Geek też człowiek

Odsyłam do wywiadu ze mną, który ukazał się w najnowszym numerze Magazynu Gamer. Przyjemnej lektury... Wywiad można znaleźć na stronie Gamer.mag.

Geek też człowiek

Jarosław „Yobel” Ściślak – Twórcy serialu Stranger Things otwarcie przyznają, że inspirowali się grami wideo przy tworzeniu produkcji. Serial, tak jak gry, zawładnął masową wyobraźnią. Czy pokolenie geeków wychowanych na popkulturze tak bardzo przebiło się do mainstreamu, czy to tylko nisza, która jest głośna i szeroko rozreklamowana?

Piotr Siuda – Rzeczywiście, Stranger Things nawiązuje do wielu kultowych przekazów popkultury – głównie z lat 80. XX wieku. Ja sam – oglądając wspomniany serial – z ogromną frajdą wypatrywałem kolejnych odniesień do filmów, które oglądałem jako chłopiec: Bliskie spotkania trzeciego stopnia, The Goonies, E.T. czy Gier wojennych. Te i inne nawiązania – w tym, tak jak Pan wspomniał, do gier – są moim zdaniem rzeczą znamienną dla współczesnej kultury popularnej właśnie z perspektywy geekowskiej. Popkultura sama pokazuje – chociażby przy pomocy serialowych, filmowych czy growych narracji – że fascynowanie się nią to nic złego, a wręcz odwrotnie – jest to rzecz normalna. W tym sensie pojęcie geeka rzeczywiście weszło do mainstreamu. Nawet popkulturowi bohaterowie są dzisiaj inni, czego jaskrawym przykładem serial The Big Bang Theory. Pokazane w nim postacie to właśnie geekowie, przy czym ich zainteresowania oceniane są bardzo pozytywnie. To już nie są oderwani od życia dewianci, ale osoby o szerokich horyzontach umysłowych; osoby, z którymi możemy się utożsamiać, bo przecież wszyscy jesteśmy – mniej lub bardziej – wielbicielami jakichś tekstów kultury.

J.Ś. – Silent Hill, Alien, filmy Stevena Spielberga. To niektóre z nawiązań, jakie możemy dostrzec w serialu. To dzieła kultowe, ale zastanawiam się nad doborem. Czy geekom wystarczy dowolna mieszanka składników w zupie, czy też muszą być one starannie dobrane? Czy istnieje w takich przypadkach jakiś klucz? Czy powinien?

P.S. – Odpowiadając na to pytanie, odwrócę kota ogonem. W tradycyjnym ujęciu popkultura ma się różnić od sztuki, bo brak jej (popkulturze) oryginalności, a dzieła mają powtórkowy i schematyczny charakter. Tyle że dzisiaj powszechnie uznano, że granice między sztuką a popkulturą znacząco się zatarły. Zgodnie z tą logiką sukces powinny odnosić przede wszystkim teksty oryginalne, świeże, do tej pory niespotykane. Skąd zatem popularność wielu produkcji nawiązujących do tego, co już było? Może klucz leży w sposobie, w jaki się powtarza, bo chociaż wszyscy wiemy, że Stranger Things „korzysta z dorobku” wielu poprzedników, to jednak robi to w sposób bardzo oryginalny. Niby wiemy, że oglądamy serial współczesny, ale przywrócony zostaje klimat charakterystyczny da produkcji lat 80. – to jest właśnie niezwykle oryginalne.

J.Ś. – Czym w ogóle jest popkultura? Dzisiaj każdy gra w gry, każdy ogląda Daredevila, Jessicę Jones, wie o kontynuacji Z Archiwum X. I to zarówno w formie komiksu, jak i serialu telewizyjnego. A przynajmniej takie wrażenie można odnieść, kiedy wychodzi się na ulicę. Co więc definiuje współczesnego geeka? Czy nadal jest to pewna forma getta, jak lubili o swojej działce myśleć fantaści pokolenia Parowskiego, Oramusa, Jęczmyka?

P.S. – Jak wspomniałem wcześniej – popkultura sama „wychwala” postać geeka. Mimo to nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że ekstremalne, geekowskie zaangażowanie stało się zjawiskiem masowym w sensie społecznym. Myślę, że czymś naturalnym jest to, że odbiór kultury popularnej następuje na różnych poziomach zaangażowania. To jakie tytuły czy teksty jakiego rodzaju lubimy, zależy oczywiście od wielu czynników społecznych czy psychologicznych; tak samo z intensywnością zaangażowania – możemy przejawiać większą lub mniejszą chęć angażowania się w odbiór różnych produkcji. Nie należy też zapominać, że socjolodzy kultury wskazują na znaczną fragmentację współczesnych społeczeństw pod względem kulturowym. Nie chodzi tylko o popkulturę rozumianą jako seriale czy filmy – przede wszystkim mowa tutaj o ogromnej ofercie stylów życia, na które składają się nasze preferencje popkulturowe, ale również styl ubierania, żywienia, podróżowania itp. Tak samo bycie fanem czy geekiem kochającym pewne popkulturowe gatunki jest tylko specyficznym stylem funkcjonowania – patrząc z perspektywy fragmentaryzacji kultury, fani wciąż są niszą. Ja sam mam wrażenie, że cały czas jest to domena ludzi młodych i wykształconych, więc w grę wchodzą tu ważne cechy społeczno-demograficzne.

J.Ś. – Zjawisko popkultury ma swoje cechy składowe, niektóre unikalne tak jak cosplay. Ale całością swojej wymowy przypominać może religię. Czasopisma i fanziny to pisma objawione, cosplayowcy to kapłani albo przynajmniej ministranci, wycieczka do kina czy co-opowa gra na kanapie to msza święta… Przesadzam?

P.S. – W pewnym sensie popkultura jest religią. Mamy chociażby wiele tak zwanych kościołów popkultury, na czele z kościołami Maradony czy Elvisa. Mimo to uwielbienie dla zjawisk popkultury nie wytrzymuje porównania do wielkich religii typu katolicyzm czy buddyzm i jest mało sensowne. Brakuje religiom popkultury historii, nie są także rozbudowane pod względem doktryny, a przede wszystkim ich członkowie nie czują się częścią wspólnoty religijnej, często sami deklarując parodystyczny charakter swojej religii. Wydaje się, że cały czas nie ma tak naprawdę dobrych socjologicznych pojęć określających to, z czym tak naprawdę mamy do czynienia. Problematyczne są wspomniane już wcześniej różne poziomy odbioru popkultury. Cosplay to przecież zabawa dla zaawansowanych, ale nie trzeba go praktykować, aby interesować się grami czy serialami i „pożerać” je w przeogromnych ilościach. Już dawno orzeczono, że każdy z nas jest w jakimś stopniu fanem – każdy czymś się interesuje i jest twórczy, nawet jeśli ta twórczość polega tylko na sporadycznym zamieszczeniu wpisu na Facebooku odnoszącego się do ulubionego filmu czy gry. Dużo racji mają postmoderniści wskazujący na rozmywanie się we współczesnych społeczeństwach wielu granic kulturowych – gdzie bowiem postawić linię demarkacyjną rozgraniczającą fana od „nie fana”; geeka od „nie geeka”? Jest to dość trudne i właśnie w tym sensie popkultura zbliża się do religii. W jej przypadku także mamy to czynienia z różnym zaangażowaniem w „religijne czynności”.

J.Ś. – Skoro przesadzam tylko trochę, to czy uprawnione wydaje się być twierdzenie Jonathana Gottschalla (autora książki Storytelling animal) o tym, że wszyscy podświadomie jesteśmy aktorami i pragniemy historii – jej opowiadania i odbierania? W starożytnej Grecji teatr był elementem klasycznego wychowania obywatelskiego i socjalizacji. Czy dzisiaj taką rolę spełnia maraton z Netflixem i Daredevilem, zagryzany potem komiksowym New 52 z wydawnictwa DC?

P.S. – Ja bym nawet powiedział, że jesteśmy ich spragnieni świadomie – wiemy, że dzięki różnym historiom (nie tylko popkulturowym) możemy się czegoś nauczyć, czy w jakiś sposób wzbogacić (intelektualnie, emocjonalnie itd.). Socjalizacyjny wpływ tych historii jest oczywiście nie do przecenienia – studentom socjologii na jednych z pierwszych zajęć przekazuje się, że niewinna zabawa dziewczynek w dom przy użyciu lalek to przystosowywanie do późniejszych ról społecznych. Media, popkultura są potężnymi agendami socjalizacji – dzisiaj dziewczynki coraz częściej, bawiąc się wspomnianymi lalkami, udają że są one nie tyle żonami, mamami, pielęgniarkami czy nauczycielkami, ale poważnymi bizneswoman, prawniczkami itd. Nietrudno sobie zatem uzmysłowić, że wpływ na dziewczynki mają postacie z popkultury, także te pokazywane w tekstach dotychczas uznawanych za przedmiot zainteresowania chłopców. Na przykład superbohaterki typu Wonder Women (ostatnio wyeksponował ją film Batman vs Superman). Oczywiście przekazy popkulturowe wyrabiają postawy i zachowania, ale to oddziaływanie jest obustronne. Popkultura jest przez ludzi „przetrawiana” i interpretowana – każdy ma swoje zdanie na temat ukazywanych wzorców. Te oddolne interpretacje stają się później bazą kształtującą kulturę w ogóle – w tym kulturę popularną. Tak zwane „codzienne życie” oraz życie znane z przekazów medialnych są ze sobą w specyficznej obustronnej relacji.

J.Ś. – Czy popkulturę można obronić na drodze psychologii ewolucyjnej, tak jak to robi Gottschall? Czy nie przesadzamy starając się uzasadniać wydawanie pieniędzy na biegające piksele, nieruchome obrazki z dymkami na słowa?

P.S. – Moim zdaniem można – nie bez znaczenia jest to, że istnieje znacząca korelacja między ilością pochłanianej popkultury a wykształceniem. To drugie dalej jest w krajach Zachodu istotnym wskaźnikiem zamożności. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, można powiedzieć – trochę pół żartem, pół serio – konsumujmy więcej kultury popularnej, to w przyszłości będziemy bogatsi. A już poważnie – są solidne podstawy, aby sądzić, że popkultura nas rozwija.

J.Ś. – Czym w takim razie z punktu widzenia socjologa jest cosplay? Próbą odgrywania roli? Większego zaangażowania w „życie” ulubionej postaci? Potrzebą ucieczki od siebie samego, swoich problemów? Zwykłą pasją?

P.S. – Myślę, że nie ma prostych odpowiedzi. Z punktu widzenia socjologii można go uznać za element praktyk pewnej subkultury – fanowsko-geekowskiej. Jako element kultury geeków cosplay sprzyjałby integracji członków, umożliwiał im twórcze spełnienie itp. O tym, że fani to członkowie specyficznej subkultury, świadczy zresztą nie tylko cosplay. Fandomy tworzą własne praktyki, w tym praktyki językowe, szczególne formy porozumiewania się, odpowiedniki sekretnego uścisku dłoni. Takie języki tworzą się oddolnie, choć zwykle nawiązują do konkretnych produkcji. Natomiast wracając już do samego cosplaya: wspomniane przez Pana pierwsze powody podejmowania tej zabawy – ucieczka od problemów, odgrywanie roli – to już czynniki psychologiczne. Nie wykluczam, że istnieją osoby, w wypadku których cosplay jest wynikiem zaburzeń, ale jest to raczej margines. Przebieranie sugeruję traktować w kategoriach realizowania własnych pasji, podejmowania twórczych działań.

J.Ś. – Espen Aarseth w książce Genre trouble. Narrativism and the art of simulation przekonuje, że gry w odróżnieniu od chociażby literatury, pomagają graczom w poznaniu swojego „ja”. O ile film czy literatura są rozrywką bierną, o tyle gry wideo, dzięki interaktywności i mechanizmom podejmowania decyzji, wymagają od odbiorcy zaangażowania, traktują więc w większym stopniu o samym odbiorcy dzieła, niż o jego bohaterach. Czy takie podejście do sprawy jest uprawnione?

P.S. – Jak najbardziej. Interaktywność gier jest uznawana za ich ogromną zaletę. Im bardziej są one interaktywne, im większą swobodę ma gracz w podejmowaniu decyzji, im bardziej wpływać może na rozwój postaci, a fabuła jest nieliniowa, tym gra uznawana jest za lepszą. Nie bez powodu – każdy chce nadać rozgrywce swój własny „koloryt”. Można powiedzieć, że tak jak lubimy personalizować przekazy w internecie, tak samo chcemy personalizować rozgrywkę. W tym sensie wspomniane przez Pana poglądy są jak najbardziej uprawnione.

J.Ś. – Kiedyś mieliśmy do czynienia z „epoką MTV” - szybkiej informacji, zmontowanej dynamicznie jak teledysk po to, aby publiczność się nie znudziła. Dzisiaj mamy rozrywkowe reportaże na koniec serwisów informacyjnych, które same coraz bardziej przypominają teatr, zamiast rzetelnego, wyczekiwanego, stałego punktu dnia. Jednocześnie popkultura (Jessica Jones) i gry wideo („symulatory chodziarza”, gry pokroju Limbo, Heavy Rain, The Last of Us) podejmują coraz trudniejsze tematy i robią to coraz lepiej. Czy zgodzi się Pan z taką tezą i czy uczeń (gry) nie przerosły już mistrza (tradycyjnych form komunikacji, form sztuki)?

P.S. – Gry stają się coraz bardziej popularną formą rozrywki – to fakt widoczny nie tylko w samej popkulturze, bo przecież trendy grywalizacyjne widać wyraźnie w biznesie czy edukacji. Dzisiaj coraz więcej rzeczy ma się opierać na mechanizmach, na jakich opierają się gry. Na przykład na zajęciach studenci mają zdobywać nie tyle oceny, ile kolejne skille, a jeśli nie są przygotowani do kolokwium, to tracą jedno życie z wielu, którymi dysponują. Brzmi to nieco absurdalnie, ale się sprawdza. Wracając już do samej branży rozrywkowej, tutaj też zaczyna się upodabnianie się różnych mediów do gier. W filmie Hardcore Henry najlepiej widać tak zwane „ugrowienie” filmów – akcja obrazu toczy się bowiem tak, jak w strzelance typu FPS. Opisywane przez kulturoznawców zbliżenie kina do gier obserwowaliśmy już zresztą wcześniej. Pierwszą „grową” sceną w kinie ma być słynny lot myśliwcem Luke’a Skywalkera w czwartym epizodzie Star Wars (Nowa Nadzieja), kiedy udaje mu się zniszczyć gwiazdę śmierci. Tutaj też akcję widzimy oczami bohatera. Inne filmowo-growe tytuły to The Game Davida Finchera czy Projekt: Monster. Tytułów można podawać zresztą więcej, dochodząc do wniosku, że ze względu na atrakcyjność gier, wynikającą z ich interaktywności, filmy coraz bardziej starają się ową interaktywność symulować i przez to stawać popularniejszymi. Oczywiście nie należy się oszukiwać – ze względu na liczne ograniczenia wynikające z formy film nigdy nie stanie się grą. „Ugrowienie” jest zatem tylko pewnym trickiem mającym wytworzyć u oglądającego iluzję kontroli nad tym, co się widzi.

J.Ś. – Czym jest wirtualna rzeczywistość i hełmy do niej? Próbą stworzenia dla graczy większej immersji, kolejnym krokiem na drodze doskonalenia gier, przesadą? Kiedy właściciel Facebooka i niedawno kupionej firmy tworzącej hełmy VR Oculus Rift przechadzał się między próbnymi użytkownikami swojej technologii (a każdy miał na głowie hełm) w Internecie nie brakowało komentarzy w stylu „farma zombie”. Jak w tym kontekście skomentuje Pan słowa Roberta Bruskiego, które padły w wywiadzie dla Gamer.mag w zeszłym miesiącu? Reklamując on swój salon VR odpowiedział jego hasłem reklamowym: „warto nas odwiedzić, bo rzeczywistość to za mało”.

P.S. – Trudno przewidzieć przyszłość, choć właśnie te komentarze w stylu „farma zombie” wydają mi się bardzo znamienne. Od razu też przychodzi na myśl inna technologia, która miała zrewolucjonizować sposób odbioru popkultury. Każdy, kto chce dzisiaj kupić nowy telewizor, ze zdziwieniem odkryje, że nie obsługuje on już trybu 3D, a sprzedawca skwapliwie poinformuje, że wszystkie firmy odchodzą już dzisiaj od tej technologii jako tej, która się po prostu nie przyjęła. O ile siedzący przed telewizorem ludzie z okularami wyglądali już trochę jak zombie, tym bardziej potraktować można w ten sposób tych, którzy zakładają hełmy VR. Czy VR się przyjmie? Na pewno zależy to od społecznego odbioru tego typu rozrywki, chociaż nie zapomnijmy, że jeszcze niedawno jako zombie określano osoby tylko siedzące przed komputerem (a wcześniej te siedzące przed telewizorem). Ten społeczny odbiór VR może się zatem zmienić, a immersyjność tej technologii może być uznana za jej zaletę. Skoro dzisiaj ocenia się gry dobrze, to ich „udoskonalone” VR-owskie wersje też mogą zasłużyć na dobrą ocenę, no bo przecież – parafrazując Roberta Bruskiego – rzeczywistość tradycyjnych gier może okazać się czymś niewystarczającym. O tym, że może tak pomyśleć większość graczy, świadczy popularny dzisiaj przykład Pokémon Go. Gra bazuje oczywiście nie tyle na technologii VR, ale na tak zwanej rzeczywistości rozszerzonej. Mimo to Pokémon Go pokazał, że na większą imersję jest dzisiaj zapotrzebowanie. Reakcja opinii publicznej na ową grę też jest raczej przychylna mimo pojawiających się w mediach doniesień o zagrożeniach typu: „mama puściła wózek z dzieckiem tak, że stoczył się on z górki, bo sama musiała stoczyć wojnę ze stworkiem”. Wracając do VR – jeśli miałoby się nie przyjąć, to przyczyn upatrywałbym głównie w kwestiach związanych z funkcjonalnością, jakością samej technologii, wygodą jej użycia, ceną. 3D w telewizorach nie przyjęła się, bo kulała właśnie pod tym względem.

J.Ś.– Co prywatnie robi Piotr Siuda? Ogląda seriale dla geeków, gra w gry?

P.S. – Chociaż za geeka się nie uważam, to jednak przejawiam mocno geekowskie zainteresowania (śmiech). Przede wszystkim seriale – tutaj „rynek” mam rozpoznany całkiem dobrze. Nieco gorzej jest z grami, które – jak na tryb życia, który prowadzę – wymagają po prostu zbyt dużej immersji i przede wszystkim czasu. Jestem perfekcjonistą i wiem, że jeśli zacząłbym grać, to już „na całego”, co odbiłoby się na moim życiu zawodowym i osobistym. Cały czas chcę też znaleźć czas na dobrą literaturę, gustując przede wszystkim w książkach z gatunku science fiction. Dodam też, że jestem typowym zobrazowaniem trendów odbiorczych, które socjolodzy zwykli określać wszystkożernością kulturową. Pochłaniam zatem wiele, czasem z pozoru się ze sobą kłócących, tekstów kultury. Obok skonsumowania Gry o Tron czy najnowszego filmu o Batmanie, lubię na przykład udać się do opery czy na mecz piłki nożnej. No bo przecież wszystko – nawet mecz – jest opowieścią, a te – jak już wiemy – rozwijają.

Kultura repetycji a kultura nadmiaru

Ostatnio na popblogu wpisy są rzadkością ;) Właśnie dlatego tym razem proponuję coś znacznie dłuższego. Quasi-naukowa refleksja na temat kultury repetycji – zapraszam.

Na początku 2015 roku przedstawicieli amerykańskiego show-biznesu, ale także fanów seriali telewizyjnych na całym świecie, zelektryzowała wiadomość, że stacja telewizyjna Fox przymierza się do nakręcenia reboot’u The X-Files, czyli kultowego serialu z lat 90. XX w. Dzisiaj już wiadomo, że Gillian Anderson oraz David Duchovny nie porwali widzów, ale branża rozrywkowa pozytywnie oceniła pomysł przywrócenia z martwych omawianej medialnej marki. Taki zabieg z pewnością jest z korzyścią dla producentów (da im porządnie zarobić), a ponadto świetnie wstrzeliwuje się w powszechny dzisiaj trend polegający na opieraniu się na tym, co już kiedyś było popularne. Dużo mamy różnego typu powtórek. Wiele seriali to tak zwany remake, czyli nakręcone od nowa dzieło oparte na jakimś starym tytule i w jakimś stopniu go zmieniające – chodzi po prostu o ponowną adaptację materiału źródłowego, niekoniecznie zresztą telewizyjnego, bowiem remake’ować można książki, komiksy, filmy czy gry komputerowe. Każdy serial, który odniósł sukces, musi mieć swój sequel/spin-off, czyli nową serię kontynuującą jakiś wątek ukazany poprzednio. Powodzeniem cieszą się kanały telewizyjne typu vintage, czyli pokazujące dawne seriale, filmy bądź innego typu programy; każda seria wydawana jest naturalnie na DVD. Podobne do opisanych wyżej zabiegów widać także w przemyśle filmowym skłonnym zarzucać widzów kolejnymi filmami w danym cyklu czy też reboot’ami lub remake’ami. Tak samo z grami video; często wiele tytułów pomyślana jest od momentu swojego powstania jako cała seria.

Simon Reynolds w książce Retromania pokazał, że dzisiejsze czasy są także „powtórkowe” pod względem produkcji muzyki, jeśli porównać je chociażby do poprzednich dekad: psychodelicznych lat 60., punkowych 70., hip-hopowych 80. czy elektronicznych (głównie gatunek muzyki nazwany rave) 90. Amerykański dziennikarz muzyczny opisał dziwną powolność rozwoju współczesnej sceny muzycznej. Przyczyn owego zastoju upatruje w natłoku przeszłych wpływów muzycznych i stwierdza, że w XXI w. nie chodzi o wyraźne rysowanie granic między teraźniejszością a przeszłością (o to właśnie chodziło kiedyś) – dzisiaj trudno o jakieś wyraźne nowe tożsamości muzyczne, mamy do czynienia z re-dekadami (są takimi pierwsza i druga dekada obecnego wieku), gdzie mieszają się wpływy wszelkich poprzednich okresów muzycznych. Można powiedzieć, że zdaniem Reynoldsa doszliśmy do kresu muzycznej historii ludzkości. Społecznym dowodem takiego stanu rzeczy jest dla Reynoldsa to, że praktycznie w ogóle nie powstają nowe muzyczne subkultury młodzieżowe. Oprócz starych (punkowcy, hipisi, metalowcy) ostatnimi czasy pojawiła się praktycznie tylko jedna subkultura: hipsterzy. Paradoksalnie jednak, cechuje ich uwielbienie wszystkiego, co jest retro i vintage; wykazują oni postawę, którą określić można jako bycie kuratorami starych dzieł kultury.

Amerykanin stara się tego dowieść, pokazując różne muzyczne zjawiska, takie jak wydawanie setek albumów typu „the best of”, organizowanie „odtwarzanych” koncertów (niczym znane bitwy w wykonaniu grupy rekonstrukcyjnych), wypuszczanie biografii czy filmów dokumentalnych traktujących o „starych” muzykach, reaktywowanie znanych zespołów muzycznych. „Powracają” zresztą nie tylko muzycy, ale i całe gatunki odkurzane przez kolekcjonerów wszelkiej maści staroci muzycznych. Dodatkowo przemysł opanował szał na miksowanie starych wpływów – dzisiaj innowacyjność muzyczną określa się w kategoriach wypracowania nowego stylu rozumianego jako lepsze/niespotykane pomieszanie tych przeszłych. Zdaniem Reynoldsa innowacyjne jest dzisiaj nie to, co autentycznie nowe, ale to, co inaczej „miksuje” przeszłe style.

Oczywiście wszelkie teksty kultury – nawet te niebędące remake’ami czy reboot’ami – zawsze nawiązują do innych tekstów; kultura pełna jest zapożyczeń, a relacje między jej poszczególnymi częściami są bardzo skomplikowane. O pewnej powtarzalności tekstów kultury pisał przedstawiciel szkoły frankfurckiej Theodor Adorno, chociaż czynił to w kontekście krytyki kultury masowej, obarczonej jego zdaniem grzechem nieoryginalności i schematyczności. Zgodnie z poglądami Adorno kulturę pop uznać trzeba za niskiej jakości, bo np. każdy film kryminalny zasadza się na podobnym motywie, który określić można hasłem: „zbrodnia – dochodzenie – happy end”. Poglądy frankfurtczyków zostały już skrytykowane za zbyt duże uproszczenia i elitaryzm, niemniej jednak należy być świadomym, że kultura (w tym kultura masowa) jest referencyjna. Jej części składowe trzeba traktować jako wzajemnie powiązane, a poszczególne teksty jako będące wynikiem niebezpośredniego odwoływania się do innych, istniejących wcześniej tekstów.

Niemniej jednak opisane przeze mnie wyżej przykłady – telewizyjne, filmowe czy muzyczne – pokazują, że dzisiaj coraz częściej mamy do czynienia z jawnym odwoływaniem się do wcześniejszych dóbr kulturowych. Można zawyrokować, że coraz więcej wokół nas zjawisk będących ucieleśnieniem czegoś, co określę mianem kultury repetycji. Rozumiem ją bardzo konkretnie, jako nie tyle wspomniany w poprzednim akapicie referencyjny charakter kultury w ogóle, ale bezpośrednie i „niezatajone” „naśladowanie” wcześniejszych tekstów czy form kulturowych. Oprócz owej bezpośredniości, powtórkowość omawianej kultury dotyczy zwykle (choć nie jest to regułą) form popkulturowych (należy jednak zaznaczyć, że pod popkulturę można by tutaj „podciągnąć” zjawiska na pierwszy rzut oka z nią niekojarzone takie jak moda [coraz popularniejsze ostatnio ubrania vintage[, retro zabawki dla dzieci, retro meble, retro jedzenie, retro architektura, retro wystrój wnętrz itd.) – opisywana kultura przyjmuje za dosłowny wzorzec to, co było kiedyś. W repetycji chodzi tak naprawdę o teraźniejszość, a nie o przeszłość – ta jest po prostu używana jako archiwum, z którego czerpie się materiał i odpowiednio go przetwarza.

Kultura repetycji ma się dzisiaj bardzo dobrze . Wyjaśniając tego powody, odwołuję się do koncepcji Tomasza Szlendaka, który zawyrokował, że oto dzisiaj żyjemy w czasach tak zwanej kultury nadmiaru. Szlendak w swoim tekście nie dał tak naprawdę jasno do zrozumienia czym ona jest. Można się jednak domyślać, że chodzi po prostu o przesyt wszelkich komunikatów kulturowych płynących do ludzi. Każdy z nas żyje w „epoce dyktatury nadmiaru i hegemonii nadprodukcji kulturowej”, co oznacza, że za dużo wokół nas praktycznie wszystkiego. Rzec można, że odczuwamy permanentne przeładowanie informacyjne , przy czym polski socjolog przyczyn tego stanu rzeczy upatruje w charakterystycznym dla internetu „zaniku procedur recenzyjnych”. Skoro w sieci nawet „maluczcy” dochodzą do głosu, to oferta kulturalna się mnoży – nie ma już po prostu „możnych”/autorytetów będących w stanie poinformować „lud”, na czym należy skupić uwagę.

Do tych poglądów Szlendaka można zgłosić spore pretensje, bowiem w czasach komercjalizacji i monopolizacji internetu istnieją podmioty wchodzące w rolę takich „autorytetów” (często nie są to podmioty ludzkie). Chociażby Google przesiewa codziennie treści kulturowe dla setek milionów osób na całym globie. Szlendak ma natomiast rację, kiedy wiąże internet z ciągłym rozszerzaniem się oferty kulturowej – faktycznie, jak zwykło się mówić: „w internecie znaleźć można dzisiaj wszystko”. Socjolog uważa, że pociąga to za sobą homogenizację oferty kulturowej: „[w]szystkiego pełno, ale to wszystko jest tym samym. (…) pozorne zmiany formy, krzyczące nowością, kryją te same banały. Mnożą się nowe platformy, nowe formaty, nowe interfejsy, na których bardzo często wyłożone jest to samo”. Szlendak sytuuje siebie niczym typowy krytyk kultury (masowej), z elitarnych pozycji utyskujący – przez pryzmat nadmiaru – na kulturową miałkość. Ja sam – odcinając się od takich krytycznych poglądów – kieruję moje rozważania w nieco innym kierunku. Chodzi nie tyle o homogenizację treści, ale o to, że internetowa kultura nadmiaru prowadzi do umacniania się kultury repetycji tak, jak została ona zdefiniowana wyżej.

Jednym z powodów tego umacniania jest fakt, że internet pomaga utrwalać wszelkie przeszłe teksty kultury; uznać go można za tworzoną kolektywnie skarbnicę kulturowych wspomnień. W momencie, kiedy dobra kulturowe dematerializują się oraz stają się cyfrowe, miejsce oraz koszt ich przechowywania tracą na znaczeniu. Sieć czyni łatwym dzielenie się różnymi kulturowymi „rzeczami”: filmami, popkulturowymi piosenkami (teledyskami), książkami, różnymi czasopismami, programami telewizyjnymi – wymieniać można dalej. Dodatkowo, jak już coś się w cyberprzestrzeni znajdzie, to ma tendencję, aby tam zostać – zwykle na zawsze, a jeśli nawet nie, to na bardzo długo.

Internet stał się dzisiaj symbolem niesamowitej ekspansji ludzkości w gromadzeniu jej własnych wytworów kulturowych. Jako jednostki, ale też jako ludzkość mamy zdecydowanie więcej miejsca, aby wypełniać go pamiątkami po minionych epokach, wszelkimi dokumentami oraz archiwalnymi śladami tego, jak wyglądała nasza egzystencja wczoraj – w tym nasze bytowanie związane z wytwarzanymi codziennie w ogromnych ilościach tekstami popkulturowymi.

Liczy się przy tym natychmiastowość dostępu do cyfrowych danych. Wystarczy np. uruchomić serwis YouTube, aby uzyskać momentalny akces do setek tysięcy teledysków muzycznych ze wszystkich dekad od momentu powstania telewizji. W czasach przedsieciowych informacji było oczywiście niesamowicie dużo, ale zwykle dotarcie do nich było zdecydowanie trudniejsze niż dzisiaj – trzeba np. było udać się do biblioteki, przewertować setki tomów czy gazet, aby znaleźć zaledwie strzępki poszukiwanych danych. Obecnie na wyciągnięcie ręki mamy materiały uważane kiedyś za niezwykle trudne do znalezienia. Zarówno różnego rodzaju instytucje, jak i amatorzy-maniacy umieszczają w elektronicznym środowisku chociażby dawne awangardowe filmy, zeskanowane numery starych czasopism, zamierzchłe programy informacyjne dokumentujące różne światowe wydarzenia. Nie brnąc w kolejne przykłady, można stwierdzić, że w sieci wyraźnie da się odczuć „gorączkę archiwizowania”, o której pisał Jacques Derrida. W świecie internetu żaden miniony element kultury nie jest niewart tego, żeby nie zostać do niego (świata) wprowadzonym i odpowiednio zarchiwizowanym. (Celowo nie podejmuję tutaj rozważań na temat władzy, jaką daje możliwość porządkowania ogromnego archiwum sieciowego zarówno różnym podmiotom biznesowym [np. wspomniane wcześniej Google] czy też poszczególnym użytkownikom [np. wpływowi blogerzy tagujacy/oznaczający różne treści).

Obecność kulturowych wytworów z przeszłości drastycznie się w naszym życiu zwiększyła. Można powiedzieć, że czas od momentu pojawienia się pragnienia zdobycia jakiegoś starego przekazu do momentu zaspokojenia tego pragnienia, został zredukowany niemal do zera (a przynajmniej do czasu, kiedy coś zostanie pobrane – czas ten jest więc bardzo krótki i uzależniony od tego, ile ważą dane oraz jakiej szybkości łącze internetowe się posiada). Meloman ma dostęp do praktycznie każdego gatunku, każdego wykonawcy i każdego utworu, jaki chciałby w danej chwili wysłuchać. Miłośnik filmów może w dowolnym momencie ściągnąć ten tytuł, który go interesuje, nieważne czy obraz ten powstał 10, 20 czy 50 lat temu.

Zwykle teksty pobrać można za darmo (mniej lub bardziej legalnie), a dodatkowo każdy może zapoznać się z ich historią, kontekstem powstania, interpretacjami – są one na wyciągnięcie ręki na Wikipedii, tysiącach różnych specjalistycznych stron czy serwisach fanowskich. Otóż to – stajemy się fanami starych treści, czyli mamy wręcz permanentny z nimi kontakt; możemy też być mniej zaangażowani w ich konsumowanie, co nie oznacza, że się z nimi nie stykamy w naszych codziennych sieciowych podróżach – co rusz wyskakują one w różnych miejscach online. Jesteśmy do takiej sytuacji przyzwyczajeni i aż trudno wyobrazić sobie, że nie zawsze tak było. Akces do starych wytworów kultury był kiedyś ograniczony do specyficznych stref; dobra te były uwięzione w konkretnych przedmiotach (np. taśma video, płyta CD, płyta DVD) czy lokacjach (np. biblioteka, galeria, muzeum).

Opisany wyżej niesamowity dostęp do starych tekstów kultury stymuluje rozwój kultury repetycji. Internet i powszechne jego wykorzystanie tworzy „klimat” sprzyjający bezpośredniej i popkulturowej powtórkowości. Ujmując to inaczej – dokonująca się wskutek internetu transformacja konsumowania (chętniej pochłaniamy starocie) oraz dystrybucji (mamy miejsce, gdzie owe starocie wrzucamy) eskaluje kulturę repetycji.

Przemysł kulturowy tworzy naturalnie po to, aby czerpać ze swoich produktów zyski. Skoro w sieci doskonale „sprzedaje się” to, co minione, to dlaczego nie przenieść tego trendu na sferę profesjonalnej produkcji; dlaczego nie iść w stronę remake’ów, reboot’ów, mieszania stylów muzycznych. Można to uczynić tym bardziej, że działalność internautów pokazuje, które treści są akurat niezwykle popularne. Być może fragmenty jakiegoś serialu sprzed kilku dekad mają więcej wyświetleń niż fragmenty innej serii; a może nieprofesjonalni internetowi muzycy bawią się online w mieszanie różnych starych gatunków w taki sposób, w jaki nie czynił tego jeszcze nikt inny. Dlaczego tego nie skapitalizować?

Warto sobie przy tym uświadomić, że dawne treści znajdujące się w sieci są w przeważającej mierze treściami mainstream’owymi, to znaczy jest to niegdysiejsza rozrywka masowa produkowana przez korporacyjny przemysł kreatywny. Oczywiście w internecie znajduje się także sporo przekazów nowych i amatorskich, takich do których przypiąć można łatkę DIY (Do It Yourself): niezależna muzyka/filmy/animacje, nieprofesjonalne nagrania swoich zwierząt (najczęściej kotów) czy dzieci (zwykle robią one – koty i dzieci – coś śmiesznego, czym warto jest, zdaniem nagrywających, podzielić się ze światem). Naturalnie bardzo trudno jest oszacować, ile rzeczy w sieci jest korporacyjnego pochodzenia, a ile amatorskiego, ale pewną wskazówką mogą być dane na temat kreatywnego wykorzystania internetu przez ludzi. Okazuje się, że odsetek twórczych internautów jest niski, a większość jedynie biernie odbiera przekazy online. Statystyki te każą podejrzewać, że treści korporacyjnych/mainstream’owych jest więcej niż amatorskich. Jest to oczywiście dodatkowy argument świadczący za tym, że opisany wyżej nadmiar sprzyja stymulowaniu kultury repetycji – przecież to właśnie przekazy głównego nurtu posiadają coś, co nazwać można wartością reprodukcyjną (trudno wyobrazić sobie remake’i czy reboot’y produkcji amatorskich).

Nieco na marginesie zaznaczyć trzeba, że od repetycji nie ucieka również wspomniana nieprofesjonalna działalność internautów. Przeważająca część (trudno tutaj pisać o jakichś konkretnych danych) amatorskich produkcji wiąże się nie tyle z umieszczaniem w sieci czegoś oryginalnego (np. zrobionych przez siebie zdjęć czy napisanego przez siebie oryginalnego opowiadania) ale z reprodukowaniem tego, co znalazło się online i co jest przekazem pochodzącym z mainstreamu. Jeśli zatem mowa jest o tak zwanej prosumpcji, to jest to zwykle kultura remiksu, przekształcania oryginalnego przekazu, łączenia kilku oficjalnych dzieł kulturowych itd. Amatorskie filmy, gdzie wielbiciele muzyki pokazują samych siebie śpiewających jakiś utwór; nieprofesjonalne opowiadania fanów osadzone w świecie Harrey’ego Pottera; kanały YouTube, gdzie użytkownicy wrzucają fragmenty hollywoodzkich filmów czy seriali okraszone własną muzyką; nagrania koncertów muzycznych, w których się uczestniczyło; filmiki pokazujące, jak przechodzić etapy kolejnych gier video – to wszystko przykłady licznych działań reprodukcyjnych podejmowanych przez internautów. Taka powtórkowość produkcji amatorskich jest oczywiście następnym dowodem na to, że internetowa kultura nadmiaru stymuluje kulturę repetycji tym bardziej, że nieprofesjonaliści przerabiają treści mainstreamowe.

Na zakończenie podkreślę, że w stwierdzeniu o tym, jakoby wszechobecność starych tekstów kulturowych gwarantowana przez internet sprzyjała rozwojowi kultury repetycji, nie ma chęci wartościowania. Bardzo łatwo jest odczytać zawarte w tym tekście poglądy jako mające zabarwienie pejoratywne. Ktoś krytycznie nastawiony wobec sieci pokusić mógłby się o konkluzję, że oto nadmiar oferty kulturowej doprowadzi do katastrofalnej sytuacji polegającej na jakimś totalnym kulturowym zastoju. Taki krytyk zapewne zawyrokowałby, że opisywane tutaj procesy powstrzymają kulturowy ruch do przodu – zamiast tworzyć teksty innowacyjne coraz częściej będziemy spoglądać do tyłu; staniemy się kulturowo mniej dynamiczni. Dodatkowo przeszłość (z której możemy czerpać) kiedyś zapewne się „wyczerpie”, co zaowocuje kulturową katastrofą. Wydaje się, że posuwanie się do tak skrajnych opinii nie jest dobrym pomysłem. Przy niezwykle dynamicznym rozwoju współczesnej technologii snucie czarnych wizji nie ma sensu, tym bardziej że opisywany tutaj internetowy nadmiar ma wiele zalet – wskazuje się chociażby na związane z nim edukacyjne możliwości sieci czy demokratyzację wiedzy. Zamiast czarnowidztwa zdecydowanie bardziej w cenie jest po prostu opis kondycji współczesnej kultury.

Grey, kobiety i prosumpcja

O twórczości Evy Illouz już pisałem – nadszedł czas na omówienie kolejnych pomysłów tej znanej socjolog. W książce Hardkorowy romans zidentyfikowała ona powody popularności Pięćdziesięciu twarzy Greya. Dlaczego ten utwór – uznawany przez wielu za będący niezbyt wysokich lotów – tak bardzo spodobał się kobietom? Wynika to z faktu, że odzwierciedla on ducha naszych czasów, jeśli chodzi o sprawy kobiecej seksualności oraz podejście kobiet do związków romantycznych.

Książka tylko na pierwszy rzut oka jest feministycznym manifestem lansującym wyzwolenie seksualne kobiet, od tej pory mogących robić w zaciszu sypialni, cokolwiek im się podoba i z kimkolwiek mają ochotę. Wręcz przeciwnie – Illouz dokładnie przeanalizowała narrację popkulturowego hitu i stwierdziła, że przygody bohaterów odwzorowują wiele „miłosnych napięć” doświadczanych w dzisiejszych czasach przez przedstawicielki płci pięknej. Nie będę omawiał wszystkich dysonansów, lecz postaram się je ująć w jedną ogólną ramę. Kobiety są obecnie rozdarte: z jednej stronny podlegają silnej kulturowo-społecznej presji każącej przejawiać wyemancypowane podejście do związków (oddzielenie seksu od miłości, konieczność intensywnego odkrywania swojej seksualności oraz prezentowania postawy polegającej na upodobaniu równości wobec sfeminizowanych męskich partnerów); z drugiej strony cały czas odczuwają potrzebę romantycznej miłości, posiadania tradycyjnej rodziny, przywiązania do siebie silnego i zmaskulinizowanego partnera.

W jaki sposób powiązać ową sytuację z Pięćdziesięcioma twarzami Greya? Historia opisana w książce traktuje o tradycyjnej relacji miłosnej różniącej się od setek podobnych przedstawianych w różnych romansach pod jednym zasadniczym względem: związek w Greyu bardzo mocno opiera się na BDSM. Ana – bohaterka – to osoba decydująca się na eksperymentowanie w sferze seksualnej. BDSM staje się dla niej sposobem na uzyskanie seksualnej autonomii oraz seksualne wyemancypowanie. Paradoksalnie jednak, wskutek bycia seksualną niewolnicą, zdobywa również silniejszą pozycję w związku jako takim. O ile Grey dominuje pod względem fizycznym (pan w relacji pan-sługa), Ana dominuje emocjonalnie. Grey – na początku niepoprawny i „nigdy się nie zakochujący” kobieciarz – pod wpływem dziewczyny zmienia się o 180 stopni. To właśnie w jego postaci urzeczywistnia się marzenie każdej kobiety – męski, agresywny, dominujący seksualnie samiec jest jednocześnie romantycznym i oddanym partnerem. Fundamentem relacji Any i Greya jest zatem połączenie emancypacji i podejścia tradycyjnego. Zestawienie wątków stricte romantycznych (miłość) z warstwą książki dotyczącą odkrywania swojej „dzikości seksualnej” (BDSM) jest swoistą „podpowiedzią”, w jaki sposób rozładować opisane wcześniej napięcie. Warto zaznaczyć, że Illouz stwierdziła, iż remedium owo to czysta fantazja niedająca się zastosować w rzeczywistości społecznej.

To właśnie tego typu fantazje stanowią o sukcesie Greya, chociaż nie byłoby owego sukcesu gdyby nie – uwaga – prosumenckie nastawienie E.L. James. Jak wiadomo, Pięćdziesiąt twarzy Greya na początku był tak zwanym fan fiction, czyli nieprofesjonalnym dziełem literackim, nad którym pracowała rzesza amatorów, miłośników kobiecych romansów. Nie do końca jest jasne, w jakim zakresie James opierała się na uwagach fanek oraz które partie fabuły zmieniła pod wpływem ich uwag. Oczywiste jest jednak, że utwór może być uznany za zbiorowe dzieło wielu przedstawicielek płci pięknej. Właśnie dlatego Grey w tak doskonały sposób odzwierciedlił trapiące je sprzeczności kulturowe i stał się niezwykle atrakcyjną lekturą.

Na zakończenie dodać można, że prosumpcyjny motyw, który wprowadziła do swojej książki Illouz (Autorka użyła terminu „prosumpcja”), jest novum w jej twórczości. Chociaż Izraelka nie pisze tego wprost, wydaje się, że refleksję o prosumpcji można potraktować jako wskazówkę dla wszelkich medialnych koncernów: jeśli chcecie stworzyć przynoszący zyski tekst, musicie opierać się na oddolnych działaniach amatorów, przenoszących na ów tekst własne „kulturowe utrapienia” oraz fantazje, jak sobie z nimi poradzić. Tak właśnie postąpiła James oraz jej wydawca.

Abstrahując od treści Hardkorowego romansu, trzeba zauważyć, że zabiegów prosumenckich nie udało się zastosować w wypadku filmowej adaptacji Greya. Wręcz odwrotnie, scenariusz filmu został obdarty z wszystkich książkowych elementów gwarantujących powodzenie. Film – wskutek owego obdarcia – jest czymś zupełnie innym niż książka, nie traktuje już w takim samym zakresie o problemach kobiet. Tylko w ten sposób da się wytłumaczyć fakt, że niskie pod względem wartości artystycznej książka i film, tak znacząco różniły się, jeśli chodzi o odbiór. Książkę uznano za hit, film za niewiele warte, głupkowate i kiczowate dzieło.


Uzależnienie od aplikacji

Howard Gardner i Katie Davis w książce The App Generation charakteryzują współczesnych młodych ludzi określanych mianem „pokolenia aplikacji”. Zaczynają od bardzo ciekawej refleksji na temat sposobu definiowania pokolenia. Niezbyt adekwatne jest obecnie ujęcie biologiczne podkreślające wagę pokrewieństwa w kształtowaniu więzi pokoleniowej. Ukazywanie pokolenia w ten sposób – oznaczające, że rodzice i ich dzieci każdorazowo stanowią nowe pokolenie – miało większy sens w poprzednich epokach, gdy ludzie żyli znacznie krócej niż obecnie. W XX wieku rozpowszechniło się – głównie w wyniku oddziaływania mediów masowych – pojmowanie socjologiczne. Przynależność do konkretnego pokolenia miała opierać się na wspólnocie doświadczeń i podobnej sytuacji danej grupy ludzi, stąd na przykład pokolenie baby boomers, pokolenie lat 60., pokolenie X, Y czy Z. Zdaniem Autorów tego typu definiowanie jest „przeterminowane” w czasach błyskawicznych zmian technologicznych, a właśnie w takich przyszło nam żyć. Szybko ewoluujące technologie tak wpływają na młodych, że ich wspólne doświadczenia konstytuują się właśnie w oparciu o wykorzystywanie owych technologii – jednym słowem pokoleniowość ma podłoże technologiczne.

Współcześnie styl myślenia młodych osób kształtowany jest przede wszystkim przez wszechobecne w ich życiu aplikacje, co Gardner i Davis oceniają niezbyt przychylnie. Chodzi im o to, że ciągłe używanie aplikacji prowadzi do zbytniego na nich polegania oraz specyficznego, schematycznego sposobu myślenia, utraty wielu umiejętności, braku zaradności itp. Autorzy nazywają to jako bycie app-dependent, czyli uzależnienie od aplikacji. Aby uzmysłowić sobie, o co chodzi, warto przytoczyć często pojawiający się w książce przykład: wiele osób, kiedy podróżuje, nie potrafi dzisiaj w żaden sposób odnaleźć drogi z punktu A do punktu B bez pomocy aplikacji GPS, mimo że aplikacja ta często wybiera trasę błędnie albo prowadzi tam, gdzie ludzie nie chcą się udać.

Amerykańscy naukowcy przeprowadzili badania z wykorzystaniem wywiadów z opiekunami i młodzieżą, a także analizowali opowiadania literackie oraz twórczość plastyczną młodych. Wspomniany wyżej wpływ najnowszych technologii pokazali na trzech polach, to jest polu kształtowania swojej tożsamości, polu relacji z rówieśnikami oraz na polu kreatywności. Chociaż sieć daje wiele możliwości, jeśli chodzi o związane z tożsamością eksperymentowanie i eksplorację – tak ważne przecież dla młodzieży – owe procesy rzadko zachodzą. Przedstawiciele pokolenia aplikacji to skupieni na sobie indywidualiści, którzy dbają o to, żeby przedstawiać siebie w internecie w jak najlepszym świetle. Mają oni być niezwykle pragmatyczni oraz nastawieni na karierę, której obarczone pomyłkami i wpadkami eksperymentowanie ma nie sprzyjać. Trzeba przecież budować wyidealizowany – i przez to sztuczny – wizerunek własnej osoby. Przekłada się to na relacje interpersonalne, znów nieautentyczne. Ciągły potok pojawiających się w sieci komunikatów pokazujących, jakie szczęśliwe jest życie danej osoby i jak dobrze się jej wiedzie, ma tak naprawdę powodować izolację od innych. Potencjał internetu dotyczący zbliżania do siebie ludzi nie jest zatem wykorzystywany z korzyścią dla młodych, którzy – aby prawidłowo się rozwijać – potrzebują przyjaciół. Kreatywność również cierpi; z pozoru młode osoby stają się bardziej twórcze, bo mogą na przykład pisać bloga, przy pomocy różnych aplikacji miksować grafiki lub filmy czy też komponować własną muzykę. Niestety – tak naprawdę aplikacje dają w tym względzie niewiele możliwości, ponieważ rządzą się konkretnymi i niezmiennymi prawami. Nawet jeśli się tworzy, robi się to zawsze w ramach danej – ograniczającej – aplikacji; znów mało jest miejsca na eksperymentowanie i dowolność. Młodzi stają się coraz mniej kreatywni.

Autorzy konkludują, że na zmianę współczesnej – niezbyt wesołej – sytuacji nie jest jeszcze za późno. Można jeszcze spowodować, że zamiast app-dependent dzieci sieci staną się app-enabled (termin Gardnera i Davis). To od nas – rodziców, nauczycieli, rządzących – zależy, czy zachęcać będziemy młodych do rzeczy wpływających na nich dobrze i rozwijających ich społecznie, kulturowo, intelektualnie. To na nas spoczywa obowiązek skłonienia ich do eksperymentowania z tożsamością, nawiązywania za pomocą sieci znaczących i bliskich relacji oraz przenoszenia ich poza internet czy swobodnej, niczym nieograniczanej twórczości.

Mimo tego podsumowującego przesłania, ogólnie można zawyrokować, że omawiana książka ma wydźwięk pesymistyczny. Autorzy inspirują się coraz popularniejszą dzisiaj krytyką charakterystycznych dla internetu procesów algorytmizacji i przenoszą ją zręcznie na sferę refleksji o najmłodszym pokoleniu. Niestety nie robią tego z dbałością o metodologiczny rygor naukowy. Chcąc być na czasie, akademicy z Harvard University popełniają błąd niczym niedoświadczeni i rozpoczynający swoją karierę naukowcy. W domyśle uogólniają na całe pokolenie wyniki swoich jakościowych, niereprezentatywnych badań uczniów i opiekunów z najlepszych szkół amerykańskich. Stąd właśnie czytelnik zaznajomiony z wynikami najnowszych dociekań na temat korzystania dzieci i młodzieży z internetu przecierać może oczy ze zdumienia. Szokujące jest zupełne rozmijanie się tego, o czym donoszą inni akademicy z tym, co opisują Gardner i Davis. Nie trzeba zresztą znać literatury fachowej, wystarczy obserwacja codzienności medialnej młodych, aby wiedzieć, że wśród nich eksperymentowanie z tożsamością, ale także bliskie relacje w sieci, są chlebem powszednim. Jak inaczej wytłumaczyć masowe wśród gimnazjalistów umieszczanie na swoich facebookowych profilach śmiesznych, fałszywych informacji na swój temat. Dodatkowo edukatorzy alarmują, że młodzi nie dbają o swój wizerunek, umieszczają w sieci dane osobiste, nie myśląc, kto ma do nich dostęp. Świat online jest dla młodego pokolenia przesycony emocjami i przyjaźniami do tego stopnia, że niektórzy nastolatkowie – pod wpływem tak zwanej cyberprzemocy (często jej sprawcami są znajomi z real life) – popełniają samobójstwa. Naukowcy z Harvardu mylą się także, co do kreatywności, choć są tutaj najbliżej prawdy. Kreatywność bowiem faktycznie cierpi, ale nie dlatego, że młodzi są ograniczani przez interfejsy, tylko dlatego, że po prosu nie tworzą – nikły odsetek nastolatków prowadzi bloga czy w jakikolwiek sposób remiksuje treści znalezione w sieci.

Książkę The App Generation należy potraktować jako miłą i potencjalnie inspirującą lekturę na temat domniemanych zagrożeń wynikających z internetowej algorytmizacji czy standaryzacji. Utożsamianie tej pracy z poważnym naukowym opracowaniem na temat kondycji współczesnego, młodego pokolenia mija się z celem. Dojść można do takiego wniosku również wtedy, gdy uświadomić sobie, że naczelny zarzut Autorów wobec aplikacji – zbytnie od nich uzależnienie – traci na ostrości wskutek swojego mocno anty-technologicznego nalotu. No bo przecież to, że dzisiaj coraz bardziej polegamy na aplikacjach, nie oznacza, że w przeszłości polegaliśmy na innych technologicznych narzędziach w mniejszym stopniu. Po lekturze książki nie do końca wiadomo, dlaczego opieranie się kiedyś na starych technologiach było mniej zdrożne. Odwołując się raz jeszcze do przywołanego przykładu – nie jest jasne, dlaczego w docieraniu do miejsca B z miejsca A korzystanie z mapy czy znaków drogowych – zamiast używania GPS – miałoby być korzystniejsze.

„Indywidualne kapitały” kultury

W grudniu tego roku ukaże się raport z badań „Punkty styczne: między praktyką a kulturą (nie)uczestnictwa”. Ten niezwykle ciekawy projekt zajmujący się uczestnictwem Polaków w kulturze prowadzony jest przez zespół badaczy z Uniwersytetu Gdańskiego i IKM w Gdańsku – między innymi profesora Cezarego Obrachta-Prondzyńskiego, dra Krzysztofa Stachurę, dr Agatę Bachórz czy Sławomira Czarneckiego. W tym miesiącu miałem okazję uczestniczyć w panelu dyskusyjnym, gdzie zespół poddał pod dyskusję efekty swojej pracy.

Na pewno na raport z badań wyczekiwać należy z niecierpliwością – projekt podejmuje wiele interesujących i wartych osobnych studiów zagadnień. Godna pochwały jest próba zrewidowania obecnych w socjologii spojrzeń na uczestnictwo w kulturze. W swoim krótkim komentarzu zwrócę uwagę na jeden z takich innowacyjnych pomysłów, wymagający moim zdaniem szczególnej uwagi, jako intelektualnie zapładniający i mający potencjał wypełnienia sporej luki badawczej w ramach badań nad uczestnictwem w kulturze.

Członkowie zespołu badawczego zauważyli, że, zajmując się uczestnictwem, należy poświęcić uwagę różnym kapitałom determinującym uczestniczenie bądź nieuczestniczenie w kulturze. Liczą się zasoby określone mianem „tradycyjnych”, to znaczy ekonomiczne czy te odnoszące się do kompetencji, umiejętności odbioru dzieł kultury. Oprócz nich ważne są – jak stwierdzili Autorzy raportu – „indywidualne (…) kapitały: energetyczności, otwartości i spontaniczności”, przy czym odgrywają one być może nawet większą rolę dla włączania się/wyłączania się do aktywności kulturalnych.

Podjęcie wątku tych „nowych” kapitałów jest bardzo odkrywcze. Szkoda, że badacze nie określili ich bardziej szczegółowo i precyzyjnie; nie zostały one ani skonceptualizowane, ani nie przedstawiono jasnego ich obrazu wyłaniającego się w toku realizacji badań. Ja sam uważam, że dokładniejsze pochylenie się nad nimi, byłoby zwróceniem się w stronę – często ignorowanych w badaniach z zakresu socjologii – psychologicznych, osobowościowych determinant uczestnictwa w kulturze.

Na przykład spójrzmy na takie kategorie jak ekstrawertyzm i introwertyzm. Czy introwertycy to – w przeciwieństwie do ekstrawertyków – ludzie nieuczestniczący w kulturze? A może jest odwrotnie, może to introwertycy są bardziej zaangażowani, aby kontemplować dzieła kultury czy je tworzyć? Czy nasza osobowość może być uznana za specyficzny zasób? Czy jako kapitału nie możemy potraktować swojej kreatywności i spontaniczności, pchających nas ku temu, aby w kulturze uczestniczyć? A może takim zasobem jest introwertyzm? Może jest i tak i tak, przy czym ekstrawertyzm i introwertyzm sprzyjają odmiennym formom uczestnictwa w kulturze?

Zespół badaczy sugeruje, że dla „włączenia do kultury” ważne są wspomniane wcześniej „energetyczność, otwartość i spontaniczność”. Widać tutaj właśnie nieświadome chyba promowanie pewnych determinant psychologicznych, wskazywanie, że z perspektywy uczestniczenia w kulturze warto być ekstrawertykiem. Taki pogląd potwierdza się we fragmencie raportu, gdzie mowa jest o „wzajemnym uczeniu się od siebie i zarażaniu dobrą energią”. Z wywodu Autorów wywnioskować można, że ograniczający jest ów brak energetyczności, otwartości i spontaniczności, czyli po prostu postawa introwertyczna. Aby odpowiedzieć na pytanie, czy faktycznie tak jest, należałoby – moim zdaniem – przeprowadzić dalsze badania. Uważam, że omawiany tutaj wątek raportu jest niezwykle wartościowy właśnie ze względu na zwrócenie uwagi na istotną i rzadko w socjologii podejmowaną kwestię.

Na zakończenie i nieco na marginesie warto zaznaczyć, że dyskurs psychologiczny bardzo często stoi w opozycji do socjologicznego. Ten drugi postrzega wypracowane w ramach psychologii kategorie jako będące przejawem konstruktywistycznego rekonstruowania systemu przez różnicowanie ludzi na zdrowych i chorych, dzielenia ich na lepszych (na przykład ekstrawertyków) i gorszych (introwertyków) oraz uzyskiwania w ten sposób specyficznej władzy. Zdaniem wielu socjologów kultury sprawczość ludzi wzmocniona może być przez uznanie, że podział na lepsze i gorsze nie ma podstaw i znaczenia. Przenosząc to na pole uczestnictwa w kulturze, uznać należałoby, że emancypujące jest coś, co zespół badawczy określa mianem „demitologizacji uczestnictwa”. Zakłada ona, że uczestnictwem jest wszystko to, co ludzie robią – każda forma uczestnictwa jest wartościowa i ważna. Takie przedstawienie sprawy wzmacniać ma sprawstwo, walczyć z ludzkimi „ograniczeniami, lękami czy skłonnościami do unikania ryzyka”. W przeciwdziałaniu owym lękom czy skłonnościom wcale nie szkodzi moim zdaniem przyjęcie perspektywy psychologicznej. Nie musi ona być mniej emancypująca i wzmacniająca sprawczość ludzi, zwłaszcza jeśli uznamy, że w kulturze możemy uczestniczyć różnie w zależności od „kształtu” naszej osobowości. Odwołując się do wspomnianego wcześniej ekstrawertyzmu i introwertyzmu, okazać się może, że zarówno ekstrawertyk i introwertyk uczestniczą w kulturze, tylko że robią to na swój własny sposób (już o tym wcześniej wspomniałem) i żaden z tych sposobów nie jest lepszy lub gorszy.

Uciekając od pojęć zombie

Książką Media, wersja beta Mirosław Filiciak udowodnił, że jest czołowym polskim badaczem popkultury i sieciowości. Autor zaproponował przystępną rekapitulację najbardziej aktualnych poglądów na temat mediów, przy czym każdy rozdział książki porusza się wokół odrębnych wątków, choć podskórnie ze sobą splecionych. Dla mnie najciekawsze okazały się fragmenty dzieła traktujące o coraz mocniejszych związkach filmów i gier, zanikaniu różnicy między tymi formami rozrywki, ale też świetny opis przemian współczesnej telewizji, przeobrażającej się w tak zwaną post-telewizję. Czytając Media…, rzeczywiście czuje się, że intuicje naukowe Filiciaka bezbłędnie odzwierciedlają kształt naszej medialnej rzeczywistości społecznej. Zrozumie to każdy zgłębiający omawianą pozycję fan najnowszych amerykańskich seriali – tak zwanych post-seriali.

Na szczególną uwagę zasługuje moim zdaniem propozycja metodologiczna polskiego medioznawcy wskazująca, w jaki sposób należy dzisiaj badać media. To właśnie owa koncepcja – wyznaczająca tory myślowe samego Filiciaka – jest jeszcze jednym powodem, dla którego jest on w swoich rozważaniach bardzo aktualny. Metodologiczna propozycja odzwierciedla dzisiejszy „klimat” budujący się wokół internetu czy mediów w ogóle. Już nie jest to huraoptymizm panujący niepodzielnie kilka lat temu. Jak wskazywałem w innym wpisie, wcześniej pozytywnie nastawieni badacze zaczynają poddawać w wątpliwość cudowną moc sieci mającej przeobrażać nasze życie na lepsze, a przynajmniej wskazują, że należy być ze swoimi analizami bardziej stonowanymi.

Filiciak taki właśnie jest, bowiem pokazał, że wielu akademików fetyszyzuje konstrukty teoretyczne. Autor uznał, że przedstawiciele filmoznawstwa czy kulturoznawstwa w dociekaniach na temat przemian mediów nieustannie poruszają się w kręgu tak zwanych „pojęć zombi” – nic nieznaczących terminów funkcjonujących jedynie na kartach książek czy czasopism. Chociaż w dziele nie wymienia się zbyt wielu takich pojęć, Filiciak zapewne uznałby za takowe termin Web 2.0, oznaczający serwisy mające opierać się na dobrowolnej i oddolnej pracy amatorów. Dla pojęć zombie coraz trudniej znaleźć jest referencje w rzeczywistości społecznej, przy czym posługiwanie się nimi wynika ze specyficznej pozycji badaczy mediów i ich motywacji. Naukowcy niejako stwarzają obszar swoich badań; konstruują owe martwe w codziennym życiu, lecz funkcjonujące w ich pracy, terminy, bo jest im to na rękę. Mocno sprawę uproszczając i uogólniając, zawyrokować można, że robią to, aby mieć co badać i aby ich teorie brzmiały interesująco i zdawały się mieć dużą wartość poznawczą.

Zdaniem Autora istotne jest kontekstowe uwrażliwianie rozważań. Nie chodzi o to, żeby całkowicie wyeliminować wszelkie terminy, ale o to, żeby skupić się na analizie codziennego życia ludzi. Być może warto „wyjść zza biurka” i za pomocą metod etnograficznych zarysować różne użycia mediów. Filiciak twierdzi, że jest to szczególnie istotne w czasach, kiedy użycia internetu czy komputera stają się coraz bardziej elastyczne i spersonalizowane. Odkrywając owe użycia, warto być może sięgać także do historii mediów, co sam Autor czyni, odwołując się do dziejów kina. Taki zabieg w bardzo interesujący sposób pozwala pokazać, że to co zwykliśmy dzisiaj uważać za rewolucyjne w sferze medialnej – ot choćby produktywność amatorów „promowana” przez sieć – wcale nie musi być aż tak nowe. Analiza historyczna dostarcza kulturoznawcy kolejnych argumentów na poparcie tezy o konieczności wyeliminowania z naukowych dociekań myślenia w kategoriach wspomnianych pojęć zombie.

Podsumowując: bardzo ciekawa i inspirująca metodologicznie – choć nie tylko – lektura.

Circle

Na popblogu bardzo rzadko opisuję czytane przeze mnie książki nienaukowe, ale tym razem zrobię wyjątek dla pozycji mocno związanej z moimi zainteresowaniami. Chodzi o powieść Dave’a Eggersa The Circle wydaną w 2013 roku. Dzieło to trudno jest jednoznacznie zaklasyfikować gatunkowo, bo chociaż mamy w nim dużo elementów świadczących o tym, że jest to fantastyka, to jednak równie blisko książce do gatunku, który Amerykanie zwykli określać mianem drama.

Rozczaruje się ten, kto lubi literackich bohaterów o wiarygodnie zarysowanej i rozbudowanej osobowości. Tutaj postacie są „płaskie” i jednowymiarowe, ale tak naprawdę nie o owych bohaterów chodzi. Odnieść można wrażenie, że podstawowym celem Autora było przedstawienie czytelnikowi fikcyjnego przedsiębiorstwa nazwanego Circle. Eggers wręcz bombarduje opisami kolejnych wynalazków technologicznych i planów owej firmy. Nie wiem, czy zabieg ten zastosował specjalnie, ale doskonale pasuje on do książki skupiającej się na zagrożeniach związanych z internetem, czyli z medium, w wypadku którego ewolucja przebiega bezprecedensowo szybko.

Nietrudno zauważyć, że Circle – przynajmniej na początku powieści – bardzo przypomina rzeczywistą firmę, jaką jest Google. Circle to najpotężniejsza korporacja świata, a jej założyciele wpadli na niezwykle prosty pomysł stworzenia jednego serwisu – nazwanego TruYou – dzięki któremu każdy internauta może załatwiać wszystkie swoje sprawy. Jeden profil i jedno hasło wystarczy, aby pracować, robić zakupy czy partycypować w serwisach społecznościowych. Nawet ktoś niezwykle krótkowzroczny nie dopatrzyłby się odniesień do tego, co już teraz proponuje nam Google. Co więcej czytając to, co o kampusie Circle napisał Eggers, też można się nieźle ubawić i znaleźć wiele rzeczy pasujących do kwatery głównej Google w Palo Alto i do tego, co tam się dzieje. Podobnie przyświecające wszystkim pracownikom hasła używane w Circle (na przykład „Sharing is caring”) są podobne do „Don’t be evil” Google’a.

Przedstawiona w książce fikcyjna cyberkorporacja co chwilę wprowadza w życie kolejne projekty w coraz skrajniejszy sposób ograniczające i naruszające prywatność internautów. Mamy zatem SeeChange, czyli rozmieszczanie – pod pozorem śledzenia warunków pogodowych – łatwych w obsłudze, miniaturowych kamer dających wgląd każdemu posiadaczowi profilu Circle, w to co dzieje się w niemal każdym zakątku globu. Mamy PastPerfect, program polegający na odkrywaniu życiowych historii naszych przodków przez wykorzystanie współpracującej ze sobą ogromnej rzeszy internautów. Mamy skierowany do polityków projekt czynienia siebie transparentnymi dla wyborców przez permanentną rejestrację wszystkich swoich aktywności. Wszelkie nagrania dostępne są naturalnie w chmurze, czyli na serwerach Circle. Mamy w końcu Demoxie, czyli będący w planach program obowiązkowego posiadania konta Circle przez każdego obywatela Stanów Zjednoczonych. Zabieg ten ma służyć wcielaniu w życie ideałów demokracji bezpośredniej – jeśli nie zagłosujesz w wyborach, Twoje konto zawiesi się i nie pozwoli Ci zrobić nic innego.

W książce bardzo interesująco opisane jest swoiste pranie mózgów, jakiemu poddawani są pracownicy Circle. W ramach swoich obowiązków zawodowych muszą ze sobą współzawodniczyć w nabijaniu tak zwanego PartiRank. Im więcej zdjęć, odnośników czy wpisów umieszcza się w Zingu – to circlowski odpowiednik Facebooka – im więcej się w nim komentuje, w im większej liczbie grup się udziela, tym wyżej jest się w PartiRanku i automatycznie w hierarchii firmy. Ludzie Circle to maszyny pracujące dwadzieścia cztery godziny na dobę, udzielające się na portalach społecznościowych z obowiązku, choć oficjalnie czyniące to, aby budować wspólnotę, podtrzymywać ludzką życzliwość i wzajemne wsparcie. Patrząc na to, jaki styl życia prowadzą bohaterowie, nietrudno zauważyć, że w świecie Circle nie ma czasu na spokój, wyciszenie czy kontemplację.

Dystopijny charakter powieści jest łatwy do rozszyfrowania. Momentami jest ona dość naiwna, choćby wówczas, kiedy opisywany jest fakt bezrefleksyjnego przyjmowania przez ludzi „udogodnień” Circle. Choć Eggers zasugerował, że są tacy, którym nowy porządek się nie podoba, a niezadowolonych polityków „usadza się”, wyciągając ich internetowe brudy (na przykład pokazując, że ściągają materiały porno), to jednak w ogóle nie wspomniał o ograniczeniach prawnych czy protestujących organizacjach pozarządowych. Generalnie internauci z entuzjazmem przyjmują to, co proponuje im tytułowy koncern, co prowadzi do totalitaryzmu opartego na pełnej inwigilacji i kontroli ukrytej pod szczytnymi ideami.

The Circle to niezwykle ciekawa pozycja, bowiem porusza się wokół tematu, którym zaczyna się dzisiaj zajmować coraz więcej akademików. Chodzi o kwestię zagrożeń związanych z naruszaniem prywatności internautów przez wielkie cyberkorporacje i – co za tym idzie – agencje wywiadowcze wielu państw świata. Warto zastanowić się, czy lansowane przez Circle hasła takie jak „Secrets are Lies” czy „Privacy is theft” nie mogłyby tak naprawdę stać się w przyszłości hasłami firm typu Google, Facebook, Twitter czy Amazon. Nasuwa się też pytanie: czy te koncerny już teraz postępują tak, jakby przyświecały im owe hasła? No bo przecież Mark Zuckerberg (założyciel Facebooka) czy Eric Schmidt (obecny szef Google) twierdzą, że posiadanie przez ludzi tajemnic, jest czymś złym.

Blogi w instytucjach kultury


Czy blogi mogą być skutecznym narzędziem marketingowym dla wszelkiej maści instytucji kultury? Czy mogą owym instytucjom pomóc w „sprzedawaniu” oferty kulturalnej? Czy konsumentów można przy ich pomocy zwabić, aby zainteresowali się teatrem, muzeami czy różnymi eventami proponowanymi przez animujące kulturę placówki?

Patrząc na to, jak wygląda polska blogosfera instytucji kulturalnych, można mieć pewne wątpliwości. Przede wszystkim ze względu na znikomą liczbę blogów okupujących ową kulturową część polskiej blogosfery. Poza tym, nawet jeśli pojawią się w niej jakieś e-dzienniki, to można podejrzewać, że wcale nie spełniają one swojej marketingowej funkcji (kto wie, może ich twórcy nie mają takowej na uwadze). Nie generalizując jednak, spójrzmy na dwa blogi; jeden fatalny w perspektywie tej funkcji; drugi całkiem niezły. Zestawmy ze sobą blog Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie (będę o nim pisał: „niefajny”) z blogiem Opera Bałtycka Weissblog (dalej określny jako „fajny”).

Wydaje się, że dziennik prowadzony przez Marka Weissa, dyrektora Opery Bałtyckiej w Gdańsku, to blog, którego istnienie udowadnia, że blogować w kulturze można. Twórca pisze tak, jakby zastosował się do rad akademików zajmujących się społecznymi aspektami internetu, a także do wskazówek marketerów pracujących w wielkich korporacjach. Właśnie w taki sposób powinien postępować każdy pracownik placówki kultury, chcący prowadzić interesujący i przyciągający blog.

Co zatem zrobił Weiss, czego nie zrobiono w wypadku dziennika niefajnego. Po pierwsze zrozumiał, że aby skutecznie budować społeczność wokół swojej instytucji, należy pobawić się w tak zwany storytelling. Blog prowadzony przez placówkę nie może być tylko pustym, beznamiętnym sprawozdaniem na temat tego, co w danym momencie w konkretnej instytucji porobić, zobaczyć, jak ową placówkę znaleźć. To nie miejsce na – jak w przypadku blogu niefajnego – opisy muzealnych eksponatów. To raczej przestrzeń, gdzie czytelnikom należy zaoferować wciągającą i osobistą opowieść na dany temat. Weiss robi to świetnie, gdyż każdy wpis nazwać można około-operowym, to znaczy poruszającym się w temacie opery, ale zahaczającym o osobiste życie Autora, politykę, kwestie społeczne.

Posty na blogu fajnym mają charakter eseistyczny. Można powiedzieć, że to właśnie ta jego cecha powoduje, że Weiss stosuje się do marketingowych zaleceń zawartych w Cluetrain Manifesto, czyli biblii marketerów chcących skutecznie promować coś w internecie. Jedna z zasad wspomnianego manifestu głosi, że „rynki to rozmowy” i że w sieci nie da się czegoś reklamować, nie rozumiejąc działających oddolnie, kreatywnych i nastawionych na zabawę internautów. Nie ma w sieci miejsca na suchy, beznamiętny przekaz. Jeśli się to zrozumie, jest się na dobrej drodze, aby wdrażać tak zwany relationship marketing, czyli marketing nastawiony na komunikację i opierający się na przekonaniu, że to odbiorcy są w stanie dobrze coś wypromować – na przykład zaczną masowo komentować wpisy, a co ważniejsze zaczną do nich odsyłać na swoich blogach czy w serwisach społecznościowych. Informacje o tym, co piszemy, a co ważniejsze o naszej instytucji i jej ofercie, nieść się zaczną na skrzydłach marketingu wirusowego (viral marketing). Kto wie, może internauci sami zaoferują, aby pisać na naszym blogu swoje własne wpisy – wtedy oprzeć się możemy na pracy „amatorów”, tylko ją nadzorując.

Jednym słowem, przy prowadzeniu blogu ważne jest, aby być autentycznym. Wątpliwe jest, aby prowadzący blogi instytucji kulturalnych wpadali na pomysły niczym z dziennika Wal-marting Across America, ale o autentyczność należy pamiętać na każdym kroku, rozumiejąc ją właśnie jako utrzymywanie osobistego tonu. Oczywiście wspomnieć można by o szeregu innych wskazówek, o których aż gęsto w różnych poradnikach: częstym i regularnym pisaniu, odpowiadaniu na komentarze, wybieraniu specyficznego tematu, na temat którego się bloguje, wykorzystaniu blogów do SEO itd. Nie będę jednak o tym pisał, bo – jak już wspomniałem – dużo na ten temat źródeł (na przykład książka Blogowanie Jill Walker Rettberg – z niej pochodzi użyta we wpisie grafika). Instytucje kultury chcące blogować nie będą miały problemów, aby owe źródła znaleźć – szkopuł w tym, żeby rzeczywiście chciały, a z tym, patrząc na liczbę „kulturalnych blogów”, może być kiepsko.

Internetowe randki = ciągłe zawody?


Eva Illouz w swojej książce Cold Intimacies przedstawiła trzy wykłady na temat „emocjonalnego kapitalizmu”. Badaczka jest zwolenniczką teorii krytycznej, a zatem „znęca się” nad obliczem współczesnego kapitalizmu mającego wywierać niezbyt korzystny wpływ na ludzką kondycję. W takim duchu utrzymane są wszystkie trzy części książki; ja sam chciałbym skupić się na ostatniej z nich, dotyczącej zjawiska internetowych randek – jako badacza sieci to właśnie ten wątek interesuje mnie najbardziej. Ale po kolei, bowiem aby zrozumieć, o co Autorce chodzi, warto bardzo ogólnie wyłuszczyć tezy zawarte w dwóch pierwszych fragmentach.

To właśnie w nich Illouz „wyżywa się” nad jedną z dziedzin nauki, to jest psychologią, opisując specyficzny klimat dzisiejszych czasów, w których dyskurs psychologiczny wyznacza ramy społecznego życia. Psychologię i proponowane przez nią rozwiązania należy traktować w kategoriach czysto wyobrażeniowych, czyli jedynie jako jedne z szeregu możliwych wyjaśnień zachowań ludzkich. Sęk w tym, że ów psychologiczny dyskurs rości sobie prawo do nieomylności i bycia wyłącznym sposobem wyjaśniania. Doskonale zresztą się to udaje: dyskurs psychologiczny dominuje, co przejawia się w dwóch zjawiskach: 1) zatarciu podziału między nie-emocjonalną sferą publiczną i emocjonalną sferą osobistą ludzi, 2) upowszechnieniu przekonania, że w życiu każdej jednostki najważniejsza jest samorealizacja (w sferze osobistej, zawodowej itd.). Dodatkowo panować zaczynają poglądy, że można ją osiągnąć tylko dzięki uwolnieniu się od mroków przeszłości, czyli zrozumieniu, jakie przyczyny psychologiczne (ukryte w otchłaniach dzieciństwa, wynikające z osobowości itd.) są przeszkodą w osiągnięciu samospełnienia.

Przejawów pierwszego zjawiska szukać można w biznesie, a są nimi chociażby wzrastająca rola działów HR w różnych firmach, nastawienie na wyrabianie umiejętności interpersonalnych menadżerów, dbałość o dobre samopoczucie psychiczne pracowników itp. Wydajność w biznesie oceniania jest coraz bardziej w kontekście dbałości o emocje, a więc czegoś, co kiedyś ograniczone było tylko do życia rodzinnego – dzisiaj życie zawodowe (i publiczne w ogóle) ulega właśnie „uemocjonalnieniu”. Jeśli chodzi o drugie zjawisko (to związane z samorealizacją), Illouz wskazała, że podstawowym jego beneficjentem są wszelkiej maści psychoterapeuci. Nie od dziś wiadomo, że w Stanach Zjednoczonych nawet zwierzęta posyłane są przez swoich właścicieli na kozetkę (kuwetkę?) do specjalisty. Fragment książki, gdzie Autorka opisała tak zwany dyskurs terapeutyczny może się podobać ze względu na swój lekko ironiczny charakter, co nie przeszkadza w ostatecznym stwierdzeniu, że psychoterapeuci – i proponowany przez nich proces „poszukiwania samego siebie” – naprawdę mogą się przyczynić do zwiększenia dobrostanu konkretnych osób.

Dochodząc do sedna wpisu – czyli do randek internetowych – terapeuci zdają się czerpać profity ze swoistej racjonalizacji emocji i sposobów konstruowania własnego „ja”. Aby się samorealizować trzeba najpierw swoje życie wewnętrzne rozłożyć na czynniki pierwsze, posegregować odczuwane emocje, wykluczyć te cechy własnej osobowości, z których nie jesteśmy zadowoleni, a rozwijać te, które nam służą. Kwintesencją takiego „rozkładania siebie” (swojego „ja”) są randki internetowe. Od razu warto zaznaczyć, że Illouz napisała o amerykańskich serwisach, gdzie normą jest ekstensywne opisywanie samego siebie przez wypełnianie szeregu testów osobowości, co ma doprowadzić do znalezienia najlepszego dla nas – najlepiej do nas dopasowanego – partnera. Proces poszukiwania miłości podlega zatem dyktatowi rozumu.

Chwała Autorce, że nie obrała łatwej drogi wybieranej przez tak wielu badaczy negatywnie nastawionych wobec internetu. Illouz nie narzeka, że w związku z tym, że w sieci mamy mnóstwo ludzi wystawionych na „sprzedaż” niczym towary w sklepie, następuje atomizacja czy rozerwanie więzi. Stwierdziła coś odwrotnego, kiedy zauważyła, że internet jest pomocny, jeśli chodzi o znajdowanie innych ludzi. Sedno w tym, że potrafi unieszczęśliwiać poszukujących miłości. Profilowe dopasowywanie pod względem osobowości ułatwia nawiązanie kontaktu, podobnie budujące są rozmowy toczone w serwisach randkowych; mogą się one „ciągnąć” bardzo długo, tak że przyzwyczajamy się do rozmówców i wydają się nam oni perfekcyjnie do nas dopasowani. No właśnie – tylko wydają. Illouz twierdzi, że sieciowe randkowanie to pasmo niepowodzeń i zawodów. Przepytywani przez badaczkę (pogłębione wywiady osobiste) internauci wielokrotnie podkreślali, że zwykle jest tak, że ktoś, kto wydawał się w sieci perfekcyjny, już na pierwszym spotkaniu „na żywo” okazał się beznadziejny. Aby wyrobić sobie taką opinię nie trzeba randkującym zbyt wiele: wystarczy uścisk dłoni czy pierwsze słowa wypowiedziane przez drugą osobę. I tak w kółko – kolejne rozmowy online, kolejne randki offline, kolejne zawody... Autorka zauważyła, że związki intymne nie powinny być przedmiotem racjonalizacji, nie możemy rozkładać na czynniki pierwsze naszej osobowości i drobiazgowo analizować cech partnera. Inaczej niż w internecie, związki należy traktować holistycznie. Ileż to razy zdarza się nam zakochać w osobie, w której wydawać by się mogło, że zakochać się nie możemy (a przynajmniej stwierdzamy tak, patrząc na charakterystykę tej osoby). Miłość opiera się w dużej mierze na biologii, a zatem konieczne jest dla niej to, czego w sieci nie uświadczymy, czyli intuicja, jak również coś, co zwykliśmy nazywać „chemią”…

„Postfutbol”, „modern football” i Zawisza


Postanowiłem zastosować się do hasła, które reklamuje Postfutbol na fanpejdżu wydawcy tej książki. Chodzi o to, żeby „w dzień czytać, a wieczorem i w nocy oglądać mecze” (mniej więcej tak brzmiała owa zachęta). Po lekturze książki Mariusza Czubaja, Jacka Drozdy i Jakuba Myszkorowskiego stwierdzam, że na pewno spodoba się ona osobom, które piłką nożną się interesują, ale nie naukowo. To właśnie dla nich kulturoznawcze rozłożenie na czynniki pierwsze tej dyscypliny, okazać się może odkrywczą i fascynującą przygodą intelektualną. Stać się tak może tym bardziej, że Autorzy są niezwykle kompetentni w prezentowaniu tematu. Omawianą pozycję czyta się naprawdę dobrze, a jej wielkim walorem są wielokrotnie przytaczane ciekawostki i historyjki ze świata futbolu. Paradoksalnie Czubaj i reszta w jednym z początkowych fragmentów książki odżegnują się od owych historyjek, twierdząc, że nie są one esencją ich dzieła. Moim zdaniem stanowią one nie tylko doskonałe uzupełnienie przytaczanych tez, ale także są wartością dodaną Postfutbolu.

Drugi typ odbiorców, którzy sięgnąć mogą po książkę, to akademicy obeznani z poruszanym tematem. Ci prawdopodobnie stwierdzą, że mamy do czynienia z próbą wyjścia poza dotychczas podejmowane w literaturze przedmiotu rozważania i ukazanie pewnych zjawisk w nowym świetle. Widoczne jest to chociażby we fragmencie, gdzie Czubaj i Współautorzy chcą „przełamać” sztywną opozycję między skomercjalizowanym futbolem (traktowanie klubów niczym firmy) a zjawiskiem „autentycznej” wspólnoty „prawdziwie” i zawsze wiernych kiboli (fanatyków przygotowujących oprawy, głośno dopingujących itd.). Autorzy twierdzą na przykład, że podziały związane z samymi fanami nie są do końca jasne, a granice między „kibolami” a „piknikami” (spokojni kibice, oglądający mecz z czysto sportowych względów) często płynne. Niestety – próby „rozmontowania” powszechnych naukowych poglądów nie są zbyt udane, bowiem utarte schematy wracają praktycznie w każdym rozdziale, a Autorom brakuje odwagi, aby raz na zawsze się z nimi rozprawić. Można odnieść wrażenie, że co chwilę czyta się o komercjalizacji piłki, jej profesjonalizacji, ciągłym ścieraniu się modern football z tradycyjnym – „kibolskim” – wymiarze piłki.

Braku świeżego spojrzenia nie należy się jednak dziwić, ponieważ Autorzy swój wywód konstruują wokół zaproponowanego konceptu postfutbolu, przez który rozumieją współczesne oblicze – skomercjalizowane i sprofesjonalizowane – najpopularniejszej gry na świecie. Moim zdaniem można się „przyczepić” do kilku przedstawianych poglądów mających świadczyć o dominacji tego oblicza. Na przykład Czubaj i reszta twierdzą, że w epoce postfutbolu na znaczeniu tracą wielkie futbolowe narracje. Przejawem tego ma być zwrot w stronę piłki klubowej, czyli poświęcanie coraz mniejszej uwagi rozgrywkom reprezentacyjnym. No cóż – nie wiem, kiedy dokładnie pisana była książka, ale na pewno nie wówczas, kiedy rozgrywany jest Mundial. O tym, jakie emocje on wywołuje i o tym, że rozgrywki te traktować można w kategoriach opowieści, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Innym przejawem upadku futbolowych narracji ma być odmitologizowanie piłkarzy przestających być traktowanymi w kategoriach bóstw (casus Maradony), a stających się bliskimi nam (często dzięki Twitterowi, Facebooki itd.) zwykłymi ludźmi ocenianymi przez pryzmat suchych statystyk. Czy rzeczywiście tak jest? Chyba nie do końca, o czym świadczy roztrząsany dzisiaj w mediach, jak najbardziej mityczny pojedynek dwóch wybitnych piłkarzy – Leo Messiego i Cristiano Ronaldo.

Podsumowując, czegoś mi w omawianej książce brakuje. Czegoś, co pozwoliłoby stwierdzić, że mamy do czynienia z wyraźnym odejściem od wyświechtanego już opisywania z jednej strony modern football, a z drugiej „autentycznych” wspólnot kibolskich. Może warto by więcej miejsca poświęcić licznym zjawiskom każącym sądzić, że owa opozycja jest nadmuchana i wydumana. Czy kiboli nie można ująć także jako piewców komercjalizmu, a przede wszystkim jako grupy realizującej interesy swoich członków. Zobaczmy przykład Zawiszy Bydgoszcz – drużyny, której kibicuję i na mecze której chodzę. Na pierwszy rzut oka mamy w jej przypadku do czynienia z typowym konfliktem modern football kontra fanatycy. Oto wierna, kierująca się specyficznym kibicowskim kodeksem grupa przeciwstawia się chcącemu wprowadzać na stadion policję właścicielowi Radosławowi Osuchowi, bo on traktuje klub niczym przedsiębiorstwo, swój osobisty plac zabaw. Bliższe przyjrzenie się sprawie uświadamia, że sami kibole również komercjalizują klub. Ich stowarzyszenie jest właścicielem praw do logo Zawiszy, w związku z tym jako jedyne może sprzedawać – i czerpać z owej sprzedaży niebotyczne zyski – koszulki czy gadżety klubowe. Osuch, chcąc pozbawić fanów owych zysków i przejąć prawa do logo, niezmiernie owej grupie się naraził.

Socjobiologia w sukurs popkulturze

Miłośnicy popkultury – śpijcie spokojnie; po raz kolejny nauka udowodniła, że popkultura jest dobra. Czytajcie stosy książek, oglądajcie ile wlezie telewizji i spędzajcie godziny przed monitorem, grając w gry, bowiem jest to dla Was z pożytkiem. Do takich wniosków dojść można, czytając książkę Jonathana Gottschalla The Storytelling Animal. Nie przedstawił w niej autor obrony kultury popularnej sensu stricte, raczej spróbował udowodnić, że każdy z nas jest tytułowym „zwierzęciem od opowiadania historii”. Omawianą pozycję traktować należy jako przedstawione z perspektywy psychologii ewolucyjnej ujęcie człowieka niczym zanurzonego w świecie fikcji i czerpiącego z owego zanurzenia wiele korzyści.

Zdaniem Gottschalla fikcyjne światy nie są charakterystyczne tylko dla dzieł popkultury, lecz towarzyszą nam praktycznie wszędzie. Autor znalazł wiele przykładów tej tezy, wspomniał o snach i stwierdził, że są one niczym innym, jak podświadomym odgrywaniem różnych – często dziwacznych – sytuacji. Snucie historii (storytelling) pozwala nam porządkować świat i połapać się w jego chaosie, co udowodnił Amerykanin, rozwodząc się przez znaczną część książki o religii oraz mitach narodowych. W wypadku obydwu zjawisk mamy do czynienia z rozbuchanym storytellingiem, z czystej maści konstruktywizmem społecznym, czyli – znacznie rzecz uogólniając – tworzeniem sztucznych podziałów między ludźmi.

Aby pokazać, że nasze życie jest zgrabnie skonstruowaną opowieścią, napisał Gotschall o ciągłym fantazjowaniu na swój temat, nazywanym przez niektórych procesem budowania tożsamości. Jak dowiódł Amerykanin, mamy w przypadku owego procesu do czynienia ze swoistym opowiadaniem historii swojego własnego życia. Opowiadanie to jest oparte na wybielaniu swojej osoby, racjonalizowaniu „złych postępków” i podkreślaniu „dobrych”. Ci z nas, którzy mają szczęście nie mieć depresji – jedynego stanu, kiedy możemy zobaczyć rzeczy takimi, jakimi są naprawdę – nieustannie wyolbrzymiają zalety swojej osoby i wady wszystkich wokoło.

Fikcja trzyma nas w żelaznym uścisku i nie chce puścić, ale wcale nam to nie doskwiera. Mało tego, spełnia dla nas ważne funkcje, pozwala się uczyć reguł życia społecznego, umożliwia znalezienie się w różnych sytuacjach społecznych oraz przygotowuje do nieprzewidzianych zdarzeń. Dzieje się tak dlatego, że opowiadane narracje pokazują zmaganie się z najrozmaitszymi problemami. Zwykle są one rozwiązywane z korzyścią dla bohatera, a zatem fikcja wskazuje nam, jak postępować, żeby przezwyciężyć kłopoty.

Takie zadanie spełnia również popkultura pociągająca nas nie dlatego, że zapewnia rozrywkę, ale dlatego że stanowi istotny mechanizm adaptacyjny. Jako taka kultura masowa cieszyć się będzie niesłabnącą popularnością, a także stanie się bardziej wysublimowana. Zdaniem Gottschalla widać to doskonale już dzisiaj, chociażby w przypadku powstania gier MMORPG, zapewniających nie tyle chwilowe przeniesienie do sztucznie wykreowanych światów, ile doświadczenie kompletnej w nich imersji.

Zamiłowanie i predyspozycje do storytellingu są dla autora cechą biologiczną, wynikającą z budowy naszego mózgu. Nawiązując do modnego ostatnio tematu, jakim jest gender, stwierdzić należy, że opisywana książka nie spodoba się miłośnikom owej nieideologii. Amerykanin jest bezkompromisowy w swoich poglądach, co przejawia się chociażby wówczas, gdy postawił wyraźną granicę między fikcjami snutymi przez kobiety i mężczyzn. Każda płeć opowiada inne historie, co ma być widoczne już w dzieciństwie. Gotschall pokazał, że totalną porażką kończyły się wszelkie eksperymenty mające na celu doprowadzenie do sytuacji, kiedy dziewczynki bawiłyby się samochodami czy strzelały do innych dziewczynek, używając zabawkowych pistoletów, a chłopcy urządzali zabawy lalkami czy w sklep.

Podsumowując, stwierdzić należy, że kluczowe tezy Amerykanina nie powalają oryginalnością. O socjalizacyjnej roli kultury popularnej czy szerzej rozumianego snucia historii napisano już dość dużo. Mimo to książka może się podobać, bowiem obrona popkultury przy pomocy psychologii ewolucyjnej to naprawdę interesujące i nowatorskie podejście. Do tej pory socjobiologowie raczej narzekali na kulturę masową, traktując ją w kategoriach wpisanego w nasze uposażenie genetyczne zamiłowania do seksu i przemocy. Co prawda autor chaotycznie skacze z tematu na temat, a poszczególne wątki są zbyt luźno powiązane, ale przytaczanie wielu „scen z życia codziennego” oraz eksperymentów psychologicznych ilustrujących omawiane zagadnienia czyni omawianą pozycję bardzo ciekawą.

Uczestnictwo w kulturze a internet

Widownia napisała o stylu życia i kulturze. Zainspirowany tym wpisem oraz pewnym panelem podejmuję podobny temat.

21 lutego 2014 roku miałem przyjemność uczestniczyć w panelu eksperckim Uczestnictwo w kulturze: jak uchwycić „kulturę w biegu”? zorganizowanym przez zespół badaczy pracujących nad projektem Punkty styczne: między praktyką a kulturą (nie)uczestnictwa (grant Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w programie Obserwatorium kultury).

Kierownik projektu – profesor Cezary Obracht-Prondzyński oraz inni naukowcy (m.in. Agata Bachórz i Krzysztof Stachura) przedstawili wyniki badań pilotażowych (metoda dzienniczkowa i etnografia). Celem panelu była wymiana myśli zaproszonych ekspertów, co zaowocować miało wskazówkami dla zespołu badawczego dotyczącymi tego, jak prowadzić dalsze dociekania nad uczestnictwem w kulturze.

Jeden z poruszonych podczas spotkania wątków związany był z rozumieniem pojęcia uczestnictwo w kulturze. Czy należy je utożsamiać z instytucjonalnym wymiarem, to znaczy z chodzeniem do kina, teatru, na koncerty, kupowaniem i ściąganiem muzyki czy filmów. A może niekoniecznie; może uczestnictwem są również takie aktywności, jak uprawianie jakiejś dyscypliny sportowej czy gotowaniem potraw charakterystycznych dla ulubionej kuchni, niech będzie, że indyskiej. Jeśli tak, to należałoby potraktować uczestnictwo jako kategorię mocno performatywną, związaną z wieloma naszymi codziennymi wyborami i zachowaniami.

Osoby pracujące nad projektem nie do końca się określiły, którą opcję przyjęły. W materiałach zaprezentowanych zaproszonym ekspertom uczestnictwo raz traktuje się instytucjonalnie, raz performatywnie. I nie ma w tym niczego złego; można przecież przyjąć, że na badane zjawisko patrzy się wielowymiarowo, a działania konkretnych osób ujmuje się jako rozpięte na kontinuum instytucjonalność-perfomatywność.

W kontekście opisywanego problemu ciekawi mnie, w jaki sposób badacze podejdą do aktywności respondentów w internecie, bo przecież niezwykle trudno jest rozstrzygnąć, po jakiej stronie wspomnianego kontinuum mieszczą się działania sieciowe. Czy jeśli mój blogowy wpis traktuje o kuchni indyjskiej, a używam Bloggera lub Wordpressa, to jest to uczestnictwo w kulturze instytucjonalne czy performatywne? Oczywiście takie i takie.

Internet jest obszarem, gdzie najtrudniej jest „posegregować” zachowania kulturalne ludzi i przypisać je do jednego z omawianych wymiarów. Co więcej, sieć może przesuwać owe aktywności w jedną albo drugą stronę. Weźmy miłośnika kuchni indyjskiej, na co dzień pichcącego coś pysznego, ale nie opisującego tego w necie; weźmy również tego, który prowadzi na temat swojego gotowania bloga, wykorzystując jedną z wielu popularnych platform. Działanie tego drugiego przesunie się mocno w stronę instytucjonalnego krańca kontinuum. Popatrzmy z kolei na dwóch fanów filmów, regularnie chodzących do kina. Jeden z nich korzysta z sieci sporadycznie, drugi bardzo często, bo pisze recenzje obejrzanych filmów do portalu filmowego. Ten drugi będzie naturalnie działał bardziej performatywnie od pierwszego.

Projektując wszelkie badania na temat uczestnictwa w kulturze, należy zatem pamiętać o dylematach odnoszących się do kategoryzowania zjawisk internetowych. Sieć często automatycznie utożsamia się z performatywnością – głównie w związku z patrzeniem na nią przez pryzmat modnego ostatnio pojęcia kultury partycypacji – i przez to zapomina o jej instytucjonalnym wymiarze. Kreatywnym i twórczym jest się w internecie zwykle tylko wówczas, gdy ma się założone konto na Facebooku lub googleowski profil. Od „instytucjonalizacji” sieci się nie ucieknie.

Na koniec jeszcze jedna uwaga, kto wie, może najbardziej znacząca. Zastanawiając się nad teoretycznymi i metodologicznymi założeniami dociekań nad uczestnictwem, trzeba sobie uzmysłowić, że ważne jest rozstrzygnięcie, czym aktywności internetowe różnią się od nieinternetowych. Czy pisanie bloga kulinarnego jest czymś innym, niż zapisywanie przepisów w zeszycie i wklejanie do niego kolorowych zdjęć ulubionych potraw? Czy prowadzenie dziennika sieciowego jest bardziej „instytucjonalne”? A jeśli tak, to dlaczego? Czy rozmowa „na żywo” ze znajomymi na temat ulubionych filmów jest bardziej „performatywna” od pogawędki na ten sam temat toczonej w internecie. Może nie, skoro ludzie często traktują obie te formy komunikacji jako tożsame.

Na takie i inne pytania powinien odpowiedzieć sobie każdy, kto planuje badania nad uczestnictwem w kulturze.

 

Fantazjowanie Folmana

Kiedy włączałem film Ari Folmana Kongres (The Congress; 2013), myślałem, że na pewno mam do czynienia z wybitnym dziełem. W mojej głowie zaświtała myśl: „posiłkując się Lemem, nie można stworzyć niczego słabego”. Spodziewałem się doznać wstrząsu porównywalnego z tym, którego doświadczyłem, po raz pierwszy oglądając The Matrix.

Niestety, zawiodłem się. Tłumacząc powody owego zawodu, nie chcę skupiać się na podjętym przez reżysera tematem ułomności ludzkiego postrzegania i poznania. Nie będę również roztrząsał wątku związanego z uniwersalnym pytaniem dotyczącym tego, czy należy dążyć do odkrycia prawdy za wszelką cenę – nawet wiedząc, że jest ona straszna i nam się nie spodoba – czy lepiej żyć w błogiej nieświadomości. Nie; tego nie chcę krytykować. Chcę natomiast zbesztać Izraelczyka za przewodni – moim zdaniem – motyw omawianego obrazu. Chodzi o krytykę współczesnej kultury popularnej, ukazanie jej niczym zaciemniającej rzeczywistość i wtłaczającej nas w świat słodkiej ułudy.

Folman pokazał społeczeństwo, gdzie każdy stać się może – dzięki halucynogenom – kim tylko zapragnie, na przykład bohaterem popkultury. Ludzie wolą zostać „zamienieni” w fantasmagoryczne manifestacje swoich idoli, niż żyć swoim – prawdziwym – życiem. Za pomocą filmu z gatunku science fiction reżyser bije na alarm, a jego przesłanie jest jasne; w dzisiejszym świecie umierają prawdziwa kultura, teatr czy poważne, czyli niefantastyczne (czytaj głupawe) kino. Szczególnie w pierwszej połowie obrazu widać, że Izraelczyk pogardza grami komputerowymi jako rozrywką, w wypadku której wcielić się możemy w dowolną postać. Folmanowi nie podoba się to, że coraz większą część naszego życia spędzamy w cyberprzestrzeni, że spełnia ona dla nas eskapistyczną funkcję i że do jej obsługi potrzeba coraz mniej specjalistów-inżynierów (cała rzesza bezrobotnych może się zatem do woli oddawać fantazjowaniu).

Aż trudno uwierzyć, że filmy takie jak Kongres cały czas powstają. Wydawać by się mogło, że w czasach, kiedy jakość kultury popularnej znacząco się podniosła, a jej oferta jest coraz bogatsza (a nie uboższa, jak widzi to reżyser), omawiana kultura wreszcie się wyleczy ze swojego własnego kompleksu. Chciałbym, żeby dzieła powstające w jej obrębie w końcu przestały kalać swoje własne gniazdo. Niestety tak się nie dzieje, co pokazuje obraz Izraelczyka. Czekam na czasy, kiedy twórcy pokroju omawianego reżysera pójdą za akademikami i dostrzegą wartość popkultury. Kto wie, może płonne moje nadzieje, bo przecież – jak powszechnie wiadomo – narzekać jest łatwiej, niż patrzeć przez różowe okulary.

Prawdopodobnie Kongres zasługuje na gruntowniejsze omówienie niż to popblogowe. Ja jednak nie będę się nad nim dłużej pochylał; plik zawierający omawiany obraz zniknął już z dysku twardego mojego komputera. Nie mogłem nie wyrzucić do kosza filmu reżysera, który udowadniając widzom, że są idiotami fascynującymi się „nieprawdziwymi” przekazami pop, nie spostrzegł, że sam fantazjuje na temat swojego dzieła. Fantazjuje, bowiem twierdzi, że przedstawił adaptację książkowego Kongresu futurystycznego. Paradoksalnie wizja Folmana ziszcza się w przypadku jego własnej kreacji; oto faktycznie mamy do czynienia ze słabą popkulturą, dla celów marketingowych wmawiającą ludziom rzeczy nieprawdziwe.

Kryzys wiary

Oczy z niedowierzania wybałuszam! Czyżby redaktor Edwin Bendyk powoli stawał się krytykiem internetu. Wpływowy dziennikarz uznany za rzecznika nowych trendów internetowych oraz zwolennika tak zwanej wolnej kultury każe się zastanowić nad naszym bezkrytycznym uwielbieniem sieci i „otwartości” kulturalnej z nią związanej. Redaktor na swoim blogu napisał rzecz następującą (abstrahuję od kontekstu, w jakim wpis Bendyka się pojawił, zaznaczając, że warto nań zwrócić uwagę):
Instrumentem zarządzania dobrem wspólnym, jakim jest kultura i umożliwiającym jednocześnie życie artystom jest prawo autorskie. Wymyślone w epoce druku wymagało już wielokrotnie modernizacji w miarę rozwoju nowych technologii. Nie inaczej jest dzisiaj – cyfrowa rewolucja zmieniła wiele. W rewolucyjnym zachwycie nad możliwościami internetu nie ulegajmy jednak pokusie technologicznego i dziejowego determinizmu. To, że coś jest technologicznie możliwe – np. łatwe, bezkosztowe dzielenie się kulturą nie oznacza, że wszystkie praktyki tego dzielenia się są jednakowo prawomocne. 
Tak się składa, że jestem świeżo po wystąpieniu na gdańskim bibliocampie, gdzie opowiadałem między innymi o dwóch typach tak zwanych cyberpesymistów, czyli badaczy (naukowców, dziennikarzy, ludzi kultury) głoszących, że internet wcale nie jest technologią prowadzą wprost do powszechnego szczęścia. Wyróżniłem dwa typy osób tak uważających: sieciowych sceptyków oraz miłośników internetu, którzy stracili wiarę.

Pierwszych nikt już nie traktuje poważnie. Neil Postman, Andrew Keen czy Nicholas Carr głoszą na tyle radykalne poglądy – i na tyle nietrafne – że patrzy się na nie z przymrużeniem oka. Jeśli ktoś twierdzi, że internet jest z gruntu zły i że cokolwiek i w jakikolwiek sposób byśmy w sieci nie robili, zawsze wpędzimy naszą kulturę i ekonomię w permanentny kryzys, to nie może liczyć na nic innego jak prześmiewcze komentarze.

Ciekawsze są twierdzenia reprezentantów drugiej grupy. Są to badacze, którzy swoje książki czy artykuły przeważnie rozpoczynają słowami typu (dla wygody podaję w formie męskiej): „kiedyś byłem zwolennikiem internetu, pracowałem nad jakimś startupem lub w jednej z firm z Krzemowej Doliny, mam w tym miejscu mnóstwo znajomych, lecz w pewnym momencie nadeszło zwątpienie, coś we mnie przeskoczyło i zrozumiałem, że błądzę. Internet wcale nie jest tak cudownym medium, za jakie się go uważa”. Ci, którzy przeżywają kryzys wiary, tęsknią do starych dobrych czasów, ale traktują je inaczej niż sieciowi sceptycy. Postman, Keen czy Carr uważają je za czasy przedinternetowe, natomiast ci, którzy są miłośnikami, ale już nie wierzą, zazwyczaj twierdzą, że internet kiedyś był w porządku. Kiedyś, czyli wówczas, gdy pewne podmioty, nazwijmy je nowymi pośrednikami kultury, nie zaczęły zdobywać zatrważającej wręcz władzy nad życiem setek milionów ludzi. Utrata wiary wyraźnie podszyta jest obawą przed owymi pośrednikami, na przykład przed takimi gigantami jak Google czy Facebook. Firmy te obiecują rozwiązać wszelkie bolączki społeczne (Evgeny Morozov), a tak naprawdę powodują setki nowych, w tym przede wszystkim naruszają naszą prywatność (Lori Andrews, Joseph Turow) czy zamykają nas w tak zwanej bańce filtrującej (filter bubble – termin Eli Parisera). W jej przypadku chodzi o personalizację, czyli dostosowywanie internetowych treści do konkretnych użytkowników. To, że na Facebooku wyświetlają się nam wpisy tych samych osób oraz fakt, że ciągle czytamy artykuły na ten sam temat, ma być z niekorzyścią dla naszego rozwoju intelektualnego i partycypacji demokratycznej (najczęściej czytamy rzeczy rozrywkowe, bowiem najłatwiej wchodzą one do bańki, a nie skupiamy się na problemach społecznych). Ze względu na rozliczne problemy internet trzeba zmieniać, to znaczy zmniejszać potęgę nowych pośredników, najlepiej przez rządowe regulacje, co podkreślają niemal wszyscy miłośnicy, którzy stracili wiarę.

Pojawienie się owej kategorii pesymistów to oczywiście sprawa nowa. Ten trend intelektualny zdobywa wpływy głównie w Stanach Zjednoczonych, choć można podejrzewać, że zadomowi się także w Polsce. Zwiastunem tego jest chociażby przywoływany na początku wpis Bendyka pokazujący, że ów wielbiciel sieci o niezachwianej do tej pory wierze, zaczyna powątpiewać. Dziennikarz polityki nie jest zresztą jedyny, o czym pisałem tutaj.

*Na marginesie po raz pierwszy – z autopsji wiem, że badacze nie lubią, jak się twierdzi, że przynależą do grupy osób głoszących poglądy określonego typu. Zastosowany w tym wpisie zabieg jest czysto analityczny; zdaję sobie sprawę, że na idee głoszone przez poszczególne osoby składają się różne koncepcje, a każdy badacz podchodzi do sprawy odmiennie. Szukam jedynie pewnych kategorii mających uporządkować rozważania. 

*Na marginesie po raz drugi – wpis ten traktuję jako krótkie podsumowanie cyklu popblogowego na temat cyberpesymizmu. Na cykl ów składają się następujące posty: 
Doktryna Google vs slacktivism (część 1 i część 2).

*Na marginesie po raz trzeci – dziękuję Sławkowi Czarneckiemu za zainspirowanie mnie do myślenia o różnych typach cyberpesymistów. 


- 2007-2015 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -