Socjobiologia w sukurs popkulturze

Miłośnicy popkultury – śpijcie spokojnie; po raz kolejny nauka udowodniła, że popkultura jest dobra. Czytajcie stosy książek, oglądajcie ile wlezie telewizji i spędzajcie godziny przed monitorem, grając w gry, bowiem jest to dla Was z pożytkiem. Do takich wniosków dojść można, czytając książkę Jonathana Gottschalla The Storytelling Animal. Nie przedstawił w niej autor obrony kultury popularnej sensu stricte, raczej spróbował udowodnić, że każdy z nas jest tytułowym „zwierzęciem od opowiadania historii”. Omawianą pozycję traktować należy jako przedstawione z perspektywy psychologii ewolucyjnej ujęcie człowieka niczym zanurzonego w świecie fikcji i czerpiącego z owego zanurzenia wiele korzyści.

Zdaniem Gottschalla fikcyjne światy nie są charakterystyczne tylko dla dzieł popkultury, lecz towarzyszą nam praktycznie wszędzie. Autor znalazł wiele przykładów tej tezy, wspomniał o snach i stwierdził, że są one niczym innym, jak podświadomym odgrywaniem różnych – często dziwacznych – sytuacji. Snucie historii (storytelling) pozwala nam porządkować świat i połapać się w jego chaosie, co udowodnił Amerykanin, rozwodząc się przez znaczną część książki o religii oraz mitach narodowych. W wypadku obydwu zjawisk mamy do czynienia z rozbuchanym storytellingiem, z czystej maści konstruktywizmem społecznym, czyli – znacznie rzecz uogólniając – tworzeniem sztucznych podziałów między ludźmi.

Aby pokazać, że nasze życie jest zgrabnie skonstruowaną opowieścią, napisał Gotschall o ciągłym fantazjowaniu na swój temat, nazywanym przez niektórych procesem budowania tożsamości. Jak dowiódł Amerykanin, mamy w przypadku owego procesu do czynienia ze swoistym opowiadaniem historii swojego własnego życia. Opowiadanie to jest oparte na wybielaniu swojej osoby, racjonalizowaniu „złych postępków” i podkreślaniu „dobrych”. Ci z nas, którzy mają szczęście nie mieć depresji – jedynego stanu, kiedy możemy zobaczyć rzeczy takimi, jakimi są naprawdę – nieustannie wyolbrzymiają zalety swojej osoby i wady wszystkich wokoło.

Fikcja trzyma nas w żelaznym uścisku i nie chce puścić, ale wcale nam to nie doskwiera. Mało tego, spełnia dla nas ważne funkcje, pozwala się uczyć reguł życia społecznego, umożliwia znalezienie się w różnych sytuacjach społecznych oraz przygotowuje do nieprzewidzianych zdarzeń. Dzieje się tak dlatego, że opowiadane narracje pokazują zmaganie się z najrozmaitszymi problemami. Zwykle są one rozwiązywane z korzyścią dla bohatera, a zatem fikcja wskazuje nam, jak postępować, żeby przezwyciężyć kłopoty.

Takie zadanie spełnia również popkultura pociągająca nas nie dlatego, że zapewnia rozrywkę, ale dlatego że stanowi istotny mechanizm adaptacyjny. Jako taka kultura masowa cieszyć się będzie niesłabnącą popularnością, a także stanie się bardziej wysublimowana. Zdaniem Gottschalla widać to doskonale już dzisiaj, chociażby w przypadku powstania gier MMORPG, zapewniających nie tyle chwilowe przeniesienie do sztucznie wykreowanych światów, ile doświadczenie kompletnej w nich imersji.

Zamiłowanie i predyspozycje do storytellingu są dla autora cechą biologiczną, wynikającą z budowy naszego mózgu. Nawiązując do modnego ostatnio tematu, jakim jest gender, stwierdzić należy, że opisywana książka nie spodoba się miłośnikom owej nieideologii. Amerykanin jest bezkompromisowy w swoich poglądach, co przejawia się chociażby wówczas, gdy postawił wyraźną granicę między fikcjami snutymi przez kobiety i mężczyzn. Każda płeć opowiada inne historie, co ma być widoczne już w dzieciństwie. Gotschall pokazał, że totalną porażką kończyły się wszelkie eksperymenty mające na celu doprowadzenie do sytuacji, kiedy dziewczynki bawiłyby się samochodami czy strzelały do innych dziewczynek, używając zabawkowych pistoletów, a chłopcy urządzali zabawy lalkami czy w sklep.

Podsumowując, stwierdzić należy, że kluczowe tezy Amerykanina nie powalają oryginalnością. O socjalizacyjnej roli kultury popularnej czy szerzej rozumianego snucia historii napisano już dość dużo. Mimo to książka może się podobać, bowiem obrona popkultury przy pomocy psychologii ewolucyjnej to naprawdę interesujące i nowatorskie podejście. Do tej pory socjobiologowie raczej narzekali na kulturę masową, traktując ją w kategoriach wpisanego w nasze uposażenie genetyczne zamiłowania do seksu i przemocy. Co prawda autor chaotycznie skacze z tematu na temat, a poszczególne wątki są zbyt luźno powiązane, ale przytaczanie wielu „scen z życia codziennego” oraz eksperymentów psychologicznych ilustrujących omawiane zagadnienia czyni omawianą pozycję bardzo ciekawą.

Dane książki
Tytuł – The Storytelling Animal. How Stories Make Us Human
Autor – Jonathan Gottschall
Język oryginału – angielski
Stron – 248
Okładka – miękka 

Uczestnictwo w kulturze a internet

Widownia napisała o stylu życia i kulturze. Zainspirowany tym wpisem oraz pewnym panelem podejmuję podobny temat.

21 lutego 2014 roku miałem przyjemność uczestniczyć w panelu eksperckim Uczestnictwo w kulturze: jak uchwycić „kulturę w biegu”? zorganizowanym przez zespół badaczy pracujących nad projektem Punkty styczne: między praktyką a kulturą (nie)uczestnictwa (grant Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w programie Obserwatorium kultury).

Kierownik projektu – profesor Cezary Obracht-Prondzyński oraz inni naukowcy (m.in. Agata Bachórz i Krzysztof Stachura) przedstawili wyniki badań pilotażowych (metoda dzienniczkowa i etnografia). Celem panelu była wymiana myśli zaproszonych ekspertów, co zaowocować miało wskazówkami dla zespołu badawczego dotyczącymi tego, jak prowadzić dalsze dociekania nad uczestnictwem w kulturze.

Jeden z poruszonych podczas spotkania wątków związany był z rozumieniem pojęcia uczestnictwo w kulturze. Czy należy je utożsamiać z instytucjonalnym wymiarem, to znaczy z chodzeniem do kina, teatru, na koncerty, kupowaniem i ściąganiem muzyki czy filmów. A może niekoniecznie; może uczestnictwem są również takie aktywności, jak uprawianie jakiejś dyscypliny sportowej czy gotowaniem potraw charakterystycznych dla ulubionej kuchni, niech będzie, że indyskiej. Jeśli tak, to należałoby potraktować uczestnictwo jako kategorię mocno performatywną, związaną z wieloma naszymi codziennymi wyborami i zachowaniami.

Osoby pracujące nad projektem nie do końca się określiły, którą opcję przyjęły. W materiałach zaprezentowanych zaproszonym ekspertom uczestnictwo raz traktuje się instytucjonalnie, raz performatywnie. I nie ma w tym niczego złego; można przecież przyjąć, że na badane zjawisko patrzy się wielowymiarowo, a działania konkretnych osób ujmuje się jako rozpięte na kontinuum instytucjonalność-perfomatywność.

W kontekście opisywanego problemu ciekawi mnie, w jaki sposób badacze podejdą do aktywności respondentów w internecie, bo przecież niezwykle trudno jest rozstrzygnąć, po jakiej stronie wspomnianego kontinuum mieszczą się działania sieciowe. Czy jeśli mój blogowy wpis traktuje o kuchni indyjskiej, a używam Bloggera lub Wordpressa, to jest to uczestnictwo w kulturze instytucjonalne czy performatywne? Oczywiście takie i takie.

Internet jest obszarem, gdzie najtrudniej jest „posegregować” zachowania kulturalne ludzi i przypisać je do jednego z omawianych wymiarów. Co więcej, sieć może przesuwać owe aktywności w jedną albo drugą stronę. Weźmy miłośnika kuchni indyjskiej, na co dzień pichcącego coś pysznego, ale nie opisującego tego w necie; weźmy również tego, który prowadzi na temat swojego gotowania bloga, wykorzystując jedną z wielu popularnych platform. Działanie tego drugiego przesunie się mocno w stronę instytucjonalnego krańca kontinuum. Popatrzmy z kolei na dwóch fanów filmów, regularnie chodzących do kina. Jeden z nich korzysta z sieci sporadycznie, drugi bardzo często, bo pisze recenzje obejrzanych filmów do portalu filmowego. Ten drugi będzie naturalnie działał bardziej performatywnie od pierwszego.

Projektując wszelkie badania na temat uczestnictwa w kulturze, należy zatem pamiętać o dylematach odnoszących się do kategoryzowania zjawisk internetowych. Sieć często automatycznie utożsamia się z performatywnością – głównie w związku z patrzeniem na nią przez pryzmat modnego ostatnio pojęcia kultury partycypacji – i przez to zapomina o jej instytucjonalnym wymiarze. Kreatywnym i twórczym jest się w internecie zwykle tylko wówczas, gdy ma się założone konto na Facebooku lub googleowski profil. Od „instytucjonalizacji” sieci się nie ucieknie.

Na koniec jeszcze jedna uwaga, kto wie, może najbardziej znacząca. Zastanawiając się nad teoretycznymi i metodologicznymi założeniami dociekań nad uczestnictwem, trzeba sobie uzmysłowić, że ważne jest rozstrzygnięcie, czym aktywności internetowe różnią się od nieinternetowych. Czy pisanie bloga kulinarnego jest czymś innym, niż zapisywanie przepisów w zeszycie i wklejanie do niego kolorowych zdjęć ulubionych potraw? Czy prowadzenie dziennika sieciowego jest bardziej „instytucjonalne”? A jeśli tak, to dlaczego? Czy rozmowa „na żywo” ze znajomymi na temat ulubionych filmów jest bardziej „performatywna” od pogawędki na ten sam temat toczonej w internecie. Może nie, skoro ludzie często traktują obie te formy komunikacji jako tożsame.

Na takie i inne pytania powinien odpowiedzieć sobie każdy, kto planuje badania nad uczestnictwem w kulturze.

 

Fantazjowanie Folmana

Kiedy włączałem film Ari Folmana Kongres (The Congress; 2013), myślałem, że na pewno mam do czynienia z wybitnym dziełem. W mojej głowie zaświtała myśl: „posiłkując się Lemem, nie można stworzyć niczego słabego”. Spodziewałem się doznać wstrząsu porównywalnego z tym, którego doświadczyłem, po raz pierwszy oglądając The Matrix.

Niestety, zawiodłem się. Tłumacząc powody owego zawodu, nie chcę skupiać się na podjętym przez reżysera tematem ułomności ludzkiego postrzegania i poznania. Nie będę również roztrząsał wątku związanego z uniwersalnym pytaniem dotyczącym tego, czy należy dążyć do odkrycia prawdy za wszelką cenę – nawet wiedząc, że jest ona straszna i nam się nie spodoba – czy lepiej żyć w błogiej nieświadomości. Nie; tego nie chcę krytykować. Chcę natomiast zbesztać Izraelczyka za przewodni – moim zdaniem – motyw omawianego obrazu. Chodzi o krytykę współczesnej kultury popularnej, ukazanie jej niczym zaciemniającej rzeczywistość i wtłaczającej nas w świat słodkiej ułudy.

Folman pokazał społeczeństwo, gdzie każdy stać się może – dzięki halucynogenom – kim tylko zapragnie, na przykład bohaterem popkultury. Ludzie wolą zostać „zamienieni” w fantasmagoryczne manifestacje swoich idoli, niż żyć swoim – prawdziwym – życiem. Za pomocą filmu z gatunku science fiction reżyser bije na alarm, a jego przesłanie jest jasne; w dzisiejszym świecie umierają prawdziwa kultura, teatr czy poważne, czyli niefantastyczne (czytaj głupawe) kino. Szczególnie w pierwszej połowie obrazu widać, że Izraelczyk pogardza grami komputerowymi jako rozrywką, w wypadku której wcielić się możemy w dowolną postać. Folmanowi nie podoba się to, że coraz większą część naszego życia spędzamy w cyberprzestrzeni, że spełnia ona dla nas eskapistyczną funkcję i że do jej obsługi potrzeba coraz mniej specjalistów-inżynierów (cała rzesza bezrobotnych może się zatem do woli oddawać fantazjowaniu).

Aż trudno uwierzyć, że filmy takie jak Kongres cały czas powstają. Wydawać by się mogło, że w czasach, kiedy jakość kultury popularnej znacząco się podniosła, a jej oferta jest coraz bogatsza (a nie uboższa, jak widzi to reżyser), omawiana kultura wreszcie się wyleczy ze swojego własnego kompleksu. Chciałbym, żeby dzieła powstające w jej obrębie w końcu przestały kalać swoje własne gniazdo. Niestety tak się nie dzieje, co pokazuje obraz Izraelczyka. Czekam na czasy, kiedy twórcy pokroju omawianego reżysera pójdą za akademikami i dostrzegą wartość popkultury. Kto wie, może płonne moje nadzieje, bo przecież – jak powszechnie wiadomo – narzekać jest łatwiej, niż patrzeć przez różowe okulary.

Prawdopodobnie Kongres zasługuje na gruntowniejsze omówienie niż to popblogowe. Ja jednak nie będę się nad nim dłużej pochylał; plik zawierający omawiany obraz zniknął już z dysku twardego mojego komputera. Nie mogłem nie wyrzucić do kosza filmu reżysera, który udowadniając widzom, że są idiotami fascynującymi się „nieprawdziwymi” przekazami pop, nie spostrzegł, że sam fantazjuje na temat swojego dzieła. Fantazjuje, bowiem twierdzi, że przedstawił adaptację książkowego Kongresu futurystycznego. Paradoksalnie wizja Folmana ziszcza się w przypadku jego własnej kreacji; oto faktycznie mamy do czynienia ze słabą popkulturą, dla celów marketingowych wmawiającą ludziom rzeczy nieprawdziwe.

Kryzys wiary

Oczy z niedowierzania wybałuszam! Czyżby redaktor Edwin Bendyk powoli stawał się krytykiem internetu. Wpływowy dziennikarz uznany za rzecznika nowych trendów internetowych oraz zwolennika tak zwanej wolnej kultury każe się zastanowić nad naszym bezkrytycznym uwielbieniem sieci i „otwartości” kulturalnej z nią związanej. Redaktor na swoim blogu napisał rzecz następującą (abstrahuję od kontekstu, w jakim wpis Bendyka się pojawił, zaznaczając, że warto nań zwrócić uwagę):
Instrumentem zarządzania dobrem wspólnym, jakim jest kultura i umożliwiającym jednocześnie życie artystom jest prawo autorskie. Wymyślone w epoce druku wymagało już wielokrotnie modernizacji w miarę rozwoju nowych technologii. Nie inaczej jest dzisiaj – cyfrowa rewolucja zmieniła wiele. W rewolucyjnym zachwycie nad możliwościami internetu nie ulegajmy jednak pokusie technologicznego i dziejowego determinizmu. To, że coś jest technologicznie możliwe – np. łatwe, bezkosztowe dzielenie się kulturą nie oznacza, że wszystkie praktyki tego dzielenia się są jednakowo prawomocne. 
Tak się składa, że jestem świeżo po wystąpieniu na gdańskim bibliocampie, gdzie opowiadałem między innymi o dwóch typach tak zwanych cyberpesymistów, czyli badaczy (naukowców, dziennikarzy, ludzi kultury) głoszących, że internet wcale nie jest technologią prowadzą wprost do powszechnego szczęścia. Wyróżniłem dwa typy osób tak uważających: sieciowych sceptyków oraz miłośników internetu, którzy stracili wiarę.

Pierwszych nikt już nie traktuje poważnie. Neil Postman, Andrew Keen czy Nicholas Carr głoszą na tyle radykalne poglądy – i na tyle nietrafne – że patrzy się na nie z przymrużeniem oka. Jeśli ktoś twierdzi, że internet jest z gruntu zły i że cokolwiek i w jakikolwiek sposób byśmy w sieci nie robili, zawsze wpędzimy naszą kulturę i ekonomię w permanentny kryzys, to nie może liczyć na nic innego jak prześmiewcze komentarze.

Ciekawsze są twierdzenia reprezentantów drugiej grupy. Są to badacze, którzy swoje książki czy artykuły przeważnie rozpoczynają słowami typu (dla wygody podaję w formie męskiej): „kiedyś byłem zwolennikiem internetu, pracowałem nad jakimś startupem lub w jednej z firm z Krzemowej Doliny, mam w tym miejscu mnóstwo znajomych, lecz w pewnym momencie nadeszło zwątpienie, coś we mnie przeskoczyło i zrozumiałem, że błądzę. Internet wcale nie jest tak cudownym medium, za jakie się go uważa”. Ci, którzy przeżywają kryzys wiary, tęsknią do starych dobrych czasów, ale traktują je inaczej niż sieciowi sceptycy. Postman, Keen czy Carr uważają je za czasy przedinternetowe, natomiast ci, którzy są miłośnikami, ale już nie wierzą, zazwyczaj twierdzą, że internet kiedyś był w porządku. Kiedyś, czyli wówczas, gdy pewne podmioty, nazwijmy je nowymi pośrednikami kultury, nie zaczęły zdobywać zatrważającej wręcz władzy nad życiem setek milionów ludzi. Utrata wiary wyraźnie podszyta jest obawą przed owymi pośrednikami, na przykład przed takimi gigantami jak Google czy Facebook. Firmy te obiecują rozwiązać wszelkie bolączki społeczne (Evgeny Morozov), a tak naprawdę powodują setki nowych, w tym przede wszystkim naruszają naszą prywatność (Lori Andrews, Joseph Turow) czy zamykają nas w tak zwanej bańce filtrującej (filter bubble – termin Eli Parisera). W jej przypadku chodzi o personalizację, czyli dostosowywanie internetowych treści do konkretnych użytkowników. To, że na Facebooku wyświetlają się nam wpisy tych samych osób oraz fakt, że ciągle czytamy artykuły na ten sam temat, ma być z niekorzyścią dla naszego rozwoju intelektualnego i partycypacji demokratycznej (najczęściej czytamy rzeczy rozrywkowe, bowiem najłatwiej wchodzą one do bańki, a nie skupiamy się na problemach społecznych). Ze względu na rozliczne problemy internet trzeba zmieniać, to znaczy zmniejszać potęgę nowych pośredników, najlepiej przez rządowe regulacje, co podkreślają niemal wszyscy miłośnicy, którzy stracili wiarę.

Pojawienie się owej kategorii pesymistów to oczywiście sprawa nowa. Ten trend intelektualny zdobywa wpływy głównie w Stanach Zjednoczonych, choć można podejrzewać, że zadomowi się także w Polsce. Zwiastunem tego jest chociażby przywoływany na początku wpis Bendyka pokazujący, że ów wielbiciel sieci o niezachwianej do tej pory wierze, zaczyna powątpiewać. Dziennikarz polityki nie jest zresztą jedyny, o czym pisałem tutaj.

*Na marginesie po raz pierwszy – z autopsji wiem, że badacze nie lubią, jak się twierdzi, że przynależą do grupy osób głoszących poglądy określonego typu. Zastosowany w tym wpisie zabieg jest czysto analityczny; zdaję sobie sprawę, że na idee głoszone przez poszczególne osoby składają się różne koncepcje, a każdy badacz podchodzi do sprawy odmiennie. Szukam jedynie pewnych kategorii mających uporządkować rozważania. 

*Na marginesie po raz drugi – wpis ten traktuję jako krótkie podsumowanie cyklu popblogowego na temat cyberpesymizmu. Na cykl ów składają się następujące posty: 
Doktryna Google vs slacktivism (część 1 i część 2).

*Na marginesie po raz trzeci – dziękuję Sławkowi Czarneckiemu za zainspirowanie mnie do myślenia o różnych typach cyberpesymistów. 


Demitologizacja internetu

To już chyba ostatni wpis o książkach zaliczanych do nurtu, który określiłem jako cyberpesymistyczny. Chyba, bo na półce (przez półkę mam na myśli zarówno drewniany mebel, jak i jeden z folderów na twardym dysku nazwany właśnie „półka”) jest jeszcze kilka ciekawych pozycji. Stwierdzam jednak, że już mi się przejadło i nie na moje siły dalsze poznawanie poglądów sieciowych sceptyków, co związane jest z powtarzalnością przedstawianych koncepcji. W tym poście na tapetę biorę absolutną nowość wydawniczą, to znaczy To Save Everything, Click Here Evgenya Morozova. Książka jest niezłym podsumowaniem tego, co przewijało się na popblogu w kontekście cyberpesymizmu. Co ciekawe Białorusin krytykuje nawet krytyków internetu (sic!).

Ale po kolei, bo trudno ów paradoks wytłumaczyć bez odpowiedniego wprowadzenia. Przede wszystkim Morozov nie daje się zwieść piewcom dobrej nowiny, głoszącym, że dzięki nowym technologiom komunikacyjnym ludzkość wkracza w złoty wiek dostatku i szczęśliwości. Proroctwa takie serwuje naturalnie Krzemowa Dolina, bowiem jej funkcjonariusze przekonują, że dostarczane narzędzia wyeliminują takie problemy jak na przykład otyłość, globalne ocieplenie, zanieczyszczenie środowiska, korupcja polityków, przestępczość, a nawet pozwolą uwolnić się od intelektualnych ułomności, chociażby wzmocnią naszą pamięć. Transparentność oferowana przez technologie mobilne spowoduje, że już nikt nie będzie mógł nic ukryć przed oczami czujnie obserwującej internetowej społeczności, gamifikacyjne zachęty sprawią, że dbanie o środowisko będzie niczym dobra rozrywka, a nieskończona wręcz powierzchnia przechowywania danych uwolni od konieczności pamiętania wszystkiego

Autor podaje wiele przykładów działań już teraz mających stanowić przedsmak wspaniałych nadchodzących czasów. Wyobraźmy sobie, że wieko naszego kosza na śmieci ma zamontowany mały aparat cyfrowy, który robi zdjęcia za każdym razem, gdy decydujemy się przykryć to, co już niedługo znajdzie się w trzewiach śmieciarki. Obrazy przesyłane są na nasze konto facebookowe, a wspólnota wirtualna biorąca udział w zabawie decyduje, czy aby w danym dniu nie za dużo było w naszym śmietniku rzeczy nadających się do ponownego przetworzenia. Jeśli tak zawyrokowano, nie otrzymamy odznaki śmieciowego skauta; musimy się bardziej starać w dniu kolejnym.


Internetowe geeki nie widzą w takim gamifikacyjnym zabiegu nic złego, a proponowana przez nich wizja nowego świata opiera się na algorytmizacji i standaryzacji poprawiających przewidywalność ludzkich działań. Złożone problemy społeczne traktuje się jako te, dla których istnieją proste rozwiązania. Wystarczy tylko jakąś trudną kwestię sprowadzić do odpowiedniego algorytmu, a znajdzie się dla niej rozstrzygnięcie. Taka filozofia napędza obserwowalną dzisiaj i przybierającą na sile optymalizację wszelkich aspektów codzienności. Niestety perfekcyjnie kontrolowane środowisko społeczne nie służy, zdaniem Białorusina, ludzkiej wolności, bowiem istotnymi jej elementami są niedwuznaczność, brak porządku, ale też możliwość czynienia złych rzeczy.

Abstrahując od filozoficznych podstaw tego spojrzenia i nie wikłając się zbytnio w rozważania, na ile poglądy Morozova są słuszne, warto skupić się na tym, co w jego książce chyba najciekawsze, to znaczy na opisie dwóch zjawisk, czyli solucjonizmie (solutionism) oraz internetocentryzmie (Internet-centrism). Obydwa służą guru nowych technologii sieciowych do legitymizacji wielkiego optymalizacyjnego eksperymentu społecznego.

Solucjonizm oznacza specyficzne nastawienie wobec napotykanych problemów; jest to sięganie po remedium, jeszcze zanim dokładnie się zdefiniowało, na czym polega dana drażliwa sprawa. Rozwiązanie jest według reprezentantów Krzemowej Doliny tylko jedno; internet ma być lekiem na wszelkie bolączki. Poddanie się pokusie, aby na niebezpieczeństwa współczesności patrzeć przez pryzmat zbawiennego wpływu sieci, jest tak naprawdę pójściem na łatwiznę, niezauważaniem, że być może problemy da się rozwiązać inaczej. Choć niektóre sposoby mogą być droższe, to jednak stymulują zmianę trwałą i niepowodującą negatywnych skutków ubocznych (patrz wspomniany wyżej case study z koszem na śmieci, gdzie widać ogromne problemy natury etycznej, nieuwzględnienie złożoności kwestii ochrony środowiska oraz niestabilność dobrych nawyków).

Solucjonizm znajduje oparcie w internetocentryzmie, czyli patrzeniu na sieć w sposób zmitologizowany tak, że należy już raczej mówić o „internecie” (w cudzysłowie), rozumiejąc przezeń nie tyle infrastrukturę, co jakiś oderwany od niej twór żyjący własnym życiem i stający się centrum wszechrzeczy. Morozov zwraca uwagę, że omawiane medium obrosło ogromną liczbą pozytywnych i negatywnych znaczeń (porównaj wpis znajdujący się tutaj) i dlatego internet należy traktować w kategorii postmodernistycznie rozumianej metanarracji. Sieć jest niczym religia, co powoduje, że zamiast debatować nad faktycznym jej wpływem na życie społeczne oraz kształtować odpowiednią politykę jej regulacji, dobrowolnie poddajemy się owej mitologicznej internetowej idei wykluczającej jakąkolwiek poważną debatę. Internet jest dla nas albo świętością, albo złem wcielonym, przy tym traktuje się go przez pryzmat nastania nowej ery w historii ludzkości, epoki wyrwanej z kontekstu historycznego. Sieć wzięła się znikąd, stanowi o absolutnej rewolucji powodującej, że to, co było do tej pory, już nie obowiązuje. Wszystko przechodzi pod wpływem internetu znaczącą przemianę, a samo medium rządzi się danymi raz na zawsze, niezmiennymi prawami.

Białorusin wypomina internetocentryzm zarówno cyberoptymistom, jak i cyberpesymistom. Aby zobrazować, że ci drudzy też błądzą, wskazuje chociażby na poglądy Nicholasa Carra, o których wypowiedziałem się w tym miejscu. Morozov pokazuje, że Amerykanin piszący o degradacji naszego intelektu powodowanej użytkowaniem sieci traktuje ową sieć tak, jakby nie można jej było w żaden sposób zmienić. Zamiast rozpatrywać skomplikowane związki różnych pozasieciowych czynników wpływających na to, że wszystko, co znajduje się w internecie, wygląda tak, a nie inaczej, Carr promuje pogląd, że medium ma swoją wewnętrzną logikę. Postępuje zatem niemal identycznie, jak zwolennicy sieci podkreślający niekompatybilność starego przedinternetowego świata, który musi ewoluować, aby dopasować się do nowego medium o niezmiennej i doskonałej naturze.

Morozov daje kilka rad, w jaki sposób uwolnić się od solucjonizmu i internetocentryzmu. Przede wszystkim, badając sieć, powinno się podchodzić do niej tak, jakby ona niczego nie zmieniała. Chodzi o specyficzny zabieg intelektualny ukierunkowujący nasze myślenie na odpowiednie tory. W myśl tego nastawienia nie jest nadużyciem stwierdzenie, że choć internet jest jednocześnie pocztą, gazetą, domem towarowym, biblioteką czy studiem nagraniowym, to z siecią jest jak ze zmywarką do naczyń; pozwala ona robić pewne rzeczy łatwiej niż kiedyś, ale cały czas są to rzeczy, które były przez nas wykonywane od zawsze. Morozov podaje wiele przykładów omawianego podejścia, chociażby opisuje gamifikacyjne zabiegi władz Związku Radzieckiego zachęcających do zwiększonego wysiłku przy uprawie roli za pomocą nagród w postaci odznak i punktów.

Internetu nie należy ujmować z perspektywy innych mediów. Akademicy często odwołują się do historii telegrafu, radia czy telewizji, dowodząc, że w ich przypadku uświadczyć można było podobnych reakcji, jakie obserwujemy, jeśli chodzi o sieć. Takie rozumowanie zaciemnia obraz i zniekształca historię, bowiem każde medium jest inne, a oddźwięk na wszystkie był odmienny. Upraszczając wywody we wskazany sposób, ryzykujemy, że nie będziemy potrafili określić, w jakim kierunku rozwija się internet oraz redukcjonistycznie zawyrokujemy, że inne media były tylko przygrywką dla sieci.

Białorusin stwierdza, że musimy wypracować lepsze sposoby ewaluacji skutków zabiegów wynikających z uznania, że internet jest lekiem na całe zło. Zamiast powtarzać w nieskończoność, że technologiczne narzędzia są zawsze skuteczne, należy skupić się na dokładnej analizie rezultatów sieciowych rozwiązań. Internet nie jest niezmienny, można, a nawet trzeba, go kontrolować, regulować i odpowiednio kształtować, jeśli ma on rzeczywiście rozwiązywać społeczne bolączki. Do uporania się z niektórymi po prostu się nie nadaje, a zatem regulacja sieci powinna ograniczać rozbuchane ambicje technooptymistów.

Autor omawianej książki w pewnym momencie zauważa, że samo pojęcie „internet” w ogóle nie mówi nic istotnego o mechanizmach funkcjonowania świata społecznego. Sieć jest raczej konstruktem intelektualnym (pomimo jej niezaprzeczalnej fizyczności), który sam w sobie nie wyjaśnia życia społecznego, ani nie wskazuje, jak powinno się je kształtować. Im szybciej uwolnimy się od różnych powszechnych poglądów, tym lepiej, bo przecież obecna zakulisowość polityki nie musi być zła, a mądrość tłumu nie zawsze jest lepsza od jednostkowej subiektywności.

Problem w tym, że wyżej scharakteryzowane poglądy Morozova pokazują, że nie jest on takim bezstronnym obserwatorem idei „internetu”, jakim chciałby siebie widzieć. Chociaż w dziele pojawia się krytyka cyberpesymistów, to jednak wyraźniejsze jest psioczenie na zwolenników e-pajęczyny. Białorusin wcale nie postępuje jak ktoś, kto świadomy jest mitów narosłych wokół sieci i jak badacz owych mitów. Jego opis internetowych znaczeń też jest – paradoksalnie – wytwarzaniem tych znaczeń, tym bardziej, że w książce wyczuwalne jest normatywne nastawienie autora. Wskazuje on po prostu konkretną ścieżkę wykorzystania konceptu internetu, choć droga ta polega na zaniechaniu różnych społecznych eksperymentów Krzemowej Doliny. Morozov wcale nie sekularyzuje i nie demitologizuje internetu, sam wikła się w znaczenia i zdaje się nie dostrzegać, że jego sądy również są arbitralne. Nic nie daje autorowi prawa decydować, że jakieś technologiczne rozwiązania nie są dobre, na przykład, że istnienie politycznej szarej strefy albo wybitnych jednostek opierających się społecznościom wiedzy jest z korzyścią dla wszystkich. Nic nie daje mu takiego prawa i dlatego wyrażane przez niego poglądy same nabierają posmaku solucjonizmu i internetocentryzmu.

Dane książki 
Tytuł – To Save Everything, Click Here: The Folly of Technological Solutionism
Autor – Evgeny Morozov
Język oryginału – angielski
Stron – 558
Okładka – twarda

Przypadek fanpejdżów z cytatami wykładowców...

Wpis o fanpejdżach, na których studenci cytują swoich wykładowców chyba wymaga krótkiego sprostowania. Wczoraj kolega powiedział mi, że post ów sprawia wrażenie, jakobym „krytykował cywilizację technologiczną” (cytuję niezbyt dosłownie – wybacz kolego). Na „donosicielskich” stronach fanowskich zaroiło się natomiast od komentarzy typu „a to bęcwał jeden”, od huncwota wrednego mnie wyzwano, co to śmie zabawę psuć i bambaryłą wstrętną mianowano. (Zaznaczę, że „donosicielstwo” pojawiło się w poście w cudzysłowie, a jak wiadomo, tej pary znaków używa się wówczas, kiedy się chce zaznaczyć, iż danego słowa nie należy rozumieć dosłownie).

Warto więc sprostować i wyjaśnić, że: widzę potencjał transparentności tkwiący w internecie; uważam, iż może być on wykorzystywany do prześwietlania skorumpowanych polityków (na przykład przez blogerów politycznych tropiących przekręty); jestem zachwycony mocą społeczności wirtualnych będących platformami odkrywania ludzkiej kreatywności i wyzwalających w nas nasze najlepsze strony, na przykład chęć niesienia pomocy bliźnim; fascynują mnie nowe sieciowe trendy konsumenckie polegające na tym, że pochłaniacze mediów mogą owe media kreować w niespotykanym dotychczas stopniu. Swoim poglądom wielokrotnie dawałem wyraz, o czym można się przekonać, zapoznając z moimi publikacjami naukowymi.

Generalnie: lubię internet i podobnie jak moi „dyskutanci” dostrzegam, że strony pod tytułem „cytaty wykładowców” służą zabawie oraz są elementem specyficznej sieciowej kultury. Poprzedni wpis miał zwrócić uwagę, że być może w naszym namyśle nad ową kulturą już czas posunąć się o jeden szczebel wyżej, to znaczy przestać rozumować w kategoriach dychotomii internet jako świętość wcielona lub zło wszechogarniające. Jeśli uwolnimy się od tego podziału – przyjmowanego często nieświadomie – wyeliminowane zostaną różne paradoksy intelektualne. Na przykład taki, kiedy z jednej uwielbia się potencjał sieci związany z ujawnianiem różnych nieodpowiednich wypowiedzi wykładowców, a z drugiej strony uważa, że wskazane jest korzystanie z internetu odbywające się z poszanowaniem prywatności innych osób.

Prześwietlanie przez blogerów przekrętów politycznych nie jest tym samym, co wydobywanie na światło dziennie wypowiedzi kadry naukowej. Trzeba wreszcie odejść od ideologicznego badania sieci (internet to albo dobro, albo zło) i zastosować się do czegoś, co nazwę internetowym empiryzmem badawczym. Nie powstała jeszcze dobra teoria działań w internecie i dlatego na razie musimy rozpatrywać każdy przypadek z osobna. Czy doniesienie o nieuczciwym polityku zweryfikować mogą media mainstreamowe? Naturalnie, że tak. Czy fałszywy, szkodliwy, obraźliwy, krzywdzący, powodujący czyjeś zażenowanie cytat na studenckiej stronie jest do zweryfikowania? Nie jest (patrz grafika w tym wpisie). Wszystko to skłania mnie do stwierdzenia, że jeśli tylko dane sieciowe aktywności rodzą jakąkolwiek możliwość naruszenia czyjegoś dobrego samopoczucia, choćby tylko obrażenia osoby niemającej poczucia humoru, to powinniśmy do takich miejsc podejść z dystansem, namysłem i zastanowić się, jakie zagrożenia mogą się z nimi wiązać.

Jeszcze raz podkreślę, że daleko mi do bycia przeciwnikiem internetu. Jak mógłbym nim być, skoro sam prowadzę bloga, mam konto na fejsbuku, dużo piszę o mocy elektronicznej pajęczyny. Jeśli ktoś śledzi wpisy popblogowe, to zauważył, że ostatnio dużo miejsca poświęciłem na omówienie książek krytykujących sieć (na przykład tutaj, tutaj czy tutaj). Niech to jednak nie zmyli, bowiem ja internet lubię, a czytam sceptyków jedynie dlatego, że nie chcę popaść w nadmierny i nieuzasadniony huraoptymizm, pragnę do sprawy podejść zdroworozsądkowo, zastanowić się nad patologiami, a przede wszystkim stosować się do wspomnianego empiryzmu badawczego.

„Marzę o miejscu pachnącym wódką”

Właśnie się dowiedziałem, że kolega z uczelni, wykładowca, powiedział do studenta: „Nie pierdol, mów”. Na dokładkę uświadomiono mnie, że mój szef opowiada na wykładzie studentom, że marzy o „miejscu pachnącym kobietami i wódką”.

Poczułem się nieco dziwnie; nie żebym nie wiedział, że niektórzy wykładowcy mają specyficzny styl, lubią „ubarwiać” swój akademicki język i z tego względu są postaciami legendarnymi. To nic nadzwyczajnego; każda uczelnia, wydział czy instytut ma wykładowców wyczyniających rzeczy powodujące, że w oczach studentów najlepsza sytuacja to ta, kiedy naukowiec staje się showmanem zabawiającym publiczność. Opowiastki o takowych personach od niepamiętnych czasów krążą przekazywane z ust do ust; mimo to spisanie czyjeś kontrowersyjnej wypowiedzi i udostępnienie jej szerszemu gronu, było do tej pory nie do pomyślenia.

Nie chcę się bawić w moralizatorstwo, bo generalnie daleko mi do takich tendencji, ale jednak nie wytrzymuję, kiedy widzę wysyp stron fejsbukowych, które określić można mianem „donosicielskich”. Nietrudno wyobrazić sobie, że to, co z perspektywy studenckiej wydaje się fajną zabawą, jest poważnym naruszeniem etycznym. Jeśli „kapuje się” na wykładowcę, ujawniając jego kontrowersyjną wypowiedź, a przy tym podaje jego imię i nazwisko, to właściwie nie trzeba tłumaczyć, dlaczego taka praktyka musi być oceniona źle. Nie oszukujmy się, nawet podanie inicjału, przy jednoczesnym zaznaczeniu jednostki, gdzie dany akademik jest ulokowany, niewiele pomoże w zapewnieniu owemu strzępi mordzie anonimowości.

Ktoś mógłby pomyśleć, że może jestem sfrustrowany, bo moje wypowiedzi nie pojawiły się na „kapusiowej” stronie, ale tak nie jest. Właściwie to jestem wdzięczny, że ich tam nie ma i mam nadzieję, że jestem na tyle nudny, że żadne nigdy się nie pojawią. Nie wiem, czy praktyka „donoszenia” wywoła jakąś oficjalną reakcję, na przykład władz uczelni albo administratorów Facebooka. Jeśli uczelnie uznają to za dobre z perspektywy marketingowej, to chyba sięgniemy już dna.

Ciemna strona personalizacji

Powoli zbliżam się do końca przeglądu pozycji książkowych podejmujących temat ciemnej strony internetu. Ten wpis opowie o dwóch dziełach: The Daily You Josepha Turowa oraz The Filter Bubble Eli Parisera. Obydwaj autorzy zwrócili uwagę na podobne zjawisko, jakim jest personalizacja internetowych treści docierających do użytkowników. Obydwaj niemiłosiernie owo zindywidualizowanie skrytykowali. Badacze podeszli do sprawy w nieco odmienny sposób, choć w ich koncepcjach znaleźć można wiele punktów stycznych.

Przede wszystkim wyśmiany jest potoczny pogląd, w myśl którego ludzie są w sieci kapitanami swoich własnych nowomedialnych statków, to znaczy swobodnie żeglują po niezmierzonym oceanie internetowych przekazów. Każdy, kto tak uważa, cechuje się krótkowzrocznością, bowiem nie uwzględnia potworności czających się w trzewiach internetu, to znaczy niewidocznych na pierwszy rzut oka mechanizmów algorytmizacji oraz segregowania i profilowania użytkowników. Mechanizmy te służą dostarczaniu internautom treści mających najlepiej odpowiadać ich zainteresowaniom oraz być zgodnymi z historią sieciowego surfowania. Cel „podglądania” jest najczęściej komercyjny; chodzi po prostu o dostarczanie takich reklam, które wzbudzą w każdym chęć posiadania nowych rzeczy. Pieczołowicie gromadzone dane są sprzedawane marketingowcom oraz sprzedawcom. Personalizacja ma jednak wpływ nie tylko na to, jakie ogłoszenia widzimy; decyduje również o typach oferowanych nam usług, rodzaju docierających do nas wiadomości czy proponowanej rozrywce. Skrupulatne „szpiegowanie” wszelkich ludzkich poczynań w internecie zmienia sposób postrzegania siebie oraz otaczającego nas świata. Niestety nie są to zmiany na dobre, personalizacja niesie ze sobą wiele negatywnych konsekwencji.


Dla Turowa wiążą się one przede wszystkim z dyskryminatorskim potencjałem nowego sposobu zbierania i dostarczania wiedzy na temat konsumentów. Dzielenie ich na konkretne typy, w zależności od tego, co robią w sieci – na przykład pod względem wydawanych w e-sklepach pieniędzy – powoduje swoistą nierówność. Tylko niektórym – to znaczy tym, przydzielonym do segmentu ulokowanego wyżej nad innymi – oferuje się sprzedaż luksusowych towarów, obniżki cenowe czy wyższe kredyty. Sytuacja taka skutkuje obniżeniem samooceny tych, którym takie okazje się nie trafiają, ale to nie wszystko, bowiem w przyszłości będzie można wręcz mówić o wytworzeniu się specyficznej podklasy internetowych przegranych. Ich horyzonty oraz okazje życiowe mogą być znacząco ograniczane. Powstają nowi sieciowi decydenci decydujący o życiu wielu milionów ludzi na podstawie niejasnych często kryteriów, wśród których internetowa historia, dochody, miejsce zamieszkania czy wiek to te, o których możemy jedynie zgadywać, że są istotne.

Nadchodzą czasy, kiedy reklamodawcy będą opierali się na tak zwanych miękkich reklamach (soft advertising), czyli wplecionych w przekazy informacyjne czy rozrywkowe. Użytkownicy nie będą w stanie rozpoznać, co jest, a co nie jest reklamą tym bardziej, że profilowanie uczyni ją nie tylko atrakcyjniejszą, ale obniży czujność odbiorców. Ci przestają być kreatywnymi, partycypującymi i wolnymi jednostkami. Nie mogą takimi być, gdyż wskutek profilowania zatracają cechy potrzebne do nieskrępowanej i płodnej działalności. Sieć przestaje być – jeśli kiedykolwiek była – przestrzenią, gdzie władza należy do zwykłych ludzi i gdzie to oni mają ostateczny głos na temat tego, jak wygląda cyfrowe środowisko. Rzekome poszanowanie internautów jest jedynie mitem, mamy do czynienia z beznamiętnym wykorzystywaniem ludzi i hipokryzją polegającą na ukrywaniu swoich prawdziwych zamiarów pod płaszczykiem sloganów partycypacji i konsumenckiego upodmiotowienia. Siecioprzedsiębiorcy zbywają wszelkie negatywne opinie na temat zbierania danych, twierdząc, że, kiedy ludzie dowiadują się o tych procesach, niby zaczynają się ich bać, ale tak naprawdę z chęcią zrzekają się swojej prywatności w zamian za darmowe produkty (nie jest to zdaniem Turowa prawdą).

Personalizacja może być według Turowa przyczyną totalnej fragmentaryzacji społecznej posuniętej do tego punktu, że podmiotem wszelkich działań – w tym dyskryminacyjnych – będą nie grupy, lecz jednostki. Czeka nas zanik zaufania i więzi międzyludzkich oraz wspólnych wszystkim ram społecznych wyznaczanych przez tradycyjne media (telewizja, radio, tradycyjna prasa, książki). Wywód badacza ma wyraz ewidentnie antykomercyjny i jest skierowany przeciwko biznesowi, jako źródłu wszelkiego nieszczęścia. Autor psioczy na firmy internetowe, udowadniając, że ich wykręty, jakoby dbały one o anonimowość przetwarzanych danych, nie mają żadnego znaczenia. Nie ważne jest, czy informacje o konkretnym użytkowniku będą zbierane w sposób, który ujawniać będzie jego imię i nazwisko lub, czy przyporządkuje mu się jedynie jakiś numer porządkowy; w obu przypadkach konsekwencje samego gromadzenia danych będą dla owego netizena identyczne. O tym, że intencje sieciowych gigantów bynajmniej nie są szczytne, świadczy niejasna polityka prywatności, a także brak rzetelnej informacji o regułach rządzących danym narzędziem.

Amerykański badacz postuluje większą kontrolę nowomedialnych przedsiębiorstw, gdyż bez niej, szybko staczamy się po równi pochyłej. Potrzebne są regulacje rządowe, które ograniczyć miałyby opisywane tutaj negatywne działania. Konieczna jest również mniej formalna kontrola, to znaczy akademicy oraz aktywiści muszą pisać coraz więcej o skutkach personalizacji i w ten sposób uświadamiać niczego nie przeczuwających internautów.

Pariser opisał to samo zjawisko co Turow, choć niewątpliwie położył większy nacisk na „miękkie” jego oblicze. Autor zdecydował się na ukazanie nie tyle ekonomicznej twarzy personalizacji, ale tej związanej z naszymi intelektualnymi horyzontami. Ulegają one zawężeniu na skutek zamknięcia się w tak zwanej bańce filtrującej (tytułowy filter bubble). Na Facebooku ciągle widzimy wpisy tych samych osób, w spersonalizowanych serwisach informacyjnych non-stop wyświetlają się wiadomości na podobne tematy, wyszukiwarki podsuwają nam w kółko te same podpowiedzi, na portalach randkowych poleca nam się tylko i wyłącznie specjalnie do nas dopasowanych partnerów (na podstawie serii testów serwis określa, na ile zgodne są nasze charaktery). Przykłady można powielać, ale nie ma potrzeby, gdyż sprowadzają się one do jednego – docierają do nas coraz bardziej sprofilowane treści, przy czym nie mamy specjalnie możliwości wyrwać się z bańki, a co więcej, często nie zdajemy sobie w ogóle sprawy, że ona jest wokół nas konstruowana i że nas więzi.

Konsekwencje personalizacji są – zdaniem Parisera – zarówno indywidualne jak i kulturowe. Po pierwsze bańka degraduje nas intelektualnie w związku z tym, że docierające do nas identyczne treści, nie przyczyniają się do naszego rozwoju. Dzieje się wręcz odwrotnie, ponieważ nie możemy natknąć się na coś odbiegającego od z góry zaprogramowanej dziennej dawki przekazów, nie uczymy się nowych rzeczy, nie wpadamy na innowacyjne, odkrywcze pomysły, jednym słowem duchowo ubożejemy. W świecie ciągle powtarzających się treści nie ma nic, co mogłoby nas zaskoczyć. Cierpi nasze własne ja, nasza tożsamość, która staje się „statyczna” przez zamknięcie w swoistej informacyjnej pętli. Nie jesteśmy w stanie wyrwać się poza wąskie grono internetowych znajomych; zdecydowanie nie sprawdziły się – zdaniem badacza – przewidywania jakoby sieć rozbudowywała nasz kapitał społeczny.

Nie dość, że pochłaniane przez nas informacje są identyczne, to jeszcze są idiotyczne. Nic bowiem łatwiej nie przedostaje się do naszych baniek, jak treści epatujące seksem, przemocą, związane z plotką, rozrywkowe. Łatwiej nam po prostu lajknąć nowy teledysk pop-gwiazdora, wzorcowo strzeloną bramkę w meczu piłki nożnej czy wiadomość, że nasz znajomy właśnie pobił swój rekord życiowy, biegnąc w maratonie, niż treści poważniejsze. Przez te Pariser rozumie przekazy „ciężkostrawne”, to jest emocjonalnie niepokojące, na przykład o głodujących w Afryce dzieciach, a także dotyczące złożonych problemów społecznych, chociażby bezdomności. Jeśli nie jesteśmy aktywistami walczącymi o pomoc dla Czarnego Lądu lub pracownikami socjalnymi zaangażowanymi w sprawy osób niemających gdzie mieszkać, w sieci możemy być odcięci od wiadomości związanych ze wspomnianymi tematami. Czytanie o nich od czasu do czasu jest natomiast istotne z perspektywy bycia wzorowym, to jest świadomym, partycypującym i mającym własne zdanie obywatelem.

Nie wszystko jest zdaniem Parisera stracone, w pewnym momencie stwierdza on bowiem, że „the Internet isn’t doomed, for a simple reason: This new medium is nothing if not plastic. Its great strength, in fact, is its capacity for change. Through a combination of individual action, corporate responsibility, and governmental regulation, it’s still possible to shift course” (201). Jako jednostki możemy starać się wybierać sieciowe narzędzia dające wgląd w to, jak działają filtry baniek oraz ujawniające, w jaki sposób wykorzystywane są gromadzone o nas informacje (powinniśmy natomiast unikać pozostałych). Na odpowiedzialność korporacji raczej nie ma co liczyć, nadzieja zatem w tym, że odpowiednie ustawy nałożą na przedsiębiorców obowiązek dbania o prywatność użytkowników, a także ograniczą personalizację oraz uczynią ją transparentną dla poszczególnych internautów. 


Dane książki 
Tytuł – The Daily You: How the New Advertising Industry Is Defining Your Identity and Your Worth 
Autor – Joseph Turow 
Język oryginału – angielski 
Stron – 256 
Okładka – twarda 

Dane książki 
Tytuł – The Filter Bubble: What the Internet Is Hiding from You 
Autor – Eli Pariser 
Język oryginału – angielski 
Stron – 292 
Okładka – twarda

Socjologia kulturowa vs socjologia kultury

Ten wpis to druga odsłona relacji z lektury książki Jeffreya C. Alexandra pt. Znaczenia społeczne. Tym razem skupię się na omówieniu paradygmatu Alexandra w badaniach kultury. Amerykanin niewątpliwie wyróżnia się oryginalnym podejściem, kiedy twierdzi, że formułowany przez niego tak zwany mocny program socjologii kulturowej (the strong program in cultural sociology) jest propozycją odmienną, a przy tym „lepszą” od tych, pojawiających się w ramach socjologii kultury. Abstrahując od kwestii mnogości tematów podejmowanych w ramach tej subdyscypliny, ogólnie zawyrokować można, że ujmuje ona kulturę jako zmienną zależną. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że kulturę traktuje się jako uwarunkowaną twardymi charakterystykami systemu społecznego (struktury społecznej). (Przypomnę, że system społeczny stanowi domenę faktów społecznych, materialnych elementów społeczeństwa, wszelkich instytucji, takich jak na przykład władza). Stanowiący kulturę zespół znaczeń jest zawsze zależny od cech grup społecznych, które się akurat w danym momencie bada, czyli znaczenia zawsze odszyfrowuje się ze struktury społecznej albo redukuje do oderwanych opisów wartości czy norm konkretnych zespołów ludzkich. Należy sobie uświadomić, że wówczas kultura staje się czymś „ambiwalentnym” i „słabym”, bowiem poddana jest ona dyktatowi zmieniających się czynników tkwiących w systemie społecznym, jak również podlega „kapryśnym” aktorom, czyli jest determinowana przez system osobowościowy. W przeciwieństwie do takiego podejścia socjolog z Yale optuje za traktowaniem kultury w kategoriach zmiennej niezależnej koegzystującej „obok” systemu społecznego czy determinant osobowościowych. Zespół znaczeń może być w tym sensie badany w oderwaniu od tych części społeczeństwa, których kształt określa. W ukazywanym ujęciu kultura radykalnie się oddala od struktury społecznej (od systemu społecznego).

Mocny program w badaniu kultury zakłada silne przywiązanie do hermeneutycznej rekonstrukcji znaczeń, którymi kierują się ludzie. Wyraźnie podkreśla się tutaj konieczność stosowania takiego myślowego procesu, jaki obecny jest w przypadku geertzowskiego „gęstego opisu” symboli oraz relacji międzyludzkich. Alexander wprowadza do swojej analizy pojęcie czystego tekstu kulturowego (czyli właśnie czystego znaczenia), który należy analizować tak, jak gdybyśmy mieli do czynienia z tekstem literackim. Pomocne okazuje się tutaj wykorzystanie formalnych modeli tekstów, tak jak czyni się to na przykład w teorii gatunków literackich. Można zatem postrzegać znaczenia narosłe wokół jakiegoś zjawiska jako posiadające swój kod, czego dobrą egzemplifikacją jest wojna, zawsze opierająca się na opozycji „my”, czyli ci dobrzy, kierujący się słusznymi ideami, kontra „oni”, czyli ci źli. Jeśli chodzi o znaczenia zasadne jest również mówienie o narracji, czyli osadzeniu danego elementu życia społecznego w ciągłej i legitymizującej go opowieści. Odwołując się do przykładu wojny, narracja może być zbawienna lub apokaliptyczna. W pierwszym wypadku konflikt jest koniecznością, bo prowadzi – przez pokonanie wroga – do tryumfu słusznej sprawy gwarantującej powszechną szczęśliwość. W drugim przypadku mamy do czynienia z postrzeganiem starcia dwóch obozów jako sprzyjającego nieuchronnej katastrofie; wojna – nawet w słusznej sprawie – jawi się tutaj jako tragiczne poświęcenie.

Analizowanie kultury tak, jakby była ona tekstem, polega na braniu w nawias szerszych niesymbolicznych stosunków społecznych, o których powiedzieć można coś więcej dopiero w momencie, kiedy odkryje się ukryty wzorzec znaczeń. W tym sensie kultura przecina się z systemem społecznym czy osobowościowym i właśnie to założenie wyraźnie różnicuje podejście Alexandra od postulatów Clifforda Geertza. Ten pisał o konieczności analizowania znaczeń bez ich gruntownego osadzania w jakiejś szerszej teorii społecznej, natomiast zdaniem socjologa nie wystarczy tylko opisać kulturę na sposób tekstualny, konieczne jest bardziej strukturalne do niej podejście, zbudowanie ogólnej teorii kultury. Traktowałaby ona znaczenia zarówno z perspektywy partykularnej (jednostkowej), czyli pokazującej, jak przekładają się one na codzienne życie poszczególnych ludzi, ale i ujmowała je (znaczenia) uniwersalnie, jako pewną ramę ograniczającą całokształt życia społecznego. Odkrycie mechanizmów działania takiej ramy ma się przyczynić do lepszego zrozumienia struktury społecznej oraz dynamiki instytucjonalnej.

Jak już się rzekło, socjologia kulturowa (w przedstawianym tutaj wydaniu), w odróżnieniu od socjologii kultury, koncentruje się nie na kontekstach organizacyjnych i instytucjonalnych, a na znaczeniach. Warto jednak jeszcze raz podkreślić, że – zgodnie z poglądami socjologa z Yale – mimo oddzielenia kultury od struktury społecznej (systemu społecznego), nie jest tak, że obie sfery na siebie nie wpływają. Oczywiście struktura nie określa znaczeń społecznych tak, jak chcieliby reprezentanci socjologii kultury, ale niewątpliwie system społeczny zapośrednicza kulturę. Cytując Alexandra, warto napisać, że „[systemy społeczne] są (…) przestrzeniami, w których kulturowe siły łączą się, albo ścierają z materialnymi warunkami i racjonalnymi interesami, wytwarzając określone rezultaty (…). Oprócz tego zaś, same postrzegane są jako kulturowe metateksty, jako konkretne ucieleśnienie szerszych prądów ideowych” (115).

Cultural sociology jawi się w wypadku poglądów amerykańskiego teoretyka jako coś odmiennego od socjologii kultury, przy czym ta druga nie stoi do pierwszej w kompletnej opozycji. Socjologię kulturową należy raczej traktować w kategoriach dojrzalszego sposobu analizowania, wywołującego specyficzne konceptualne i metodologiczne nastawienie wśród tych, chcących kierować się jego nakazami. Tylko oni – poprzez zastosowanie mocnego programu – mogą naświetlić potężną rolę, jaką kultura odgrywa w kształtowaniu życia społecznego.

Dane książki 
Tytuł – Znaczenia społeczne. Studia z socjologii kulturowej
Autor – Jeffrey C. Alexander
Język oryginału – angielski
Stron – 540
Okładka – twarda

O znaczeniach internetu


Popblog zapoczątkował niedawno serię wpisów (patrz tutaj, tutaj czy tutaj) o książkach ukazujących negatywne strony korzystania z sieci, głównie po to, aby zobrazować, że oprócz pozytywnego spoglądania na internet, istnieją także ujęcia zupełnie odmienne. To, że dana technologia rodzi skrajne postawy, nie powinno nikogo dziwić; było tak w wypadku książek (Gutenberg miał przechlapane), radia, nie wspominając o telewizji. Ta w pierwszych latach swojego istnienia widziana była jako narzędzie tworzenia ogólnoświatowej globalnej wioski, a po kilku latach przeistoczyła się w przyrząd szatana, którego zamiary odszyfrował Jean Baudrillard, odkrywając, że belzebub chce nas uwikłać w pozorowaną rzeczywistość symulakrów.

Sieć może zatem rodzić skrajne postawy, choć wyraźna jest moim zdaniem tendencja do zmiany znaczeń narosłych wokół internetu. Podobnie jak to było, jeśli chodzi o inne media, tak i w przypadku e-pajęczyny obserwujemy obecnie odchodzenie od czegoś, co nazwać można paradygmatem utopizmu i kierowanie się w kierunku paradygmatu zniewolenia. W wielkim skrócie: internet już nie tylko zbawiennie wpływa na ludzkość, bo na przykład uwalnia od ograniczeń terytorialnych, wzmacnia kreatywność i – generalnie – przyczynia się do wszelkiego dobra. Teraz sieć zaczyna być przede wszystkim zagrożeniem dla prywatności, jest ciut za bardzo komercyjna i uprzedmiotawiająca oraz ogranicza nasze indywidualne zdolności kognitywne, ponieważ wtłacza nas w mechanizm personalizacji niepozwalający poszerzać horyzontów.

Drogę kierującą od jednego paradygmatu do drugiego obierają dziennikarze, aktywiści, politycy, edukatorzy, ludzie kultury, naukowcy. Najbardziej znamiennym dowodem na zmianę klimatu związanego z siecią są pojawiające się opinie osób, które powszechnie uważane są za „zwolenników” internetu, to znaczy tych, którzy jeszcze do niedawna postrzegali go w kategoriach swobody i rozwoju, a nie przez pryzmat niebezpieczeństw. Na przykład Jarosław Lipszyc boleje nad zagrożeniami prywatności czy negatywnymi skutkami personalizacji, podczas gdy Sławomir Czarnecki skupia się na tym drugim zagadnieniu.

Nie chcę być źle zrozumianym, nie twierdzę, że Lipszyc czy Czarnecki stali się nagle „wrogami” sieci, bo tak oczywiście nie jest. Podobnie jak takim „przeciwnikiem” nie stałem się ja sam, pisząc posty o dziełach autorów typu Evgeny Morozov, Lori Andrews czy Nicholas Carr. Chodzi o to, że na zjawisko (internet), na które jeszcze nie tak dawno patrzyliśmy zupełnie bezkrytycznie, zaczynamy nagle spoglądać nieco inaczej. Facebook, Google czy Amazon, do tej pory niedoścignione wzorce czegoś, co Amerykanie nazwaliby zapewne networking integrity, zaczynają być postrzegane jako „kombinujący manipulatorzy”. 

Nie uważam, że opisana zmiana postaw jest czymś złym lub dobrym. Nie należy tego tak rozpatrywać, a raczej zauważyć, że sieć tak naprawdę się nie zmieniła, mamy cały czas do czynienia z tym samym medium. Przekształceniu ulegają tylko społeczne – a więc i nasze – znaczenia z nim związane. Sami jesteśmy powodem owej zmiany znaczeń, gdyż głosimy „negatywne” poglądy i przekazujemy je dalej, ale też w owym głoszeniu poddajemy się już ukształtowanym znaczeniom deprecjonującym internet. 

Na marginesie: planuję właśnie projekt mający ukazać internet przez pryzmat znaczeń społecznych i ich zmiany z pozytywnych na negatywne. Ten wpis jest krótką zapowiedzią owego projektu.

- 2007-2014 - PIOTR SIUDA - CC BY 3.0 -