Piotr Siuda

o popkulturze, prosumpcji, internecie, książkach - socjologicznie i nie tylko...

Źródło: www.stabilitees.com
Powoli zbliżam się do końca przeglądu książek podejmujących temat ciemnej strony internetu. Ten wpis opowie o dwóch dziełach: The Daily You Josepha Turowa oraz The Filter Bubble Eli Parisera. Obydwaj autorzy zwrócili uwagę na podobne zjawisko, jakim jest personalizacja internetowych treści docierających do użytkowników. Obydwaj niemiłosiernie owo zindywidualizowanie skrytykowali. Badacze podeszli do sprawy w nieco odmienny sposób, choć w ich koncepcjach znaleźć można wiele punktów stycznych.

Przede wszystkim wyśmiany jest potoczny pogląd, w myśl którego ludzie są w sieci kapitanami swoich własnych nowomedialnych statków, to znaczy swobodnie żeglują po niezmierzonym oceanie internetowych przekazów. Każdy, kto tak uważa, cechuje się krótkowzrocznością, bowiem nie uwzględnia potworności czających się w trzewiach internetu, to znaczy niewidocznych na pierwszy rzut oka mechanizmów algorytmizacji oraz segregowania i profilowania użytkowników. Mechanizmy te służą dostarczaniu internautom treści mających najlepiej odpowiadać ich zainteresowaniom oraz być zgodnymi z historią sieciowego surfowania. Cel „podglądania” jest najczęściej komercyjny; chodzi po prostu o dostarczanie takich reklam, które wzbudzą w każdym chęć posiadania nowych rzeczy. Pieczołowicie gromadzone dane są sprzedawane marketingowcom oraz sprzedawcom. Personalizacja ma jednak wpływ nie tylko na to, jakie ogłoszenia widzimy; decyduje również o typach oferowanych nam usług, rodzaju docierających do nas wiadomości czy proponowanej rozrywce. Skrupulatne „szpiegowanie” wszelkich ludzkich poczynań w internecie zmienia sposób postrzegania siebie oraz otaczającego nas świata. Niestety nie są to zmiany na dobre, personalizacja niesie ze sobą wiele negatywnych konsekwencji.



Uwaga! W odszyfrowaniu tego wpisu może być pomocny post traktujący o alexandrowskiej koncepcji działania społecznego.
 
W drugiej odsłonie relacji z lektury książki Jeffreya C. Alexandra Znaczenia społeczne skupię się na omówieniu paradygmatu Alexandra w badaniach kultury. Amerykanin niewątpliwie wyróżnia się oryginalnym podejściem, kiedy twierdzi, że formułowany przez niego tak zwany mocny program socjologii kulturowej (the strong program in cultural sociology) jest propozycją odmienną, a przy tym „lepszą” od tych, pojawiających się w ramach socjologii kultury. Abstrahując od kwestii mnogości tematów podejmowanych w ramach tej subdyscypliny, ogólnie zawyrokować można, że ujmuje ona kulturę jako zmienną zależną. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że kulturę traktuje się jako uwarunkowaną twardymi charakterystykami systemu społecznego (struktury społecznej). (Przypomnę, że system społeczny stanowi domenę faktów społecznych, materialnych elementów społeczeństwa, wszelkich instytucji, takich jak na przykład władza). Stanowiący kulturę zespół znaczeń jest zawsze zależny od cech grup społecznych, które się akurat w danym momencie bada, czyli znaczenia zawsze odszyfrowuje się ze struktury społecznej albo redukuje do oderwanych opisów wartości czy norm konkretnych zespołów ludzkich. Należy sobie uświadomić, że wówczas kultura staje się czymś „ambiwalentnym” i „słabym”, bowiem poddana jest ona dyktatowi zmieniających się czynników tkwiących w systemie społecznym, jak również podlega „kapryśnym” aktorom, czyli jest determinowana przez system osobowościowy. W przeciwieństwie do takiego podejścia socjolog z Yale optuje za traktowaniem kultury w kategoriach zmiennej niezależnej koegzystującej „obok” systemu społecznego czy determinant osobowościowych. Zespół znaczeń może być w tym sensie badany w oderwaniu od tych części społeczeństwa, których kształt określa. W ukazywanym ujęciu kultura radykalnie się oddala od struktury społecznej (od systemu społecznego).

Źródło: http://www.wesst.org/2011/02/08/facebook-instant-personalization

Popblog zapoczątkował niedawno serię wpisów (patrz tutaj, tutaj czy tutaj) o książkach ukazujących negatywne strony korzystania z sieci, głównie po to, aby zobrazować, że oprócz pozytywnego spoglądania na internet, istnieją także ujęcia zupełnie odmienne. To, że dana technologia rodzi skrajne postawy, nie powinno nikogo dziwić; było tak w wypadku książek (Gutenberg miał przechlapane), radia, nie wspominając o telewizji. Ta w pierwszych latach swojego istnienia widziana była jako narzędzie tworzenia ogólnoświatowej globalnej wioski, a po kilku latach przeistoczyła się w przyrząd szatana, którego zamiary odszyfrował Jean Baudrillard, odkrywając, że belzebub chce nas uwikłać w pozorowaną rzeczywistość symulakrów.

Ostatnio mocno zainteresowałem się socjologią kulturową i dlatego zaproponuję Czytelnikom sprawozdanie z lektury książki Jeffreya C. Alexandra zatytułowanej Znaczenia społeczne. Jak wie każdy, kto choć trochę orientuje się w teorii socjologicznej, myśliciela z Yale uznać można za czołowego przedstawiciela cultural sociology (tego jej nurtu, który odróżniany jest od socjologii kultury).

Znaczenia społeczne stanowią zbiór artykułów Alexandra i chociaż dzieło należy uznać za niezwykle ważne dla cultural sociology, to znajdują się w nim także teksty pochodzące z neofunkcjonalnego okresu działalności teoretyka zza oceanu. Ponieważ omawiana pozycja jest obszerna i podejmuje wiele różnych analitycznych wątków, pozwalam sobie dokonać rozczłonkowania własnego sprawozdania z lektury; przedstawiam ją po prostu w kilku częściach.

Dzisiaj proponuję kolejny wpis z cyklu: „lektury traktujące o ciemnej stronie internetu”. Po postach o złym wpływie sieci na aktywizm polityczny oraz naruszeniach naszej prywatności, przychodzi czas na tekst o chyba najbardziej gruntownej i posuniętej do ostateczności krytyce e-pajęczyny, bowiem tej związanej z wpływem (internetu) na mózg. Nicolas Carr w książce The Shallows: What the Internet Is Doing to Our Brains stara się udowodnić, że wskutek intensywnego korzystania z internetu stajemy się coraz głupsi.

Schematy komunikacyjne, które narzuca nam sieć, polegają na ciągłym rozpraszaniu naszej uwagi. Aby wyjaśnić, o co chodzi amerykańskiemu badaczowi, wystarczy wyobrazić sobie jeden dzień z naszego życia, który to (dzień) spędzamy, pracując przy komputerze z dostępem do e-pajęczyny. Załóżmy, że mamy napisać jakiś dłuższy esej, na przykład taki liczący dwadzieścia stron, przy czym temat nie jest tutaj istotny. Czy uda się nam pracować w ten sposób, że siadamy o godzinie 8.00 i z krótkimi przerwami zajmujemy się pisaniem do wieczora? Naturalnie że nie, czemu winien jest internet, ciągle odwracający naszą uwagę od zadania. Co chwila robimy przerwę, aby spojrzeć na to, o czym donoszą nasze ulubione serwisy WWW, na przykład na wynik meczu piłkarskiego; co minutę pojawiają się komunikaty powiadamiające nas o kolejnym e-mailu lub następnej ważnej rzeczy, która dzieje się na Facebooku czy Twitterze. Im więcej czynności wykonujemy równocześnie, tym gorzej idzie nam pisanie eseju, co spowodowane jest zmniejszeniem efektywności związanym z wielozadaniowością (multitasking).

Źródło: http://tnij.org/uztl
Alexandra Maryansky stwierdziła, że ludzie są z natury indywidualistami, a uspołecznienie, czyli bytowanie z innymi w grupach, jest wynikiem swego rodzaju przymusu. Amerykańska badaczka doszła do takich wniosków, badając wielkie małpy, czyli człowiekowate: orangutany, szympansy, goryle. Na podstawie literatury opisującej zachowania tych zwierząt stwierdziła, że preferują one jednostkowy, a nie zbiorowy sposób funkcjonowania, czego wyraźnym przejawem są: odchodzenie samic (rzadko kiedy samców) z grup w okresie dojrzewania płciowego, niestabilne układy partnerów w stosunkach seksualnych oraz obfitość słabych więzi społecznych, przy nielicznych tylko silnych więziach między dorosłymi osobnikami. Maryansky pokazała, że małpy zachowują się wobec siebie z wyjątkową rezerwą, nie nawiązują jawnych interakcji społecznych, spędzają większość swoich dni na samotnych wyprawach. Jedyne silne więzi, które można zaobserwować, to te występujące między samicami i ich potomstwem; oprócz tego w społecznościach człowiekowatych na próżno szukać stabilnych ugrupowań społecznych.

Źródło: http://pichaus.com
Pod koniec 2008 roku głośno było o Anthonym Biggsie, dziewiętnastolatku, który zdecydował się popełnić samobójstwo i… pokazać je w internecie, wykorzystując serwis Justin.tv. Chłopak solidnie się do ostatecznego kroku przygotowywał, między innymi zamieścił na forach kulturystów, gdzie był zapisany, kilka wpisów zapowiadających, że zamierza się zabić. Moderatorzy zignorowali te posty, ponieważ uznali je za dowcip kogoś, kto chce jedynie zwrócić na siebie uwagę.

Biggs, siedząc przed kamerą internetową, połknął garść tabletek, położył się na łóżku i zasnął. Wszyscy śledzący to „show” przekonani byli, że mają do czynienia z grą aktorską. Dopiero wówczas, gdy stało się jasne, że chłopak nie oddycha, powiadomiono administratorów Justin.tv, którzy wyśledzili miejsce zamieszkania samobójcy i powiadomili odpowiednie służby. Na ekranach monitorów ludzi śledzących ten tragiczny „spektakl” można było podobno zobaczyć policjantów i lekarzy wchodzących do pokoju, mierzących puls nastolatka i przystępujących do akcji ratowniczej.

Źródło: http://www.madore.org
Druga część wywiadu z Markiem Kamińskim. Pierwszą (część) można znaleźć tutaj.

Drugi rozdział pracy dotyczy pewnej liczby naturalnej. Pokazujesz w nim, jak często ten numer pojawiał się w twórczości Lewisa Carrolla lub też w związku z nią. 

Faktycznie, rozdział dotyczy liczby 42, z pozoru zwyczajnej liczby naturalnej. Wydaje się ona jednak być szczególnie lubiana przez Lewisa Carrolla, gdyż matematyk ten umieszczał ją dość często w swej twórczości, nawet w zaszyfrowany sposób. Skoro tak, to także ja polubiłem tę liczbę i niczym detektyw zacząłem tropić jej wystąpienia w utworach Carrolla oraz matematyczne własności, znajdując nawet wcześniej mi nieznane. W omawianym rozdziale przedstawiłem kilka, niekiedy zaskakujących, sytuacji wystąpienia tej liczby w dziełach autora:

Na popblogu kolejny wpis z cyklu „wywiady okołopopkulturowe”. Tym razem przepytam Marka Kamińskiego, magistra matematyki, absolwenta Uniwersytetu Wrocławskiego. Marek obecnie pracuje jako nauczyciel w Zespole Szkół Nr 9 we Wrocławiu oraz współpracuje z wydawnictwem Presspublica, współtworząc treści na Facebookowym matematycznym fan page’u: „Matematyka to nie przedmiot, to stan umysłu”.

Źródło: http://images2.fanpop.com/image/photos/10200000/The-Mad-Hatter-alice-in-wonderland-2010-10293069-1280-800.jpg

Źródło: http://i.istockimg.com
Edukator Medialny zapoczątkował serię różnych tekstów związanych z projektem Dzieci sieci. Dodatkowo, wiadomo już, że projekt ów będzie kontynuowany, ponieważ zdobył grant badawczy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W związku z tym nawiązuję do Dzieci sieci i prezentuję wpis, który już pojawił się na stronie Edukatora (jest to jeden z postów ze wspomnianego cyklu).

W ramach powrotu do niedawno zakończonego i koordynowanego przez mnie projektu badawczego Dzieci sieci, wspomnę, że raport (z tych badań) odpowiada na szereg pytań o dopełnianie się dwóch sfer, to jest edukacji nieformalnej oraz formalnej. Dociekania przedstawiają obraz mijania się wymienionych obszarów zdobywania internetowych umiejętności, co oznacza nic innego jak to, że szkoła nie uczy dzieci kompetentnego korzystania z sieci. Wszystko co maluchy robią dobrze, robią, bo są samoukami, ewentualnie nabywają wiedzę od rówieśników.

Źródło: http://elfka.
Sheldon Cooper nie cierpi na zespół Aspergera, bo – jak dobrze wiedzą wielbiciele The Big Bang Theory – „his mom had him tested”. Nie oznacza to jednak, że zachowania bohatera wspomnianego serialu uznać można za konwencjonalne, choć producenci serialu zaprzeczają, jakoby chcieli sportretować osobę z zaburzeniami psychicznymi. Moja koncepcja jest następująca: Sheldon to wcale nie „czubek”, ale eksperymentator prowadzący doświadczenia z zakresu socjologii, a dokładniej etnometodologii.

Etnometodologię uznaje się dzisiaj za działkę socjologii, choć jej twórcom i przedstawicielom na pewno takie przedstawienie sprawy się nie podoba. Dążyli oni do tego, aby radykalnie zaprzeczyć innym formom teorii socjologicznej i wykazać odmienność własnego podejścia, czerpiącego z filozoficznych inspiracji fenomenologicznych, zawartych w pismach Edmunda Husserla czy Alfreda Schütza. Etnometodolodzy chcieli się zatem sytuować poza wszelkimi paradygmatami badawczymi nauk społecznych, przedstawiając swoje pomysły jako coś nowego. Wyszło jak wyszło; obecnie omawiany nurt utożsamiany jest przede wszystkim z interakcjonizmem oraz analizą konwersacji.

W jednym z wpisów z sierpnia 2012 roku zapowiadałem, że po kolei omawiał będę różne książki krytycznie podchodzące do internetu jako medium społecznościowego. Takich dzieł ostatnimi czasy znacznie przybyło, co jest odmianą, gdyż do tej pory przeważało pozytywne nastawienie do tematu; w modzie było wychwalanie potencjału tkwiącego w sieci, chociażby więziotwórczej mocy społeczności wirtualnych czy portali typu social networking.

Przedstawiając dzieła podchodzące do e-pajęczyny inaczej, warto wspomnieć o I Know Who You Are and I Saw What You Did autorstwa Lori Andrews, która zwraca uwagę na niezwykle newralgiczną kwestię internetowej prywatności. Amerykańska prawniczka wypowiada się w stylu podobnym do Evgenya Morozova, to znaczy twierdzi, że sieci potrzebna jest większa regulacja i że nie może to być przestrzeń niepoddana jakiejkolwiek kontroli, czyli taka, gdzie wszyscy mogą robić to, co im się tylko podoba. Andrews dowodzi, że ludzie, korzystając z internetu, nie dbają o prywatność swoją i innych, co negatywnie odbija się na ich życiu.