, czy z perspektywy celu, jakim jest zmiana nastawienia dominującego wśród polityków, mediów oraz przedsiębiorców, nie należałoby jednak z premedytacją użyć tego bardzo newralgicznego słowa. Można by to zrobić, aby nie zaciemniać i tak już niejasnej dla przeciętnego obywatela sfery prawa autorskiego oraz po to, aby zacząć wreszcie głośno i wyraźnie przekonywać, że piratowanie nie jest czymś złym.
Minęło już sporo czasu od ogłoszenia przez Petersona rewelacji, aura sensacyjności twierdzenia przyćmiona została rozwałkowaniem tematu przez dużą liczbę badań empirycznych – istnieje już pokaźnych rozmiarów literatura traktująca o wszystkożerności. I chociaż nie ulega wątpliwości, że współcześnie ludzie o wyższej pozycji społecznej (wykształcona na uniwersytetach klasa średnia?) konsumują więcej elementów kulturowych, niż miało to miejsce w przeszłości, to jednak nie do końca wiadomo, co z tego wynika. Społeczne implikacje wszystkopochłanialności to temat rzadko poruszany – niemal wszystkie istniejące opracowania zawierają interpretacje danych empirycznych, zebranych wskutek dociekań wykorzystujących sondaże realizowane na mniejszych lub większych populacjach. Właśnie dlatego pozwalam sobie na łamach bloga jedynie na skrótowe zaprezentowanie aktualnego dorobku naukowego związanego z wszystkożernością, bez próby znalezienia szerszych następstw tego zjawiska i bez lokowania go w obrębie ogólnej teorii społecznej.
Wszyscy naukowcy zajmujący się tematem są zgodni, że nowa warstwa górna konsumuje inaczej niż jej przedstawiciele w przeszłości, którzy dystynkcję osiągali za pomocą snobizmu, który to z kolei kazał uznawać tylko pewne elementy kulturowe, jako warte zainteresowania. Wszystkożerność niesie ze sobą zwiększoną tolerancję i demokratyzację – w tym sensie jest przeciwieństwem snobizmu, który z zasady opiera się na rygorze wykluczania i eliminowania (części kultury). Wszystkożercy niekoniecznie podobać musi się całość z tego, co wysokie i niskie, na pewno jednak gotowy jest na docenienie konkretnego elementu i rozpatrzenie czy nie warto go włączyć w krąg własnych fascynacji. Jeśli nawet się tego nie czyni, to zawsze należy wyrazić gotowość skrytykowania owego fragmentu przez pryzmat wiedzy na temat gatunku, do jakiego on przynależy. Wszystkopochłanialność nie jest zatem odrzucaniem dla samego odrzucania, odmawianiem celebrowania części kultury tylko dlatego, że nie uznają go inni z własnej elitarnej warstwy. Nie można mieć bowiem pewności, że owi inni nie konsumują wspomnianej części kultury, nawet jeśli jest ona postrzegana jako niskich lotów kultura masowa.
Niektórzy z badaczy dowodzą, że wszystkożerność rozpatrywać należy nie tyle jako przejaw orientacji konsumenckiej, ile w kategoriach instrumentalnych. Na przykład Bonnie Erickson zauważyła, że większa wiedza na temat kultury, związana z podjadaniem różnorodnych smakołyków, przekłada się na udane relacje interpersonalne oraz sprawniejszą komunikację z innymi. Alen Warde i współpracownicy, na podstawie badań klientów sieci kilku wybranych restauracji w Wielkiej Brytanii, stwierdzili, że szeroka wiedza na temat współczesnej kultury, jak również konsumowanie rozmaitych produktów, znacząco podnosi reputację i status ludzi.
Chcąc dodać nieco głębi do dyskusji nad wszystkożernością, Warde, David Wright oraz Modesto Gayo-Cal wyróżnili trzy typy wszystkopochłaniaczy. Według wspomnianych naukowców, koncepcja Petersona niezbyt adekwatnie oddaje rzeczywistość społeczną, ponieważ zbytnio ją upraszcza. Wszystkożercy nie stanowią jednolitej kategorii społecznej, a mówienie o nich w takim sensie nie uwzględnia wielu odcieni zjawiska. Dlatego właśnie zasadne jest wyróżnienie kilku typów, co wymienieni badacze uczynili.
Pierwszy – profesjonaliści (the professionals), czyli „prawdziwi” (najbardziej zbliżeni do petersonowskich) wszystkożercy – to osoby, które są szczególnie mocno obeznane w elementach kultury przynależących do sfery wysokiej oraz niskiej i wyrabiają sobie krytyczny osąd o owych fragmentach. Ważne jest, że w obrębie pewnego rodzaju dóbr potrafią wyróżnić to, co odrzucają i to, co jest ich zdaniem godne uwagi (na przykład preferują teatr, a nie operę tudzież filmy konkretnego reżysera albo te, które cechują się określoną estetyką). Niektórzy przedstawiciele tej grupy mają zwyczaj podkreślania, że konsumowanie niskich form kultury to rodzaj „odmóżdżenia”, odpoczynku po pracy czy od ciężkostrawnej kultury wysokiej – oczywiście nie przeszkadza to w żadnym stopniu w pochłanianiu obu form oraz ich ocenianiu.
Drugi typ, dysydenci (the dissidents), konsumując dobra z górnej i dolnej półki, kierują się niechęcią do snobizmu jako postawy wyższości wynikającej z chełpienia się obcowaniem z kulturą wysoką. Zafascynowanie na przykład popem oraz hip-hopem i jednocześnie jazzem czy muzyką klasyczną jest ich zdaniem burzeniem barier i hierarchii, podważaniem potężnych sił kulturowych, które mają narzucać konkretne gusty ludziom z różnych szczebli drabiny społecznej. Paradoksalnie – nie zdając sobie z tego sprawy – tak naprawdę podtrzymują hierarchię, sami lokując się na jej szczycie jako wszystkożercy. Warto wspomnieć, że mimo buntowniczego nastawienia, dysydentów łączy z profesjonalistami głębsze zainteresowanie danymi elementami kulturowymi. Dysydenci konsumują je dla nich samych czy raczej ze względu na ich wartości „estetyczne” / wrodzone, a nie dla samego konsumowania.
Trzeci wreszcie typ – uczniowie (the apprentices) – konsumując kulturę niską i wysoką „jak leci”, nie zastanawiają się nad obydwiema sferami, często przeplatają swoje nabywanie – jednego wieczora idą do opery na obojętnie jaki koncert, następnego do kina na dowolny film, trzeciego do teatru na dowolną sztukę, czwarty spędzają na kanapie przed telewizorem, oglądając reality tv. Przy tym raz udają się do wykwintnej restauracji serwującej kotlet za 120 zł (czy dolarów lub euro – jak kto woli), a innym razem jedzą w MacDonaldzie. Żadnemu elementowi kultury nie poświęcają się jednak permanentnie (aż chce się rzec: w fanowski sposób), są normalsami, którzy konsumują pobieżnie; nie wybrzydzają i nie odrzucają żadnych form, co jest wynikiem braku pewności, co tak naprawdę warto wybrać z całej gamy dostępnych możliwości. Tego rodzaju wszystkożerców jest najwięcej, co wynika z trybu życia wielu ludzi z elit, którzy cenią szerokie zaangażowanie kulturowe jako przejaw doświadczania pełni życia (full life). Żyjący w wielkich miastach wszystkopochłaniacze trzeciego typu są wystawieni na oddziaływanie różnych elementów kultury (im większy ośrodek miejski, tym więcej „pokus”) i zamierzają z nich w pełni korzystać i to bez jakiegoś specjalnego namysłu. Otwartość na różnorodne doświadczenia bazuje na pochłanianiu dla samego pochłaniania, a nie z głęboko zakorzenionych (i przez to formujących tożsamość) przeświadczeń. Jedyną motywacją uczniów może być chęć podwyższenia swojego statusu, bo przecież żeby być dobrym członkiem wyższej (średniej) warstwy, należy pokazać się w filharmonii, ale też znać tytuł filmu, w którym ostatnio grał Tom Cruise, skosztować rarytasów z kuchni indyjskiej jak i zwykłej zapiekanki z budki pod supersamem.
Na marginesie opisu Wardea, Wrighta i Gayo-Cala warto zauważyć, że w obrębie ostatniej grupy smakowanie różnych form nie jest tak samo dystynktywne, jak w wypadku profesjonalnych wszystkożerców. U uczniów znajomość wszystkiego działa na zasadzie normy zerojedynkowej – albo jest się „obeznanym”, albo nie (i przynależy do warstwy wyższej [średniej], albo nie). U profesjonalistów ważną rolę gra krytyczny stosunek do różnych form, pozwalający konstruować niezwykle rozbudowane hierarchie uczestnictwa w kulturze.
Wpis napisany został w oparciu o następujący artykuł: Alan Warde, David Wright, Modesto Gayo-Cal (2007) Understanding Cultural Omnivorousness: Or, the Myth of the Cultural Omnivore, Cultural Sociology, 1(2): 143-164.
Zapraszam do zapoznania się z moim nowym tekstem, opublikowanym w świeżutkim numerze „Studiów Medioznawczych”. Pismo dostępne jest w każdym niemal Empiku (zwykle jest tylko kilka egzemplarzy, dlatego jeśli chce się mieć ładną książeczkę na własność, należy się spieszyć), a jakby ktoś nie miał ochoty ruszać się sprzed komputera, można poczytać za pośrednictwem mojej strony. Niżej streszczenie.Tematem tekstu są pielgrzymki podejmowane przez członków subkultur fanów. Autor charakteryzuje dwa wymiary fanowskiego pielgrzymowania. Pierwszy związany jest z udawaniem się do miejsca, które zlokalizować można w przestrzeni geograficznej. Drugi nazwać można pielgrzymowaniem symbolicznym, odbywającym się bez podejmowania realnej wyprawy, a jedynie przez zanurzenie w dany tekst. W pracy wskazane jest, że typ symboliczny wcale nie jest gorszy od wymiaru pierwszego. Peregrynacje symboliczne również uznać można za autentyczne. Co więcej, oba wymiary są do siebie podobne bardziej, niż można przypuszczać na pierwszy rzut oka.
Ponieważ ostatnimi czasy podjąłem spory projekt związany z częścią japońskiej popkultury, jaką stanowi anime, dużo na ten temat czytam. Jedną z pierwszych lektur, po którą sięgnąłem, była książka Rolanda Keltsa zatytułowana Japanamerica: How Japanese Pop Culture Has Invaded the U.S. Tytuł mówi sam za siebie – jest to opowieść o tym, jak skośnooka kultura popularna wkracza na rynek amerykański i że ofensywa owa przybiera na intensywności. Rozpoczynając lekturę, spodziewałem się jednak czegoś innego, to znaczy bardziej naukowego, bynajmniej nie luźnej opowiastki, dosyć słabo opartej o empiryczne badania jakościowe czy ilościowe. Kelts nie powołuje się ani na przeprowadzone przez siebie dociekania, ani na obecną już, dosyć sporą przecież, literaturę przedmiotu – jest to niezobowiązująca historia snuta przez człowieka znajdującego się między dwoma światami, czyli Japonią i USA (autor jest Amerykaninem, którego babka to drugo-wojenno-światowa emigrantka z Cesarstwa Wielkiej Japonii). No dobrze – trzeba pisarza pochwalić, bowiem pokusił się o dosyć ciekawe przepytanie ludzi związanych z anime, to jest pracowników wytwórni (artystów, ludzi od PR i marketingu, specjalistów od sprzedaży czy szefów przedsiębiorstw), jak również fanów (tak zwanych otaku). Wywiady owe nie zostały jednak poddane żadnemu naukowemu rygorowi, trudno w związku z tym oprzeć się wrażeniu, iż w książce wybrane zostało z nich to, co najbardziej pasuje do aktualnie przedstawianych wywodów.
Te ostatnie nie zostały uporządkowane – rozważania nie przebiegają prostą drogą, analizy tych samych zjawisk dziwnie się mieszają i nie ma w nich zbytniego ładu. Chaos jest usprawiedliwiony o tyle, że celem autora nie jest udowodnienie jakiejś tezy – książka nie posiada takowej i jest zbiorem rozdziałów o różnej tematyce, oscylujących jednak zawsze wokół nadrzędnej narracji inwazji japońskiej popkultury na Amerykę. Mimo głównego przesłania warto zauważyć, że Kelts nie twierdzi, iż USA nie ma w Japonii wpływów – wymiana kulturowa bynajmniej nie jest symetryczna. Ameryka oddziałuje na Kraj Kwitnącej Wiśni w sposób godny globalnego hegemona popkulturowego, a siła jej influencji wzmacniania jest spuścizną historyczną – po zakończeniu drugiej wojny światowej Stany stały się wzorem do naśladowania i wyznaczyły tory, jakimi poszła gospodarka wyspiarskiego kraju, styl życia jego mieszkańców, no i oczywiście kultura popularna. Ta ostatnia jest przede wszystkim amerykańska – tak jak w każdym państwie świata, po włączeniu telewizora atakują seriale z USA, hitami kinowymi stają się filmy rodem z Hollywood, a czołowe pozycje w rankingach najlepszych utworów muzycznych okupują utwory amerykańskich wykonawców.
Mimo to Japonia atakuje – czerpiąc inspiracje od byłego pogromcy, bardziej doświadczonego w sferze globalnego kształtowania kultury, zaczyna dostarczać na światowy rynek coraz więcej i więcej. Dzisiaj nikt już nie może zaprzeczyć, że Kraj Kwitnącej Wiśni posiada niezwykle interesującą (rzec można cooltową) kulturę pop, która przyciąga rzesze konsumentów na całej kuli ziemskiej. Pytania, na które próbuje odpowiedzieć Kelts (choć jak wspomniałem w sposób niezbyt uporządkowany), są następujące – „dlaczego Japonia?” i „dlaczego akurat teraz?”. Autor twierdzi wręcz o trzeciej fali japonofilii (s. 5), czyli wzmożonego zainteresowania Krajem Kwitnącej Wiśni wyrażanego przez obywateli innych państw. Podczas fali pierwszej, to jest tej płynącej w XVIII i XIX wieku, europejscy artyści odkryli unikatową japońską estetykę. W trakcie fali drugiej, czyli tej rozciągającej się gdzieś między 1950 i 1960 rokiem, amerykańscy beatnicy zafascynowani byli religijnymi tradycjami shintoizmu. Fala trzecia, czyli współczesna, jest niewątpliwie najintensywniejszą, przede wszystkim dlatego, że Japonią interesują się nie tylko elity artystyczne, ale masy. Obecna japonofilia objęła swym zasięgiem nie tylko kulturę wysoką (w tradycyjnym tego słowa znaczeniu) i jej pochodne, takie jak bushido (kodeks honorowego i zdyscyplinowanego postępowania), ikebana (sztuka układania kwiatów) czy ceremonie picia herbaty itd., ale również kulturę masową. Tak naprawdę to ta ostatnia jest podstawą zachłyśnięcia się Japonią, przy czym największą rolę ma tu do spełnienia anime (i manga jako podstawa filmów rysunkowych).*
*Dla Keltsa szczególnym znakiem ożywionego zainteresowania Japonią w Stanach jest sukces filmu Sophii Coppoli Lost in Translation (s. 6), w którym amerykańskie zaaferowanie tym, co japońskie przejawia się niezwykle dokładnym oddaniem klimatu wielkich metropolii Kraju Kwitnącej Wiśni. Porażają one nagromadzeniem neonów, ale również zachwycają eleganckim i minimalistycznym wystrojem hoteli i restauracji, straszą dziwnymi klubami nocnymi oraz przerażają tłokiem panującym w środkach komunikacji miejskiej. Tokio – miejsce, w którym rozgrywa się akcja – jest jednym z głównych (o ile nie głównym) bohaterów dzieła.
Na zakończenie obiecuję, że więcej o dziele Keltsa i japońskiej popkulturze, jako poważnej globalnej sile, pojawi się w tym roku w wielu doniesieniach popblogowych – między innymi tych związanych z informacjami o moich nowych publikacjach.
Dane książki
Tytuł – Japanamerica: How Japanese Pop Culture Has Invaded the U.S
Autor – Roland Kelts
Język oryginału – angielski
Stron – 242
Okładka – miękka
Dane książki
Tytuł – Japanamerica: How Japanese Pop Culture Has Invaded the U.S
Autor – Roland Kelts
Język oryginału – angielski
Stron – 242
Okładka – miękka
W nowym „Filmie” bardzo ciekawy artykuł o antyfanach – można go znaleźć na stronie internetowej magazynu (nieco skrócony) i na stronie onet.pl (całość). Ponieważ nie ma sensu streszczać czegoś, do czego prowadzą linki, pozwolę sobie przywołać „zajawkę” i zaprosić do lektury.Tom Cruise to czubek. Sarah Jessica Parker wygląda jak koń. Nienawidzę Nicolasa Cage’a... Nie, nie chcemy nikogo obrażać. To tylko nazwy internetowych stron. W sieci roi się od takich wyznań. Ich autorzy zakładają kluby i fora dyskusyjne. Tworzą prześmiewcze filmy, grafiki i teksty (...). To antyfani. W Polsce będę mieli używanie już od 26 grudnia, gdy na ekrany wejdzie czwarta część „Mission: Impossible” ze zienawidzonym Tomem Cruise’em.
Fanizm i antyfanizm to dwie strony jednej monety. Awers i rewers. "Nie ma fanów bez antyfanów i antyfanów bez fanów", mówi znany antropolog kultury, profesor Wojciech Burszta. Ale, jak napisał amerykański psycholog Stuart Fischoff, "bycie antyfanem ma jedną zasadniczą przewagę nad byciem fanem – jest bardziej zabawne" (dalej).
Subskrybuj:
Posty (Atom)
O autorze
- Piotr Siuda
- doktor socjologii, adiunkt w Katedrze Socjologii Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego.
Linki
- antenna
- apophenia
- Brandthroposophy
- Comparative Media Studies
- Confessions of an Aca-Fan
- Cross-media + Transmedia Entertainment
- Cult Media Studies
- Digital Ethnography
- dkompare vs. mostly screens
- Dr. Television
- English 313 @ CSUN
- ephemeral traces
- Esensja
- Fan History's Blog
- Fanfic Forensics
- Fanthropology
- Flow
- Futures of Entertainment
- Gender and Fan Studies
- Intensities: The Journal of Cult Media
- Just TV
- Karen Hellekson
- Kristina Busse
- Kultura 2.0
- metafandom
- Mimi ITO
- MIT Convergence Culture Consortium
- Nele Noppe - FanFictionForensic
- Numer 10
- Observations on film art
- online fandom
- PCA / ACA
- Pop Culture Shock
- Popkulturalni
- PopMatters
- Queer Geek Theory
- Ramblings...
- Rebecca Tushnet's 43(B)log
- Refractory
- Society for Cinema & Media Studies
- Stalking Fandom
- tactical
- Television 2.0
- The Extratextuals
- The Journal of Popular Culture
- The Organization for Transformative Works
- Transformative Works and Cultures
- transmedia
- WRT: Writer Response Theory
Etykiety-
- fani (35)
- autor (30)
- fandom (29)
- książki (28)
- Internet (11)
- film (11)
- fantastyka (10)
- socjologia (6)
- sztuka a popkultura (6)
- teorie kultury (6)
- fanfiction (5)
- kultura uczestnictwa (5)
- manga/anime (5)
- piłka nożna (5)
- religia a popkultura (5)
- społeczności wirtualne (5)
- celebryci (4)
- fansuberzy (4)
- konsumpcja (4)
- moje teksty (4)
- telewizja (4)
- wolna kultura (4)
- "fanatyzm fanów" (3)
- artykuły (3)
- filmy (3)
- globalizacja (3)
- ikony popkultury (3)
- kolekcjonowanie (3)
- konferencje (3)
- religia a internet (3)
- wywiady (3)
- amerykanizacja (2)
- gender fandom (2)
- in English (2)
- kicz (2)
- konwenty (2)
- malarstwo (2)
- media (2)
- miłość a popkultura (2)
- muzea (2)
- muzyka (2)
- o blogu (2)
- popkultura jest dobra (2)
- prawo (2)
- psychologia (2)
- rodzina (2)
- Afryka (1)
- anime (1)
- antyfani (1)
- antykonsumpcja (1)
- cooltowość (1)
- cyberwykluczenie (1)
- czas (1)
- eksperci (1)
- fans (1)
- gry (1)
- komiks (1)
- kontrkultura (1)
- manga (1)
- memetyka (1)
- moda (1)
- naród (1)
- piractwo (1)
- prosumpcja (1)
- przeklinanie (1)
- przemysł kulturowy (1)
- raporty z badań (1)
- reklama (1)
- skandalizacja (1)
- sport (1)
- superbohaterowie (1)
- terroryzm a popkultura (1)
- wszystkożerność (1)
- yaoi (1)


