„Indywidualne kapitały” kultury

W grudniu tego roku ukaże się raport z badań „Punkty styczne: między praktyką a kulturą (nie)uczestnictwa”. Ten niezwykle ciekawy projekt zajmujący się uczestnictwem Polaków w kulturze prowadzony jest przez zespół badaczy z Uniwersytetu Gdańskiego i IKM w Gdańsku – między innymi profesora Cezarego Obrachta-Prondzyńskiego, dra Krzysztofa Stachurę, dr Agatę Bachórz czy Sławomira Czarneckiego. W tym miesiącu miałem okazję uczestniczyć w panelu dyskusyjnym, gdzie zespół poddał pod dyskusję efekty swojej pracy.

Na pewno na raport z badań wyczekiwać należy z niecierpliwością – projekt podejmuje wiele interesujących i wartych osobnych studiów zagadnień. Godna pochwały jest próba zrewidowania obecnych w socjologii spojrzeń na uczestnictwo w kulturze. W swoim krótkim komentarzu zwrócę uwagę na jeden z takich innowacyjnych pomysłów, wymagający moim zdaniem szczególnej uwagi, jako intelektualnie zapładniający i mający potencjał wypełnienia sporej luki badawczej w ramach badań nad uczestnictwem w kulturze.

Członkowie zespołu badawczego zauważyli, że, zajmując się uczestnictwem, należy poświęcić uwagę różnym kapitałom determinującym uczestniczenie bądź nieuczestniczenie w kulturze. Liczą się zasoby określone mianem „tradycyjnych”, to znaczy ekonomiczne czy te odnoszące się do kompetencji, umiejętności odbioru dzieł kultury. Oprócz nich ważne są – jak stwierdzili Autorzy raportu – „indywidualne (…) kapitały: energetyczności, otwartości i spontaniczności”, przy czym odgrywają one być może nawet większą rolę dla włączania się/wyłączania się do aktywności kulturalnych.

Podjęcie wątku tych „nowych” kapitałów jest bardzo odkrywcze. Szkoda, że badacze nie określili ich bardziej szczegółowo i precyzyjnie; nie zostały one ani skonceptualizowane, ani nie przedstawiono jasnego ich obrazu wyłaniającego się w toku realizacji badań. Ja sam uważam, że dokładniejsze pochylenie się nad nimi, byłoby zwróceniem się w stronę – często ignorowanych w badaniach z zakresu socjologii – psychologicznych, osobowościowych determinant uczestnictwa w kulturze.

Na przykład spójrzmy na takie kategorie jak ekstrawertyzm i introwertyzm. Czy introwertycy to – w przeciwieństwie do ekstrawertyków – ludzie nieuczestniczący w kulturze? A może jest odwrotnie, może to introwertycy są bardziej zaangażowani, aby kontemplować dzieła kultury czy je tworzyć? Czy nasza osobowość może być uznana za specyficzny zasób? Czy jako kapitału nie możemy potraktować swojej kreatywności i spontaniczności, pchających nas ku temu, aby w kulturze uczestniczyć? A może takim zasobem jest introwertyzm? Może jest i tak i tak, przy czym ekstrawertyzm i introwertyzm sprzyjają odmiennym formom uczestnictwa w kulturze?

Zespół badaczy sugeruje, że dla „włączenia do kultury” ważne są wspomniane wcześniej „energetyczność, otwartość i spontaniczność”. Widać tutaj właśnie nieświadome chyba promowanie pewnych determinant psychologicznych, wskazywanie, że z perspektywy uczestniczenia w kulturze warto być ekstrawertykiem. Taki pogląd potwierdza się we fragmencie raportu, gdzie mowa jest o „wzajemnym uczeniu się od siebie i zarażaniu dobrą energią”. Z wywodu Autorów wywnioskować można, że ograniczający jest ów brak energetyczności, otwartości i spontaniczności, czyli po prostu postawa introwertyczna. Aby odpowiedzieć na pytanie, czy faktycznie tak jest, należałoby – moim zdaniem – przeprowadzić dalsze badania. Uważam, że omawiany tutaj wątek raportu jest niezwykle wartościowy właśnie ze względu na zwrócenie uwagi na istotną i rzadko w socjologii podejmowaną kwestię.

Na zakończenie i nieco na marginesie warto zaznaczyć, że dyskurs psychologiczny bardzo często stoi w opozycji do socjologicznego. Ten drugi postrzega wypracowane w ramach psychologii kategorie jako będące przejawem konstruktywistycznego rekonstruowania systemu przez różnicowanie ludzi na zdrowych i chorych, dzielenia ich na lepszych (na przykład ekstrawertyków) i gorszych (introwertyków) oraz uzyskiwania w ten sposób specyficznej władzy. Zdaniem wielu socjologów kultury sprawczość ludzi wzmocniona może być przez uznanie, że podział na lepsze i gorsze nie ma podstaw i znaczenia. Przenosząc to na pole uczestnictwa w kulturze, uznać należałoby, że emancypujące jest coś, co zespół badawczy określa mianem „demitologizacji uczestnictwa”. Zakłada ona, że uczestnictwem jest wszystko to, co ludzie robią – każda forma uczestnictwa jest wartościowa i ważna. Takie przedstawienie sprawy wzmacniać ma sprawstwo, walczyć z ludzkimi „ograniczeniami, lękami czy skłonnościami do unikania ryzyka”. W przeciwdziałaniu owym lękom czy skłonnościom wcale nie szkodzi moim zdaniem przyjęcie perspektywy psychologicznej. Nie musi ona być mniej emancypująca i wzmacniająca sprawczość ludzi, zwłaszcza jeśli uznamy, że w kulturze możemy uczestniczyć różnie w zależności od „kształtu” naszej osobowości. Odwołując się do wspomnianego wcześniej ekstrawertyzmu i introwertyzmu, okazać się może, że zarówno ekstrawertyk i introwertyk uczestniczą w kulturze, tylko że robią to na swój własny sposób (już o tym wcześniej wspomniałem) i żaden z tych sposobów nie jest lepszy lub gorszy.

Uciekając od pojęć zombie

Książką Media, wersja beta Mirosław Filiciak udowodnił, że jest czołowym polskim badaczem popkultury i sieciowości. Autor zaproponował przystępną rekapitulację najbardziej aktualnych poglądów na temat mediów, przy czym każdy rozdział książki porusza się wokół odrębnych wątków, choć podskórnie ze sobą splecionych. Dla mnie najciekawsze okazały się fragmenty dzieła traktujące o coraz mocniejszych związkach filmów i gier, zanikaniu różnicy między tymi formami rozrywki, ale też świetny opis przemian współczesnej telewizji, przeobrażającej się w tak zwaną post-telewizję. Czytając Media…, rzeczywiście czuje się, że intuicje naukowe Filiciaka bezbłędnie odzwierciedlają kształt naszej medialnej rzeczywistości społecznej. Zrozumie to każdy zgłębiający omawianą pozycję fan najnowszych amerykańskich seriali – tak zwanych post-seriali.

Na szczególną uwagę zasługuje moim zdaniem propozycja metodologiczna polskiego medioznawcy wskazująca, w jaki sposób należy dzisiaj badać media. To właśnie owa koncepcja – wyznaczająca tory myślowe samego Filiciaka – jest jeszcze jednym powodem, dla którego jest on w swoich rozważaniach bardzo aktualny. Metodologiczna propozycja odzwierciedla dzisiejszy „klimat” budujący się wokół internetu czy mediów w ogóle. Już nie jest to huraoptymizm panujący niepodzielnie kilka lat temu. Jak wskazywałem w innym wpisie, wcześniej pozytywnie nastawieni badacze zaczynają poddawać w wątpliwość cudowną moc sieci mającej przeobrażać nasze życie na lepsze, a przynajmniej wskazują, że należy być ze swoimi analizami bardziej stonowanymi.

Filiciak taki właśnie jest, bowiem pokazał, że wielu akademików fetyszyzuje konstrukty teoretyczne. Autor uznał, że przedstawiciele filmoznawstwa czy kulturoznawstwa w dociekaniach na temat przemian mediów nieustannie poruszają się w kręgu tak zwanych „pojęć zombi” – nic nieznaczących terminów funkcjonujących jedynie na kartach książek czy czasopism. Chociaż w dziele nie wymienia się zbyt wielu takich pojęć, Filiciak zapewne uznałby za takowe termin Web 2.0, oznaczający serwisy mające opierać się na dobrowolnej i oddolnej pracy amatorów. Dla pojęć zombie coraz trudniej znaleźć jest referencje w rzeczywistości społecznej, przy czym posługiwanie się nimi wynika ze specyficznej pozycji badaczy mediów i ich motywacji. Naukowcy niejako stwarzają obszar swoich badań; konstruują owe martwe w codziennym życiu, lecz funkcjonujące w ich pracy, terminy, bo jest im to na rękę. Mocno sprawę uproszczając i uogólniając, zawyrokować można, że robią to, aby mieć co badać i aby ich teorie brzmiały interesująco i zdawały się mieć dużą wartość poznawczą.

Zdaniem Autora istotne jest kontekstowe uwrażliwianie rozważań. Nie chodzi o to, żeby całkowicie wyeliminować wszelkie terminy, ale o to, żeby skupić się na analizie codziennego życia ludzi. Być może warto „wyjść zza biurka” i za pomocą metod etnograficznych zarysować różne użycia mediów. Filiciak twierdzi, że jest to szczególnie istotne w czasach, kiedy użycia internetu czy komputera stają się coraz bardziej elastyczne i spersonalizowane. Odkrywając owe użycia, warto być może sięgać także do historii mediów, co sam Autor czyni, odwołując się do dziejów kina. Taki zabieg w bardzo interesujący sposób pozwala pokazać, że to co zwykliśmy dzisiaj uważać za rewolucyjne w sferze medialnej – ot choćby produktywność amatorów „promowana” przez sieć – wcale nie musi być aż tak nowe. Analiza historyczna dostarcza kulturoznawcy kolejnych argumentów na poparcie tezy o konieczności wyeliminowania z naukowych dociekań myślenia w kategoriach wspomnianych pojęć zombie.

Podsumowując: bardzo ciekawa i inspirująca metodologicznie – choć nie tylko – lektura.

Circle

Na popblogu bardzo rzadko opisuję czytane przeze mnie książki nienaukowe, ale tym razem zrobię wyjątek dla pozycji mocno związanej z moimi zainteresowaniami. Chodzi o powieść Dave’a Eggersa The Circle wydaną w 2013 roku. Dzieło to trudno jest jednoznacznie zaklasyfikować gatunkowo, bo chociaż mamy w nim dużo elementów świadczących o tym, że jest to fantastyka, to jednak równie blisko książce do gatunku, który Amerykanie zwykli określać mianem drama.

Rozczaruje się ten, kto lubi literackich bohaterów o wiarygodnie zarysowanej i rozbudowanej osobowości. Tutaj postacie są „płaskie” i jednowymiarowe, ale tak naprawdę nie o owych bohaterów chodzi. Odnieść można wrażenie, że podstawowym celem Autora było przedstawienie czytelnikowi fikcyjnego przedsiębiorstwa nazwanego Circle. Eggers wręcz bombarduje opisami kolejnych wynalazków technologicznych i planów owej firmy. Nie wiem, czy zabieg ten zastosował specjalnie, ale doskonale pasuje on do książki skupiającej się na zagrożeniach związanych z internetem, czyli z medium, w wypadku którego ewolucja przebiega bezprecedensowo szybko.

Nietrudno zauważyć, że Circle – przynajmniej na początku powieści – bardzo przypomina rzeczywistą firmę, jaką jest Google. Circle to najpotężniejsza korporacja świata, a jej założyciele wpadli na niezwykle prosty pomysł stworzenia jednego serwisu – nazwanego TruYou – dzięki któremu każdy internauta może załatwiać wszystkie swoje sprawy. Jeden profil i jedno hasło wystarczy, aby pracować, robić zakupy czy partycypować w serwisach społecznościowych. Nawet ktoś niezwykle krótkowzroczny nie dopatrzyłby się odniesień do tego, co już teraz proponuje nam Google. Co więcej czytając to, co o kampusie Circle napisał Eggers, też można się nieźle ubawić i znaleźć wiele rzeczy pasujących do kwatery głównej Google w Palo Alto i do tego, co tam się dzieje. Podobnie przyświecające wszystkim pracownikom hasła używane w Circle (na przykład „Sharing is caring”) są podobne do „Don’t be evil” Google’a.

Przedstawiona w książce fikcyjna cyberkorporacja co chwilę wprowadza w życie kolejne projekty w coraz skrajniejszy sposób ograniczające i naruszające prywatność internautów. Mamy zatem SeeChange, czyli rozmieszczanie – pod pozorem śledzenia warunków pogodowych – łatwych w obsłudze, miniaturowych kamer dających wgląd każdemu posiadaczowi profilu Circle, w to co dzieje się w niemal każdym zakątku globu. Mamy PastPerfect, program polegający na odkrywaniu życiowych historii naszych przodków przez wykorzystanie współpracującej ze sobą ogromnej rzeszy internautów. Mamy skierowany do polityków projekt czynienia siebie transparentnymi dla wyborców przez permanentną rejestrację wszystkich swoich aktywności. Wszelkie nagrania dostępne są naturalnie w chmurze, czyli na serwerach Circle. Mamy w końcu Demoxie, czyli będący w planach program obowiązkowego posiadania konta Circle przez każdego obywatela Stanów Zjednoczonych. Zabieg ten ma służyć wcielaniu w życie ideałów demokracji bezpośredniej – jeśli nie zagłosujesz w wyborach, Twoje konto zawiesi się i nie pozwoli Ci zrobić nic innego.

W książce bardzo interesująco opisane jest swoiste pranie mózgów, jakiemu poddawani są pracownicy Circle. W ramach swoich obowiązków zawodowych muszą ze sobą współzawodniczyć w nabijaniu tak zwanego PartiRank. Im więcej zdjęć, odnośników czy wpisów umieszcza się w Zingu – to circlowski odpowiednik Facebooka – im więcej się w nim komentuje, w im większej liczbie grup się udziela, tym wyżej jest się w PartiRanku i automatycznie w hierarchii firmy. Ludzie Circle to maszyny pracujące dwadzieścia cztery godziny na dobę, udzielające się na portalach społecznościowych z obowiązku, choć oficjalnie czyniące to, aby budować wspólnotę, podtrzymywać ludzką życzliwość i wzajemne wsparcie. Patrząc na to, jaki styl życia prowadzą bohaterowie, nietrudno zauważyć, że w świecie Circle nie ma czasu na spokój, wyciszenie czy kontemplację.

Dystopijny charakter powieści jest łatwy do rozszyfrowania. Momentami jest ona dość naiwna, choćby wówczas, kiedy opisywany jest fakt bezrefleksyjnego przyjmowania przez ludzi „udogodnień” Circle. Choć Eggers zasugerował, że są tacy, którym nowy porządek się nie podoba, a niezadowolonych polityków „usadza się”, wyciągając ich internetowe brudy (na przykład pokazując, że ściągają materiały porno), to jednak w ogóle nie wspomniał o ograniczeniach prawnych czy protestujących organizacjach pozarządowych. Generalnie internauci z entuzjazmem przyjmują to, co proponuje im tytułowy koncern, co prowadzi do totalitaryzmu opartego na pełnej inwigilacji i kontroli ukrytej pod szczytnymi ideami.

The Circle to niezwykle ciekawa pozycja, bowiem porusza się wokół tematu, którym zaczyna się dzisiaj zajmować coraz więcej akademików. Chodzi o kwestię zagrożeń związanych z naruszaniem prywatności internautów przez wielkie cyberkorporacje i – co za tym idzie – agencje wywiadowcze wielu państw świata. Warto zastanowić się, czy lansowane przez Circle hasła takie jak „Secrets are Lies” czy „Privacy is theft” nie mogłyby tak naprawdę stać się w przyszłości hasłami firm typu Google, Facebook, Twitter czy Amazon. Nasuwa się też pytanie: czy te koncerny już teraz postępują tak, jakby przyświecały im owe hasła? No bo przecież Mark Zuckerberg (założyciel Facebooka) czy Eric Schmidt (obecny szef Google) twierdzą, że posiadanie przez ludzi tajemnic, jest czymś złym.

Blogi w instytucjach kultury


Czy blogi mogą być skutecznym narzędziem marketingowym dla wszelkiej maści instytucji kultury? Czy mogą owym instytucjom pomóc w „sprzedawaniu” oferty kulturalnej? Czy konsumentów można przy ich pomocy zwabić, aby zainteresowali się teatrem, muzeami czy różnymi eventami proponowanymi przez animujące kulturę placówki?

Patrząc na to, jak wygląda polska blogosfera instytucji kulturalnych, można mieć pewne wątpliwości. Przede wszystkim ze względu na znikomą liczbę blogów okupujących ową kulturową część polskiej blogosfery. Poza tym, nawet jeśli pojawią się w niej jakieś e-dzienniki, to można podejrzewać, że wcale nie spełniają one swojej marketingowej funkcji (kto wie, może ich twórcy nie mają takowej na uwadze). Nie generalizując jednak, spójrzmy na dwa blogi; jeden fatalny w perspektywie tej funkcji; drugi całkiem niezły. Zestawmy ze sobą blog Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie (będę o nim pisał: „niefajny”) z blogiem Opera Bałtycka Weissblog (dalej określny jako „fajny”).

Wydaje się, że dziennik prowadzony przez Marka Weissa, dyrektora Opery Bałtyckiej w Gdańsku, to blog, którego istnienie udowadnia, że blogować w kulturze można. Twórca pisze tak, jakby zastosował się do rad akademików zajmujących się społecznymi aspektami internetu, a także do wskazówek marketerów pracujących w wielkich korporacjach. Właśnie w taki sposób powinien postępować każdy pracownik placówki kultury, chcący prowadzić interesujący i przyciągający blog.

Co zatem zrobił Weiss, czego nie zrobiono w wypadku dziennika niefajnego. Po pierwsze zrozumiał, że aby skutecznie budować społeczność wokół swojej instytucji, należy pobawić się w tak zwany storytelling. Blog prowadzony przez placówkę nie może być tylko pustym, beznamiętnym sprawozdaniem na temat tego, co w danym momencie w konkretnej instytucji porobić, zobaczyć, jak ową placówkę znaleźć. To nie miejsce na – jak w przypadku blogu niefajnego – opisy muzealnych eksponatów. To raczej przestrzeń, gdzie czytelnikom należy zaoferować wciągającą i osobistą opowieść na dany temat. Weiss robi to świetnie, gdyż każdy wpis nazwać można około-operowym, to znaczy poruszającym się w temacie opery, ale zahaczającym o osobiste życie Autora, politykę, kwestie społeczne.

Posty na blogu fajnym mają charakter eseistyczny. Można powiedzieć, że to właśnie ta jego cecha powoduje, że Weiss stosuje się do marketingowych zaleceń zawartych w Cluetrain Manifesto, czyli biblii marketerów chcących skutecznie promować coś w internecie. Jedna z zasad wspomnianego manifestu głosi, że „rynki to rozmowy” i że w sieci nie da się czegoś reklamować, nie rozumiejąc działających oddolnie, kreatywnych i nastawionych na zabawę internautów. Nie ma w sieci miejsca na suchy, beznamiętny przekaz. Jeśli się to zrozumie, jest się na dobrej drodze, aby wdrażać tak zwany relationship marketing, czyli marketing nastawiony na komunikację i opierający się na przekonaniu, że to odbiorcy są w stanie dobrze coś wypromować – na przykład zaczną masowo komentować wpisy, a co ważniejsze zaczną do nich odsyłać na swoich blogach czy w serwisach społecznościowych. Informacje o tym, co piszemy, a co ważniejsze o naszej instytucji i jej ofercie, nieść się zaczną na skrzydłach marketingu wirusowego (viral marketing). Kto wie, może internauci sami zaoferują, aby pisać na naszym blogu swoje własne wpisy – wtedy oprzeć się możemy na pracy „amatorów”, tylko ją nadzorując.

Jednym słowem, przy prowadzeniu blogu ważne jest, aby być autentycznym. Wątpliwe jest, aby prowadzący blogi instytucji kulturalnych wpadali na pomysły niczym z dziennika Wal-marting Across America, ale o autentyczność należy pamiętać na każdym kroku, rozumiejąc ją właśnie jako utrzymywanie osobistego tonu. Oczywiście wspomnieć można by o szeregu innych wskazówek, o których aż gęsto w różnych poradnikach: częstym i regularnym pisaniu, odpowiadaniu na komentarze, wybieraniu specyficznego tematu, na temat którego się bloguje, wykorzystaniu blogów do SEO itd. Nie będę jednak o tym pisał, bo – jak już wspomniałem – dużo na ten temat źródeł (na przykład książka Blogowanie Jill Walker Rettberg – z niej pochodzi użyta we wpisie grafika). Instytucje kultury chcące blogować nie będą miały problemów, aby owe źródła znaleźć – szkopuł w tym, żeby rzeczywiście chciały, a z tym, patrząc na liczbę „kulturalnych blogów”, może być kiepsko.

Internetowe randki = ciągłe zawody?


Eva Illouz w swojej książce Cold Intimacies przedstawiła trzy wykłady na temat „emocjonalnego kapitalizmu”. Badaczka jest zwolenniczką teorii krytycznej, a zatem „znęca się” nad obliczem współczesnego kapitalizmu mającego wywierać niezbyt korzystny wpływ na ludzką kondycję. W takim duchu utrzymane są wszystkie trzy części książki; ja sam chciałbym skupić się na ostatniej z nich, dotyczącej zjawiska internetowych randek – jako badacza sieci to właśnie ten wątek interesuje mnie najbardziej. Ale po kolei, bowiem aby zrozumieć, o co Autorce chodzi, warto bardzo ogólnie wyłuszczyć tezy zawarte w dwóch pierwszych fragmentach.

To właśnie w nich Illouz „wyżywa się” nad jedną z dziedzin nauki, to jest psychologią, opisując specyficzny klimat dzisiejszych czasów, w których dyskurs psychologiczny wyznacza ramy społecznego życia. Psychologię i proponowane przez nią rozwiązania należy traktować w kategoriach czysto wyobrażeniowych, czyli jedynie jako jedne z szeregu możliwych wyjaśnień zachowań ludzkich. Sęk w tym, że ów psychologiczny dyskurs rości sobie prawo do nieomylności i bycia wyłącznym sposobem wyjaśniania. Doskonale zresztą się to udaje: dyskurs psychologiczny dominuje, co przejawia się w dwóch zjawiskach: 1) zatarciu podziału między nie-emocjonalną sferą publiczną i emocjonalną sferą osobistą ludzi, 2) upowszechnieniu przekonania, że w życiu każdej jednostki najważniejsza jest samorealizacja (w sferze osobistej, zawodowej itd.). Dodatkowo panować zaczynają poglądy, że można ją osiągnąć tylko dzięki uwolnieniu się od mroków przeszłości, czyli zrozumieniu, jakie przyczyny psychologiczne (ukryte w otchłaniach dzieciństwa, wynikające z osobowości itd.) są przeszkodą w osiągnięciu samospełnienia.

Przejawów pierwszego zjawiska szukać można w biznesie, a są nimi chociażby wzrastająca rola działów HR w różnych firmach, nastawienie na wyrabianie umiejętności interpersonalnych menadżerów, dbałość o dobre samopoczucie psychiczne pracowników itp. Wydajność w biznesie oceniania jest coraz bardziej w kontekście dbałości o emocje, a więc czegoś, co kiedyś ograniczone było tylko do życia rodzinnego – dzisiaj życie zawodowe (i publiczne w ogóle) ulega właśnie „uemocjonalnieniu”. Jeśli chodzi o drugie zjawisko (to związane z samorealizacją), Illouz wskazała, że podstawowym jego beneficjentem są wszelkiej maści psychoterapeuci. Nie od dziś wiadomo, że w Stanach Zjednoczonych nawet zwierzęta posyłane są przez swoich właścicieli na kozetkę (kuwetkę?) do specjalisty. Fragment książki, gdzie Autorka opisała tak zwany dyskurs terapeutyczny może się podobać ze względu na swój lekko ironiczny charakter, co nie przeszkadza w ostatecznym stwierdzeniu, że psychoterapeuci – i proponowany przez nich proces „poszukiwania samego siebie” – naprawdę mogą się przyczynić do zwiększenia dobrostanu konkretnych osób.

Dochodząc do sedna wpisu – czyli do randek internetowych – terapeuci zdają się czerpać profity ze swoistej racjonalizacji emocji i sposobów konstruowania własnego „ja”. Aby się samorealizować trzeba najpierw swoje życie wewnętrzne rozłożyć na czynniki pierwsze, posegregować odczuwane emocje, wykluczyć te cechy własnej osobowości, z których nie jesteśmy zadowoleni, a rozwijać te, które nam służą. Kwintesencją takiego „rozkładania siebie” (swojego „ja”) są randki internetowe. Od razu warto zaznaczyć, że Illouz napisała o amerykańskich serwisach, gdzie normą jest ekstensywne opisywanie samego siebie przez wypełnianie szeregu testów osobowości, co ma doprowadzić do znalezienia najlepszego dla nas – najlepiej do nas dopasowanego – partnera. Proces poszukiwania miłości podlega zatem dyktatowi rozumu.

Chwała Autorce, że nie obrała łatwej drogi wybieranej przez tak wielu badaczy negatywnie nastawionych wobec internetu. Illouz nie narzeka, że w związku z tym, że w sieci mamy mnóstwo ludzi wystawionych na „sprzedaż” niczym towary w sklepie, następuje atomizacja czy rozerwanie więzi. Stwierdziła coś odwrotnego, kiedy zauważyła, że internet jest pomocny, jeśli chodzi o znajdowanie innych ludzi. Sedno w tym, że potrafi unieszczęśliwiać poszukujących miłości. Profilowe dopasowywanie pod względem osobowości ułatwia nawiązanie kontaktu, podobnie budujące są rozmowy toczone w serwisach randkowych; mogą się one „ciągnąć” bardzo długo, tak że przyzwyczajamy się do rozmówców i wydają się nam oni perfekcyjnie do nas dopasowani. No właśnie – tylko wydają. Illouz twierdzi, że sieciowe randkowanie to pasmo niepowodzeń i zawodów. Przepytywani przez badaczkę (pogłębione wywiady osobiste) internauci wielokrotnie podkreślali, że zwykle jest tak, że ktoś, kto wydawał się w sieci perfekcyjny, już na pierwszym spotkaniu „na żywo” okazał się beznadziejny. Aby wyrobić sobie taką opinię nie trzeba randkującym zbyt wiele: wystarczy uścisk dłoni czy pierwsze słowa wypowiedziane przez drugą osobę. I tak w kółko – kolejne rozmowy online, kolejne randki offline, kolejne zawody... Autorka zauważyła, że związki intymne nie powinny być przedmiotem racjonalizacji, nie możemy rozkładać na czynniki pierwsze naszej osobowości i drobiazgowo analizować cech partnera. Inaczej niż w internecie, związki należy traktować holistycznie. Ileż to razy zdarza się nam zakochać w osobie, w której wydawać by się mogło, że zakochać się nie możemy (a przynajmniej stwierdzamy tak, patrząc na charakterystykę tej osoby). Miłość opiera się w dużej mierze na biologii, a zatem konieczne jest dla niej to, czego w sieci nie uświadczymy, czyli intuicja, jak również coś, co zwykliśmy nazywać „chemią”…

„Postfutbol”, „modern football” i Zawisza


Postanowiłem zastosować się do hasła, które reklamuje Postfutbol na fanpejdżu wydawcy tej książki. Chodzi o to, żeby „w dzień czytać, a wieczorem i w nocy oglądać mecze” (mniej więcej tak brzmiała owa zachęta). Po lekturze książki Mariusza Czubaja, Jacka Drozdy i Jakuba Myszkorowskiego stwierdzam, że na pewno spodoba się ona osobom, które piłką nożną się interesują, ale nie naukowo. To właśnie dla nich kulturoznawcze rozłożenie na czynniki pierwsze tej dyscypliny, okazać się może odkrywczą i fascynującą przygodą intelektualną. Stać się tak może tym bardziej, że Autorzy są niezwykle kompetentni w prezentowaniu tematu. Omawianą pozycję czyta się naprawdę dobrze, a jej wielkim walorem są wielokrotnie przytaczane ciekawostki i historyjki ze świata futbolu. Paradoksalnie Czubaj i reszta w jednym z początkowych fragmentów książki odżegnują się od owych historyjek, twierdząc, że nie są one esencją ich dzieła. Moim zdaniem stanowią one nie tylko doskonałe uzupełnienie przytaczanych tez, ale także są wartością dodaną Postfutbolu.

Drugi typ odbiorców, którzy sięgnąć mogą po książkę, to akademicy obeznani z poruszanym tematem. Ci prawdopodobnie stwierdzą, że mamy do czynienia z próbą wyjścia poza dotychczas podejmowane w literaturze przedmiotu rozważania i ukazanie pewnych zjawisk w nowym świetle. Widoczne jest to chociażby we fragmencie, gdzie Czubaj i Współautorzy chcą „przełamać” sztywną opozycję między skomercjalizowanym futbolem (traktowanie klubów niczym firmy) a zjawiskiem „autentycznej” wspólnoty „prawdziwie” i zawsze wiernych kiboli (fanatyków przygotowujących oprawy, głośno dopingujących itd.). Autorzy twierdzą na przykład, że podziały związane z samymi fanami nie są do końca jasne, a granice między „kibolami” a „piknikami” (spokojni kibice, oglądający mecz z czysto sportowych względów) często płynne. Niestety – próby „rozmontowania” powszechnych naukowych poglądów nie są zbyt udane, bowiem utarte schematy wracają praktycznie w każdym rozdziale, a Autorom brakuje odwagi, aby raz na zawsze się z nimi rozprawić. Można odnieść wrażenie, że co chwilę czyta się o komercjalizacji piłki, jej profesjonalizacji, ciągłym ścieraniu się modern football z tradycyjnym – „kibolskim” – wymiarze piłki.

Braku świeżego spojrzenia nie należy się jednak dziwić, ponieważ Autorzy swój wywód konstruują wokół zaproponowanego konceptu postfutbolu, przez który rozumieją współczesne oblicze – skomercjalizowane i sprofesjonalizowane – najpopularniejszej gry na świecie. Moim zdaniem można się „przyczepić” do kilku przedstawianych poglądów mających świadczyć o dominacji tego oblicza. Na przykład Czubaj i reszta twierdzą, że w epoce postfutbolu na znaczeniu tracą wielkie futbolowe narracje. Przejawem tego ma być zwrot w stronę piłki klubowej, czyli poświęcanie coraz mniejszej uwagi rozgrywkom reprezentacyjnym. No cóż – nie wiem, kiedy dokładnie pisana była książka, ale na pewno nie wówczas, kiedy rozgrywany jest Mundial. O tym, jakie emocje on wywołuje i o tym, że rozgrywki te traktować można w kategoriach opowieści, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Innym przejawem upadku futbolowych narracji ma być odmitologizowanie piłkarzy przestających być traktowanymi w kategoriach bóstw (casus Maradony), a stających się bliskimi nam (często dzięki Twitterowi, Facebooki itd.) zwykłymi ludźmi ocenianymi przez pryzmat suchych statystyk. Czy rzeczywiście tak jest? Chyba nie do końca, o czym świadczy roztrząsany dzisiaj w mediach, jak najbardziej mityczny pojedynek dwóch wybitnych piłkarzy – Leo Messiego i Cristiano Ronaldo.

Podsumowując, czegoś mi w omawianej książce brakuje. Czegoś, co pozwoliłoby stwierdzić, że mamy do czynienia z wyraźnym odejściem od wyświechtanego już opisywania z jednej strony modern football, a z drugiej „autentycznych” wspólnot kibolskich. Może warto by więcej miejsca poświęcić licznym zjawiskom każącym sądzić, że owa opozycja jest nadmuchana i wydumana. Czy kiboli nie można ująć także jako piewców komercjalizmu, a przede wszystkim jako grupy realizującej interesy swoich członków. Zobaczmy przykład Zawiszy Bydgoszcz – drużyny, której kibicuję i na mecze której chodzę. Na pierwszy rzut oka mamy w jej przypadku do czynienia z typowym konfliktem modern football kontra fanatycy. Oto wierna, kierująca się specyficznym kibicowskim kodeksem grupa przeciwstawia się chcącemu wprowadzać na stadion policję właścicielowi Radosławowi Osuchowi, bo on traktuje klub niczym przedsiębiorstwo, swój osobisty plac zabaw. Bliższe przyjrzenie się sprawie uświadamia, że sami kibole również komercjalizują klub. Ich stowarzyszenie jest właścicielem praw do logo Zawiszy, w związku z tym jako jedyne może sprzedawać – i czerpać z owej sprzedaży niebotyczne zyski – koszulki czy gadżety klubowe. Osuch, chcąc pozbawić fanów owych zysków i przejąć prawa do logo, niezmiernie owej grupie się naraził.

Socjobiologia w sukurs popkulturze

Miłośnicy popkultury – śpijcie spokojnie; po raz kolejny nauka udowodniła, że popkultura jest dobra. Czytajcie stosy książek, oglądajcie ile wlezie telewizji i spędzajcie godziny przed monitorem, grając w gry, bowiem jest to dla Was z pożytkiem. Do takich wniosków dojść można, czytając książkę Jonathana Gottschalla The Storytelling Animal. Nie przedstawił w niej autor obrony kultury popularnej sensu stricte, raczej spróbował udowodnić, że każdy z nas jest tytułowym „zwierzęciem od opowiadania historii”. Omawianą pozycję traktować należy jako przedstawione z perspektywy psychologii ewolucyjnej ujęcie człowieka niczym zanurzonego w świecie fikcji i czerpiącego z owego zanurzenia wiele korzyści.

Zdaniem Gottschalla fikcyjne światy nie są charakterystyczne tylko dla dzieł popkultury, lecz towarzyszą nam praktycznie wszędzie. Autor znalazł wiele przykładów tej tezy, wspomniał o snach i stwierdził, że są one niczym innym, jak podświadomym odgrywaniem różnych – często dziwacznych – sytuacji. Snucie historii (storytelling) pozwala nam porządkować świat i połapać się w jego chaosie, co udowodnił Amerykanin, rozwodząc się przez znaczną część książki o religii oraz mitach narodowych. W wypadku obydwu zjawisk mamy do czynienia z rozbuchanym storytellingiem, z czystej maści konstruktywizmem społecznym, czyli – znacznie rzecz uogólniając – tworzeniem sztucznych podziałów między ludźmi.

Aby pokazać, że nasze życie jest zgrabnie skonstruowaną opowieścią, napisał Gotschall o ciągłym fantazjowaniu na swój temat, nazywanym przez niektórych procesem budowania tożsamości. Jak dowiódł Amerykanin, mamy w przypadku owego procesu do czynienia ze swoistym opowiadaniem historii swojego własnego życia. Opowiadanie to jest oparte na wybielaniu swojej osoby, racjonalizowaniu „złych postępków” i podkreślaniu „dobrych”. Ci z nas, którzy mają szczęście nie mieć depresji – jedynego stanu, kiedy możemy zobaczyć rzeczy takimi, jakimi są naprawdę – nieustannie wyolbrzymiają zalety swojej osoby i wady wszystkich wokoło.

Fikcja trzyma nas w żelaznym uścisku i nie chce puścić, ale wcale nam to nie doskwiera. Mało tego, spełnia dla nas ważne funkcje, pozwala się uczyć reguł życia społecznego, umożliwia znalezienie się w różnych sytuacjach społecznych oraz przygotowuje do nieprzewidzianych zdarzeń. Dzieje się tak dlatego, że opowiadane narracje pokazują zmaganie się z najrozmaitszymi problemami. Zwykle są one rozwiązywane z korzyścią dla bohatera, a zatem fikcja wskazuje nam, jak postępować, żeby przezwyciężyć kłopoty.

Takie zadanie spełnia również popkultura pociągająca nas nie dlatego, że zapewnia rozrywkę, ale dlatego że stanowi istotny mechanizm adaptacyjny. Jako taka kultura masowa cieszyć się będzie niesłabnącą popularnością, a także stanie się bardziej wysublimowana. Zdaniem Gottschalla widać to doskonale już dzisiaj, chociażby w przypadku powstania gier MMORPG, zapewniających nie tyle chwilowe przeniesienie do sztucznie wykreowanych światów, ile doświadczenie kompletnej w nich imersji.

Zamiłowanie i predyspozycje do storytellingu są dla autora cechą biologiczną, wynikającą z budowy naszego mózgu. Nawiązując do modnego ostatnio tematu, jakim jest gender, stwierdzić należy, że opisywana książka nie spodoba się miłośnikom owej nieideologii. Amerykanin jest bezkompromisowy w swoich poglądach, co przejawia się chociażby wówczas, gdy postawił wyraźną granicę między fikcjami snutymi przez kobiety i mężczyzn. Każda płeć opowiada inne historie, co ma być widoczne już w dzieciństwie. Gotschall pokazał, że totalną porażką kończyły się wszelkie eksperymenty mające na celu doprowadzenie do sytuacji, kiedy dziewczynki bawiłyby się samochodami czy strzelały do innych dziewczynek, używając zabawkowych pistoletów, a chłopcy urządzali zabawy lalkami czy w sklep.

Podsumowując, stwierdzić należy, że kluczowe tezy Amerykanina nie powalają oryginalnością. O socjalizacyjnej roli kultury popularnej czy szerzej rozumianego snucia historii napisano już dość dużo. Mimo to książka może się podobać, bowiem obrona popkultury przy pomocy psychologii ewolucyjnej to naprawdę interesujące i nowatorskie podejście. Do tej pory socjobiologowie raczej narzekali na kulturę masową, traktując ją w kategoriach wpisanego w nasze uposażenie genetyczne zamiłowania do seksu i przemocy. Co prawda autor chaotycznie skacze z tematu na temat, a poszczególne wątki są zbyt luźno powiązane, ale przytaczanie wielu „scen z życia codziennego” oraz eksperymentów psychologicznych ilustrujących omawiane zagadnienia czyni omawianą pozycję bardzo ciekawą.

Uczestnictwo w kulturze a internet

Widownia napisała o stylu życia i kulturze. Zainspirowany tym wpisem oraz pewnym panelem podejmuję podobny temat.

21 lutego 2014 roku miałem przyjemność uczestniczyć w panelu eksperckim Uczestnictwo w kulturze: jak uchwycić „kulturę w biegu”? zorganizowanym przez zespół badaczy pracujących nad projektem Punkty styczne: między praktyką a kulturą (nie)uczestnictwa (grant Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w programie Obserwatorium kultury).

Kierownik projektu – profesor Cezary Obracht-Prondzyński oraz inni naukowcy (m.in. Agata Bachórz i Krzysztof Stachura) przedstawili wyniki badań pilotażowych (metoda dzienniczkowa i etnografia). Celem panelu była wymiana myśli zaproszonych ekspertów, co zaowocować miało wskazówkami dla zespołu badawczego dotyczącymi tego, jak prowadzić dalsze dociekania nad uczestnictwem w kulturze.

Jeden z poruszonych podczas spotkania wątków związany był z rozumieniem pojęcia uczestnictwo w kulturze. Czy należy je utożsamiać z instytucjonalnym wymiarem, to znaczy z chodzeniem do kina, teatru, na koncerty, kupowaniem i ściąganiem muzyki czy filmów. A może niekoniecznie; może uczestnictwem są również takie aktywności, jak uprawianie jakiejś dyscypliny sportowej czy gotowaniem potraw charakterystycznych dla ulubionej kuchni, niech będzie, że indyskiej. Jeśli tak, to należałoby potraktować uczestnictwo jako kategorię mocno performatywną, związaną z wieloma naszymi codziennymi wyborami i zachowaniami.

Osoby pracujące nad projektem nie do końca się określiły, którą opcję przyjęły. W materiałach zaprezentowanych zaproszonym ekspertom uczestnictwo raz traktuje się instytucjonalnie, raz performatywnie. I nie ma w tym niczego złego; można przecież przyjąć, że na badane zjawisko patrzy się wielowymiarowo, a działania konkretnych osób ujmuje się jako rozpięte na kontinuum instytucjonalność-perfomatywność.

W kontekście opisywanego problemu ciekawi mnie, w jaki sposób badacze podejdą do aktywności respondentów w internecie, bo przecież niezwykle trudno jest rozstrzygnąć, po jakiej stronie wspomnianego kontinuum mieszczą się działania sieciowe. Czy jeśli mój blogowy wpis traktuje o kuchni indyjskiej, a używam Bloggera lub Wordpressa, to jest to uczestnictwo w kulturze instytucjonalne czy performatywne? Oczywiście takie i takie.

Internet jest obszarem, gdzie najtrudniej jest „posegregować” zachowania kulturalne ludzi i przypisać je do jednego z omawianych wymiarów. Co więcej, sieć może przesuwać owe aktywności w jedną albo drugą stronę. Weźmy miłośnika kuchni indyjskiej, na co dzień pichcącego coś pysznego, ale nie opisującego tego w necie; weźmy również tego, który prowadzi na temat swojego gotowania bloga, wykorzystując jedną z wielu popularnych platform. Działanie tego drugiego przesunie się mocno w stronę instytucjonalnego krańca kontinuum. Popatrzmy z kolei na dwóch fanów filmów, regularnie chodzących do kina. Jeden z nich korzysta z sieci sporadycznie, drugi bardzo często, bo pisze recenzje obejrzanych filmów do portalu filmowego. Ten drugi będzie naturalnie działał bardziej performatywnie od pierwszego.

Projektując wszelkie badania na temat uczestnictwa w kulturze, należy zatem pamiętać o dylematach odnoszących się do kategoryzowania zjawisk internetowych. Sieć często automatycznie utożsamia się z performatywnością – głównie w związku z patrzeniem na nią przez pryzmat modnego ostatnio pojęcia kultury partycypacji – i przez to zapomina o jej instytucjonalnym wymiarze. Kreatywnym i twórczym jest się w internecie zwykle tylko wówczas, gdy ma się założone konto na Facebooku lub googleowski profil. Od „instytucjonalizacji” sieci się nie ucieknie.

Na koniec jeszcze jedna uwaga, kto wie, może najbardziej znacząca. Zastanawiając się nad teoretycznymi i metodologicznymi założeniami dociekań nad uczestnictwem, trzeba sobie uzmysłowić, że ważne jest rozstrzygnięcie, czym aktywności internetowe różnią się od nieinternetowych. Czy pisanie bloga kulinarnego jest czymś innym, niż zapisywanie przepisów w zeszycie i wklejanie do niego kolorowych zdjęć ulubionych potraw? Czy prowadzenie dziennika sieciowego jest bardziej „instytucjonalne”? A jeśli tak, to dlaczego? Czy rozmowa „na żywo” ze znajomymi na temat ulubionych filmów jest bardziej „performatywna” od pogawędki na ten sam temat toczonej w internecie. Może nie, skoro ludzie często traktują obie te formy komunikacji jako tożsame.

Na takie i inne pytania powinien odpowiedzieć sobie każdy, kto planuje badania nad uczestnictwem w kulturze.

 

Fantazjowanie Folmana

Kiedy włączałem film Ari Folmana Kongres (The Congress; 2013), myślałem, że na pewno mam do czynienia z wybitnym dziełem. W mojej głowie zaświtała myśl: „posiłkując się Lemem, nie można stworzyć niczego słabego”. Spodziewałem się doznać wstrząsu porównywalnego z tym, którego doświadczyłem, po raz pierwszy oglądając The Matrix.

Niestety, zawiodłem się. Tłumacząc powody owego zawodu, nie chcę skupiać się na podjętym przez reżysera tematem ułomności ludzkiego postrzegania i poznania. Nie będę również roztrząsał wątku związanego z uniwersalnym pytaniem dotyczącym tego, czy należy dążyć do odkrycia prawdy za wszelką cenę – nawet wiedząc, że jest ona straszna i nam się nie spodoba – czy lepiej żyć w błogiej nieświadomości. Nie; tego nie chcę krytykować. Chcę natomiast zbesztać Izraelczyka za przewodni – moim zdaniem – motyw omawianego obrazu. Chodzi o krytykę współczesnej kultury popularnej, ukazanie jej niczym zaciemniającej rzeczywistość i wtłaczającej nas w świat słodkiej ułudy.

Folman pokazał społeczeństwo, gdzie każdy stać się może – dzięki halucynogenom – kim tylko zapragnie, na przykład bohaterem popkultury. Ludzie wolą zostać „zamienieni” w fantasmagoryczne manifestacje swoich idoli, niż żyć swoim – prawdziwym – życiem. Za pomocą filmu z gatunku science fiction reżyser bije na alarm, a jego przesłanie jest jasne; w dzisiejszym świecie umierają prawdziwa kultura, teatr czy poważne, czyli niefantastyczne (czytaj głupawe) kino. Szczególnie w pierwszej połowie obrazu widać, że Izraelczyk pogardza grami komputerowymi jako rozrywką, w wypadku której wcielić się możemy w dowolną postać. Folmanowi nie podoba się to, że coraz większą część naszego życia spędzamy w cyberprzestrzeni, że spełnia ona dla nas eskapistyczną funkcję i że do jej obsługi potrzeba coraz mniej specjalistów-inżynierów (cała rzesza bezrobotnych może się zatem do woli oddawać fantazjowaniu).

Aż trudno uwierzyć, że filmy takie jak Kongres cały czas powstają. Wydawać by się mogło, że w czasach, kiedy jakość kultury popularnej znacząco się podniosła, a jej oferta jest coraz bogatsza (a nie uboższa, jak widzi to reżyser), omawiana kultura wreszcie się wyleczy ze swojego własnego kompleksu. Chciałbym, żeby dzieła powstające w jej obrębie w końcu przestały kalać swoje własne gniazdo. Niestety tak się nie dzieje, co pokazuje obraz Izraelczyka. Czekam na czasy, kiedy twórcy pokroju omawianego reżysera pójdą za akademikami i dostrzegą wartość popkultury. Kto wie, może płonne moje nadzieje, bo przecież – jak powszechnie wiadomo – narzekać jest łatwiej, niż patrzeć przez różowe okulary.

Prawdopodobnie Kongres zasługuje na gruntowniejsze omówienie niż to popblogowe. Ja jednak nie będę się nad nim dłużej pochylał; plik zawierający omawiany obraz zniknął już z dysku twardego mojego komputera. Nie mogłem nie wyrzucić do kosza filmu reżysera, który udowadniając widzom, że są idiotami fascynującymi się „nieprawdziwymi” przekazami pop, nie spostrzegł, że sam fantazjuje na temat swojego dzieła. Fantazjuje, bowiem twierdzi, że przedstawił adaptację książkowego Kongresu futurystycznego. Paradoksalnie wizja Folmana ziszcza się w przypadku jego własnej kreacji; oto faktycznie mamy do czynienia ze słabą popkulturą, dla celów marketingowych wmawiającą ludziom rzeczy nieprawdziwe.

Kryzys wiary

Oczy z niedowierzania wybałuszam! Czyżby redaktor Edwin Bendyk powoli stawał się krytykiem internetu. Wpływowy dziennikarz uznany za rzecznika nowych trendów internetowych oraz zwolennika tak zwanej wolnej kultury każe się zastanowić nad naszym bezkrytycznym uwielbieniem sieci i „otwartości” kulturalnej z nią związanej. Redaktor na swoim blogu napisał rzecz następującą (abstrahuję od kontekstu, w jakim wpis Bendyka się pojawił, zaznaczając, że warto nań zwrócić uwagę):
Instrumentem zarządzania dobrem wspólnym, jakim jest kultura i umożliwiającym jednocześnie życie artystom jest prawo autorskie. Wymyślone w epoce druku wymagało już wielokrotnie modernizacji w miarę rozwoju nowych technologii. Nie inaczej jest dzisiaj – cyfrowa rewolucja zmieniła wiele. W rewolucyjnym zachwycie nad możliwościami internetu nie ulegajmy jednak pokusie technologicznego i dziejowego determinizmu. To, że coś jest technologicznie możliwe – np. łatwe, bezkosztowe dzielenie się kulturą nie oznacza, że wszystkie praktyki tego dzielenia się są jednakowo prawomocne. 
Tak się składa, że jestem świeżo po wystąpieniu na gdańskim bibliocampie, gdzie opowiadałem między innymi o dwóch typach tak zwanych cyberpesymistów, czyli badaczy (naukowców, dziennikarzy, ludzi kultury) głoszących, że internet wcale nie jest technologią prowadzą wprost do powszechnego szczęścia. Wyróżniłem dwa typy osób tak uważających: sieciowych sceptyków oraz miłośników internetu, którzy stracili wiarę.

Pierwszych nikt już nie traktuje poważnie. Neil Postman, Andrew Keen czy Nicholas Carr głoszą na tyle radykalne poglądy – i na tyle nietrafne – że patrzy się na nie z przymrużeniem oka. Jeśli ktoś twierdzi, że internet jest z gruntu zły i że cokolwiek i w jakikolwiek sposób byśmy w sieci nie robili, zawsze wpędzimy naszą kulturę i ekonomię w permanentny kryzys, to nie może liczyć na nic innego jak prześmiewcze komentarze.

Ciekawsze są twierdzenia reprezentantów drugiej grupy. Są to badacze, którzy swoje książki czy artykuły przeważnie rozpoczynają słowami typu (dla wygody podaję w formie męskiej): „kiedyś byłem zwolennikiem internetu, pracowałem nad jakimś startupem lub w jednej z firm z Krzemowej Doliny, mam w tym miejscu mnóstwo znajomych, lecz w pewnym momencie nadeszło zwątpienie, coś we mnie przeskoczyło i zrozumiałem, że błądzę. Internet wcale nie jest tak cudownym medium, za jakie się go uważa”. Ci, którzy przeżywają kryzys wiary, tęsknią do starych dobrych czasów, ale traktują je inaczej niż sieciowi sceptycy. Postman, Keen czy Carr uważają je za czasy przedinternetowe, natomiast ci, którzy są miłośnikami, ale już nie wierzą, zazwyczaj twierdzą, że internet kiedyś był w porządku. Kiedyś, czyli wówczas, gdy pewne podmioty, nazwijmy je nowymi pośrednikami kultury, nie zaczęły zdobywać zatrważającej wręcz władzy nad życiem setek milionów ludzi. Utrata wiary wyraźnie podszyta jest obawą przed owymi pośrednikami, na przykład przed takimi gigantami jak Google czy Facebook. Firmy te obiecują rozwiązać wszelkie bolączki społeczne (Evgeny Morozov), a tak naprawdę powodują setki nowych, w tym przede wszystkim naruszają naszą prywatność (Lori Andrews, Joseph Turow) czy zamykają nas w tak zwanej bańce filtrującej (filter bubble – termin Eli Parisera). W jej przypadku chodzi o personalizację, czyli dostosowywanie internetowych treści do konkretnych użytkowników. To, że na Facebooku wyświetlają się nam wpisy tych samych osób oraz fakt, że ciągle czytamy artykuły na ten sam temat, ma być z niekorzyścią dla naszego rozwoju intelektualnego i partycypacji demokratycznej (najczęściej czytamy rzeczy rozrywkowe, bowiem najłatwiej wchodzą one do bańki, a nie skupiamy się na problemach społecznych). Ze względu na rozliczne problemy internet trzeba zmieniać, to znaczy zmniejszać potęgę nowych pośredników, najlepiej przez rządowe regulacje, co podkreślają niemal wszyscy miłośnicy, którzy stracili wiarę.

Pojawienie się owej kategorii pesymistów to oczywiście sprawa nowa. Ten trend intelektualny zdobywa wpływy głównie w Stanach Zjednoczonych, choć można podejrzewać, że zadomowi się także w Polsce. Zwiastunem tego jest chociażby przywoływany na początku wpis Bendyka pokazujący, że ów wielbiciel sieci o niezachwianej do tej pory wierze, zaczyna powątpiewać. Dziennikarz polityki nie jest zresztą jedyny, o czym pisałem tutaj.

*Na marginesie po raz pierwszy – z autopsji wiem, że badacze nie lubią, jak się twierdzi, że przynależą do grupy osób głoszących poglądy określonego typu. Zastosowany w tym wpisie zabieg jest czysto analityczny; zdaję sobie sprawę, że na idee głoszone przez poszczególne osoby składają się różne koncepcje, a każdy badacz podchodzi do sprawy odmiennie. Szukam jedynie pewnych kategorii mających uporządkować rozważania. 

*Na marginesie po raz drugi – wpis ten traktuję jako krótkie podsumowanie cyklu popblogowego na temat cyberpesymizmu. Na cykl ów składają się następujące posty: 
Doktryna Google vs slacktivism (część 1 i część 2).

*Na marginesie po raz trzeci – dziękuję Sławkowi Czarneckiemu za zainspirowanie mnie do myślenia o różnych typach cyberpesymistów. 


Demitologizacja internetu

To już chyba ostatni wpis o książkach zaliczanych do nurtu, który określiłem jako cyberpesymistyczny. Chyba, bo na półce (przez półkę mam na myśli zarówno drewniany mebel, jak i jeden z folderów na twardym dysku nazwany właśnie „półka”) jest jeszcze kilka ciekawych pozycji. Stwierdzam jednak, że już mi się przejadło i nie na moje siły dalsze poznawanie poglądów sieciowych sceptyków, co związane jest z powtarzalnością przedstawianych koncepcji. W tym poście na tapetę biorę absolutną nowość wydawniczą, to znaczy To Save Everything, Click Here Evgenya Morozova. Książka jest niezłym podsumowaniem tego, co przewijało się na popblogu w kontekście cyberpesymizmu. Co ciekawe Białorusin krytykuje nawet krytyków internetu (sic!).

Ale po kolei, bo trudno ów paradoks wytłumaczyć bez odpowiedniego wprowadzenia. Przede wszystkim Morozov nie daje się zwieść piewcom dobrej nowiny, głoszącym, że dzięki nowym technologiom komunikacyjnym ludzkość wkracza w złoty wiek dostatku i szczęśliwości. Proroctwa takie serwuje naturalnie Krzemowa Dolina, bowiem jej funkcjonariusze przekonują, że dostarczane narzędzia wyeliminują takie problemy jak na przykład otyłość, globalne ocieplenie, zanieczyszczenie środowiska, korupcja polityków, przestępczość, a nawet pozwolą uwolnić się od intelektualnych ułomności, chociażby wzmocnią naszą pamięć. Transparentność oferowana przez technologie mobilne spowoduje, że już nikt nie będzie mógł nic ukryć przed oczami czujnie obserwującej internetowej społeczności, gamifikacyjne zachęty sprawią, że dbanie o środowisko będzie niczym dobra rozrywka, a nieskończona wręcz powierzchnia przechowywania danych uwolni od konieczności pamiętania wszystkiego

Autor podaje wiele przykładów działań już teraz mających stanowić przedsmak wspaniałych nadchodzących czasów. Wyobraźmy sobie, że wieko naszego kosza na śmieci ma zamontowany mały aparat cyfrowy, który robi zdjęcia za każdym razem, gdy decydujemy się przykryć to, co już niedługo znajdzie się w trzewiach śmieciarki. Obrazy przesyłane są na nasze konto facebookowe, a wspólnota wirtualna biorąca udział w zabawie decyduje, czy aby w danym dniu nie za dużo było w naszym śmietniku rzeczy nadających się do ponownego przetworzenia. Jeśli tak zawyrokowano, nie otrzymamy odznaki śmieciowego skauta; musimy się bardziej starać w dniu kolejnym.


Internetowe geeki nie widzą w takim gamifikacyjnym zabiegu nic złego, a proponowana przez nich wizja nowego świata opiera się na algorytmizacji i standaryzacji poprawiających przewidywalność ludzkich działań. Złożone problemy społeczne traktuje się jako te, dla których istnieją proste rozwiązania. Wystarczy tylko jakąś trudną kwestię sprowadzić do odpowiedniego algorytmu, a znajdzie się dla niej rozstrzygnięcie. Taka filozofia napędza obserwowalną dzisiaj i przybierającą na sile optymalizację wszelkich aspektów codzienności. Niestety perfekcyjnie kontrolowane środowisko społeczne nie służy, zdaniem Białorusina, ludzkiej wolności, bowiem istotnymi jej elementami są niedwuznaczność, brak porządku, ale też możliwość czynienia złych rzeczy.

Abstrahując od filozoficznych podstaw tego spojrzenia i nie wikłając się zbytnio w rozważania, na ile poglądy Morozova są słuszne, warto skupić się na tym, co w jego książce chyba najciekawsze, to znaczy na opisie dwóch zjawisk, czyli solucjonizmie (solutionism) oraz internetocentryzmie (Internet-centrism). Obydwa służą guru nowych technologii sieciowych do legitymizacji wielkiego optymalizacyjnego eksperymentu społecznego.

Solucjonizm oznacza specyficzne nastawienie wobec napotykanych problemów; jest to sięganie po remedium, jeszcze zanim dokładnie się zdefiniowało, na czym polega dana drażliwa sprawa. Rozwiązanie jest według reprezentantów Krzemowej Doliny tylko jedno; internet ma być lekiem na wszelkie bolączki. Poddanie się pokusie, aby na niebezpieczeństwa współczesności patrzeć przez pryzmat zbawiennego wpływu sieci, jest tak naprawdę pójściem na łatwiznę, niezauważaniem, że być może problemy da się rozwiązać inaczej. Choć niektóre sposoby mogą być droższe, to jednak stymulują zmianę trwałą i niepowodującą negatywnych skutków ubocznych (patrz wspomniany wyżej case study z koszem na śmieci, gdzie widać ogromne problemy natury etycznej, nieuwzględnienie złożoności kwestii ochrony środowiska oraz niestabilność dobrych nawyków).

Solucjonizm znajduje oparcie w internetocentryzmie, czyli patrzeniu na sieć w sposób zmitologizowany tak, że należy już raczej mówić o „internecie” (w cudzysłowie), rozumiejąc przezeń nie tyle infrastrukturę, co jakiś oderwany od niej twór żyjący własnym życiem i stający się centrum wszechrzeczy. Morozov zwraca uwagę, że omawiane medium obrosło ogromną liczbą pozytywnych i negatywnych znaczeń (porównaj wpis znajdujący się tutaj) i dlatego internet należy traktować w kategorii postmodernistycznie rozumianej metanarracji. Sieć jest niczym religia, co powoduje, że zamiast debatować nad faktycznym jej wpływem na życie społeczne oraz kształtować odpowiednią politykę jej regulacji, dobrowolnie poddajemy się owej mitologicznej internetowej idei wykluczającej jakąkolwiek poważną debatę. Internet jest dla nas albo świętością, albo złem wcielonym, przy tym traktuje się go przez pryzmat nastania nowej ery w historii ludzkości, epoki wyrwanej z kontekstu historycznego. Sieć wzięła się znikąd, stanowi o absolutnej rewolucji powodującej, że to, co było do tej pory, już nie obowiązuje. Wszystko przechodzi pod wpływem internetu znaczącą przemianę, a samo medium rządzi się danymi raz na zawsze, niezmiennymi prawami.

Białorusin wypomina internetocentryzm zarówno cyberoptymistom, jak i cyberpesymistom. Aby zobrazować, że ci drudzy też błądzą, wskazuje chociażby na poglądy Nicholasa Carra, o których wypowiedziałem się w tym miejscu. Morozov pokazuje, że Amerykanin piszący o degradacji naszego intelektu powodowanej użytkowaniem sieci traktuje ową sieć tak, jakby nie można jej było w żaden sposób zmienić. Zamiast rozpatrywać skomplikowane związki różnych pozasieciowych czynników wpływających na to, że wszystko, co znajduje się w internecie, wygląda tak, a nie inaczej, Carr promuje pogląd, że medium ma swoją wewnętrzną logikę. Postępuje zatem niemal identycznie, jak zwolennicy sieci podkreślający niekompatybilność starego przedinternetowego świata, który musi ewoluować, aby dopasować się do nowego medium o niezmiennej i doskonałej naturze.

Morozov daje kilka rad, w jaki sposób uwolnić się od solucjonizmu i internetocentryzmu. Przede wszystkim, badając sieć, powinno się podchodzić do niej tak, jakby ona niczego nie zmieniała. Chodzi o specyficzny zabieg intelektualny ukierunkowujący nasze myślenie na odpowiednie tory. W myśl tego nastawienia nie jest nadużyciem stwierdzenie, że choć internet jest jednocześnie pocztą, gazetą, domem towarowym, biblioteką czy studiem nagraniowym, to z siecią jest jak ze zmywarką do naczyń; pozwala ona robić pewne rzeczy łatwiej niż kiedyś, ale cały czas są to rzeczy, które były przez nas wykonywane od zawsze. Morozov podaje wiele przykładów omawianego podejścia, chociażby opisuje gamifikacyjne zabiegi władz Związku Radzieckiego zachęcających do zwiększonego wysiłku przy uprawie roli za pomocą nagród w postaci odznak i punktów.

Internetu nie należy ujmować z perspektywy innych mediów. Akademicy często odwołują się do historii telegrafu, radia czy telewizji, dowodząc, że w ich przypadku uświadczyć można było podobnych reakcji, jakie obserwujemy, jeśli chodzi o sieć. Takie rozumowanie zaciemnia obraz i zniekształca historię, bowiem każde medium jest inne, a oddźwięk na wszystkie był odmienny. Upraszczając wywody we wskazany sposób, ryzykujemy, że nie będziemy potrafili określić, w jakim kierunku rozwija się internet oraz redukcjonistycznie zawyrokujemy, że inne media były tylko przygrywką dla sieci.

Białorusin stwierdza, że musimy wypracować lepsze sposoby ewaluacji skutków zabiegów wynikających z uznania, że internet jest lekiem na całe zło. Zamiast powtarzać w nieskończoność, że technologiczne narzędzia są zawsze skuteczne, należy skupić się na dokładnej analizie rezultatów sieciowych rozwiązań. Internet nie jest niezmienny, można, a nawet trzeba, go kontrolować, regulować i odpowiednio kształtować, jeśli ma on rzeczywiście rozwiązywać społeczne bolączki. Do uporania się z niektórymi po prostu się nie nadaje, a zatem regulacja sieci powinna ograniczać rozbuchane ambicje technooptymistów.

Autor omawianej książki w pewnym momencie zauważa, że samo pojęcie „internet” w ogóle nie mówi nic istotnego o mechanizmach funkcjonowania świata społecznego. Sieć jest raczej konstruktem intelektualnym (pomimo jej niezaprzeczalnej fizyczności), który sam w sobie nie wyjaśnia życia społecznego, ani nie wskazuje, jak powinno się je kształtować. Im szybciej uwolnimy się od różnych powszechnych poglądów, tym lepiej, bo przecież obecna zakulisowość polityki nie musi być zła, a mądrość tłumu nie zawsze jest lepsza od jednostkowej subiektywności.

Problem w tym, że wyżej scharakteryzowane poglądy Morozova pokazują, że nie jest on takim bezstronnym obserwatorem idei „internetu”, jakim chciałby siebie widzieć. Chociaż w dziele pojawia się krytyka cyberpesymistów, to jednak wyraźniejsze jest psioczenie na zwolenników e-pajęczyny. Białorusin wcale nie postępuje jak ktoś, kto świadomy jest mitów narosłych wokół sieci i jak badacz owych mitów. Jego opis internetowych znaczeń też jest – paradoksalnie – wytwarzaniem tych znaczeń, tym bardziej, że w książce wyczuwalne jest normatywne nastawienie autora. Wskazuje on po prostu konkretną ścieżkę wykorzystania konceptu internetu, choć droga ta polega na zaniechaniu różnych społecznych eksperymentów Krzemowej Doliny. Morozov wcale nie sekularyzuje i nie demitologizuje internetu, sam wikła się w znaczenia i zdaje się nie dostrzegać, że jego sądy również są arbitralne. Nic nie daje autorowi prawa decydować, że jakieś technologiczne rozwiązania nie są dobre, na przykład, że istnienie politycznej szarej strefy albo wybitnych jednostek opierających się społecznościom wiedzy jest z korzyścią dla wszystkich. Nic nie daje mu takiego prawa i dlatego wyrażane przez niego poglądy same nabierają posmaku solucjonizmu i internetocentryzmu.

Przypadek fanpejdżów z cytatami wykładowców...

Wpis o fanpejdżach, na których studenci cytują swoich wykładowców chyba wymaga krótkiego sprostowania. Wczoraj kolega powiedział mi, że post ów sprawia wrażenie, jakobym „krytykował cywilizację technologiczną” (cytuję niezbyt dosłownie – wybacz kolego). Na „donosicielskich” stronach fanowskich zaroiło się natomiast od komentarzy typu „a to bęcwał jeden”, od huncwota wrednego mnie wyzwano, co to śmie zabawę psuć i bambaryłą wstrętną mianowano. (Zaznaczę, że „donosicielstwo” pojawiło się w poście w cudzysłowie, a jak wiadomo, tej pary znaków używa się wówczas, kiedy się chce zaznaczyć, iż danego słowa nie należy rozumieć dosłownie).

Warto więc sprostować i wyjaśnić, że: widzę potencjał transparentności tkwiący w internecie; uważam, iż może być on wykorzystywany do prześwietlania skorumpowanych polityków (na przykład przez blogerów politycznych tropiących przekręty); jestem zachwycony mocą społeczności wirtualnych będących platformami odkrywania ludzkiej kreatywności i wyzwalających w nas nasze najlepsze strony, na przykład chęć niesienia pomocy bliźnim; fascynują mnie nowe sieciowe trendy konsumenckie polegające na tym, że pochłaniacze mediów mogą owe media kreować w niespotykanym dotychczas stopniu. Swoim poglądom wielokrotnie dawałem wyraz, o czym można się przekonać, zapoznając z moimi publikacjami naukowymi.

Generalnie: lubię internet i podobnie jak moi „dyskutanci” dostrzegam, że strony pod tytułem „cytaty wykładowców” służą zabawie oraz są elementem specyficznej sieciowej kultury. Poprzedni wpis miał zwrócić uwagę, że być może w naszym namyśle nad ową kulturą już czas posunąć się o jeden szczebel wyżej, to znaczy przestać rozumować w kategoriach dychotomii internet jako świętość wcielona lub zło wszechogarniające. Jeśli uwolnimy się od tego podziału – przyjmowanego często nieświadomie – wyeliminowane zostaną różne paradoksy intelektualne. Na przykład taki, kiedy z jednej uwielbia się potencjał sieci związany z ujawnianiem różnych nieodpowiednich wypowiedzi wykładowców, a z drugiej strony uważa, że wskazane jest korzystanie z internetu odbywające się z poszanowaniem prywatności innych osób.

Prześwietlanie przez blogerów przekrętów politycznych nie jest tym samym, co wydobywanie na światło dziennie wypowiedzi kadry naukowej. Trzeba wreszcie odejść od ideologicznego badania sieci (internet to albo dobro, albo zło) i zastosować się do czegoś, co nazwę internetowym empiryzmem badawczym. Nie powstała jeszcze dobra teoria działań w internecie i dlatego na razie musimy rozpatrywać każdy przypadek z osobna. Czy doniesienie o nieuczciwym polityku zweryfikować mogą media mainstreamowe? Naturalnie, że tak. Czy fałszywy, szkodliwy, obraźliwy, krzywdzący, powodujący czyjeś zażenowanie cytat na studenckiej stronie jest do zweryfikowania? Nie jest (patrz grafika w tym wpisie). Wszystko to skłania mnie do stwierdzenia, że jeśli tylko dane sieciowe aktywności rodzą jakąkolwiek możliwość naruszenia czyjegoś dobrego samopoczucia, choćby tylko obrażenia osoby niemającej poczucia humoru, to powinniśmy do takich miejsc podejść z dystansem, namysłem i zastanowić się, jakie zagrożenia mogą się z nimi wiązać.

Jeszcze raz podkreślę, że daleko mi do bycia przeciwnikiem internetu. Jak mógłbym nim być, skoro sam prowadzę bloga, mam konto na fejsbuku, dużo piszę o mocy elektronicznej pajęczyny. Jeśli ktoś śledzi wpisy popblogowe, to zauważył, że ostatnio dużo miejsca poświęciłem na omówienie książek krytykujących sieć (na przykład tutaj, tutaj czy tutaj). Niech to jednak nie zmyli, bowiem ja internet lubię, a czytam sceptyków jedynie dlatego, że nie chcę popaść w nadmierny i nieuzasadniony huraoptymizm, pragnę do sprawy podejść zdroworozsądkowo, zastanowić się nad patologiami, a przede wszystkim stosować się do wspomnianego empiryzmu badawczego.

- 2007-2014 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -